Katarzyna Pakosińska znana jest szerszej publiczności jako artystka kabaretowa, aktorka oraz dziennikarka TVP Polonia. Książką pod tytułem Malina cud-dziewczyna postanowiła jednak podbić także serca najbardziej wybrednych spośród odbiorców – dzieci.

Jest Pani dumną mamą dwunastoletniej Mai. Naturalnie nasuwa się więc pytanie: do jakiego stopnia bohaterka książki jest nią inspirowana?

Bez wątpienia córka była prowodyrką powstania książki, a Malina ma kilka jej cech, takich jak poczucie humoru czy nieokiełznane bałaganiarstwo (śmiech). Ma jednak także kilka innych, wymyślonych lub podpatrzonych.

Czy córka była także pierwszą czytelniczką i recenzentką książki?

Tak. Pierwsze rozdziały dawałam jej zaraz po napisaniu, do momentu kiedy stwierdziła, że teraz jest już spokojna o książkę, iż „nie zrobię chały”. Woli więc poczekać aż będzie gotowa całość i przeczytać ją bez kilkudniowych przerw.

Pisała zatem Pani trochę o niej i dla niej. Czy miała w tym Pani jakiś ukryty cel?

Zbliżenie dziecka do rodziny i poznania naszej historii, a także czasów, w których żyłam ja, moja mama i babcia. W końcu my, dorośli, także byliśmy kiedyś dziećmi i przeżywaliśmy podobne dylematy mimo innej rzeczywistości. Także nam zdarzały się nieprzespane noce z powodu pierwszej, nieszczęśliwej miłości…

Aby poznać te historie Malina podróżuje w czasie, tak?

Owszem, najdalej w lata trzydzieste XX wieku. Starałam się przy tym możliwie dobrze oddać realia i nastrój każdego z tych okresów. Badałam przy tym dokładnie topografię przeobrażającego się Milanówka, który jest głównym miejscem akcji; poznawałam ciekawostki związane ze zmieniającymi się zwyczajami i sposobami spędzania wolnego czasu, takimi jak np. funkcjonowanie męskiego klubu brydżowego. Jako polonistka byłam też szczególnie wyczulona na język, jakim mówiono w określonych czasach, i starałam się to dokładnie dla młodego czytelnika odtworzyć.

Czy może Pani podać przykład sformułowań, które można spotkać w książce, a których dziś już nie usłyszymy?

Dzieci w latach trzydziestych nie zwracały się do siebie tak bezpośrednio, jak dziś. Poprawną formą grzecznościową było na przykład: „Panno Ludwiko!”, „Słucham, panno Maniu?”. Bardzo się ucieszyłam, gdy usłyszałam jak moja córka wraz z koleżankami podchwyciły to w zabawie.

Jak długo powstawała książka?

Bardzo szybko. Samo pisanie zajęło mi około dwóch miesięcy. Myślę, że pomogło mi w tym moje wcześniejsze doświadczenie w pisaniu dialogów scenicznych i to, że miałam już w głowie pomysł na każdą z historii.

Czy po doświadczeniach pracy na scenie trudno było się Pani przestawić na pisanie, które zwykle wymaga samotności i odcięcia się od świata?

Przeciwnie. Wbrew pozorom to właśnie praca na scenie jest dla mnie dużo większym wyzwaniem, a z natury jestem raczej typem nieśmiałej dziewczyny. Założyliśmy z przyjaciółmi kabaret, a ja tak bardzo chciałam być w grupie ludzi, którzy robią razem fajne rzeczy, choć nigdy wcześniej nie myślałam o występach przed publicznością. Pisząc jestem natomiast przeszczęśliwa. I mam na to dowody.

Jakie?

Rodzina, oczywiście nic mi nie mówiąc, postanowiła nagrać mnie podczas pisania telefonem komórkowym zza framugi drzwi. Z początku byłam na nich niemal obrażona i nie chciałam tego oglądać, ale w końcu mnie namówili. I naprawdę nie spodziewałam się, że z boku tak ten proces wygląda (śmiech). W ciągu kilku minut przechodzę przez dramatyczne zmiany stanów emocjonalnych: śmieję się i wzruszam, gadam do siebie, żeby sprawdzić jak zabrzmią określone kwestie, a przez cały ten czas jestem po prostu najszczęśliwszą kobietą na świecie, która jest po uszy zanurzona w swojej wewnętrznej rzeczywistości.

To brzmi jak zapowiedź kontynuacji tej przygody z pisaniem. Ma Pani pomysł na dalsze przygody Maliny?

Od początku miałam wstępny zarys trzynastu opowieści, które chciałam opisać. Ponieważ każda z nich rozrastała się podczas pisania, w opublikowanej właśnie książce zmieściło się ich tylko sześć. Myślę, że kontynuacja przygód Maliny ukaże się na przyszłą Gwiazdkę.

Jaki jest Pani kanon lektur, które kojarzą się z Pani dzieciństwem i tych, które przeczytała Pani córce?

W większości są to te same pozycje, choć – kiedy byłam dzieckiem – nie było jeszcze, rzecz jasna, Harry’ego Pottera. Zaczynałyśmy jednak od tych samych pozycji, wśród których był Plastusiowy pamiętnik, O krasnoludkach i o sierotce Marysi, czy Dzieci z Bullerbyn. Trochę byłam natomiast zawiedziona, gdy okazało się, że Szatan z siódmej klasy nie spełnił standardów Mai.

Jaki był największy komplement, który otrzymała Pani od czytelnika?

Jednym z nich było z pewnością zdanie: „Czytając, słyszałem jak do mnie mówisz”. Bardzo ucieszyła mnie też anegdota o chłopcu z klasy Mai, który znany był z nieczytania lektur szkolnych, a na jednej z przerw został przyłapany w toalecie na czytaniu Maliny cud-dziewczyny.

To znaczy, że nie jest to lektura jedynie dla dziewcząt?

Oczywiście. Nie jest to także lektura tylko dla dzieci.

[RAMKA] plus okładka książki

Malina cud-dziewczyna

Według zamysłu Autorki ma to być najzabawniejsza książka dla dziewczyn zamieszkujących Europę Środkową, która została napisana w myśl sentencji prezydentowej Roosvelt, że dzieci najuważniej słuchają, gdy się do nich nie mówi. Bohaterka jest uczennicą szkoły podstawowej, a jej cechy charakteru: inteligencja i poczucie humoru – zjednują sympatię czytelników w różnym wieku. Malina ma też drobne wady: nie nosi zegarka, ma kłopoty z matmą i koleżanką Ewą. Na kartach książki przeżywa kilka problemów, które stają się pretekstami do poznania tego i owego z dawnych dziejów rodziny. Ciekawym pomysłem jest też wciąganie czytelnika w zabawy, takie jak uzupełnienie książki własnymi odpowiedziami na pytania stawiane przez autorkę, wykonanie określonego zadania czy odgadnięcie hasła. Najważniejsze jednak, że czytając tę książkę świetnie bawią się zarówno dzieci, jak i dorośli. Jest po prostu dobrze napisana.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany