Sztuka to towar o szczególnym wymiarze. Na rynku sztuki mamy wielu wspaniałych, uznanych twórców, wielu młodych twórców, galerie, wystawy, a pośród tych wszystkich pięknych rzeczy pozostaje jeszcze pytanie: czy mają one nabywców? Czy artysta to sprawny handlowiec? Czy artysta jest kreatorem własnej marki? Czy aby zaistnieć na rynku, pokazać z sukcesami swoje dzieła światu potrzebny jest manager? Czy sztuka może istnieć w szerszym formacie bez managera?

Impresariat artystów, mecenat twórców istniał już w czasach starożytnych. Twórcą terminu mecenas był Gaius Cilinius Mecenas żyjący w I wieku p.n.e., przyjaciel Oktawiana Augusta. Był on opiekunem, właściwie mecenasem artystów. Rzymianin ten był arystokratą rzymskim, politykiem i doradcą Oktawiana Augusta, patrona poetów, m. in. Wergiliusza i Horacego. Słynął ze sprawowania opieki nad artystami, szczególnie poetami i pisarzami, a jego nazwisko stało się synonimem osoby, która popiera artystów, udziela im wsparcia finansowego, znajduje nabywców. Za czasów Gaiusa artyści zaś sławili w swoich dziełach dobroczyńców czy rewanżowali się swoją sztuką. Do dziś istnieją programy, które tworzy Państwo, a obejmuje mecenat sztuki. Nierzadko prywatne osoby, jawiące się jako anioły sztuki, tworzą mecenaty dla artystów, wspierając ich i propagując ich twórczość.

Polski rynek sztuki jest niedojrzały w porównaniu z innymi zamożnymi krajami ze względu na poziom zamożności społeczeństwa. Z tego też powodu polska sztuka osiąga niższe ceny niż porównywalne dzieła na rynku światowym, co sprawia, że są one często dyskwalifikowane na światowym rynku sztuki. W domach aukcyjnych od lat funkcjonuje stałe grono klientów, które kupuje chętniej sztukę przedwojenną aniżeli młodą sztukę. A jak wiadomo, nawet najznakomitsza sztuka przejdzie niezauważalnie, jeśli się jej nie wypromuje, nie znajdzie sposobu na zainteresowanie nią przez klientów, nie zachęci do zakupu.

Doskonale w tej roli odnajdują się marszandzi. Termin marszand pochodzi z Francji i oznacza kupca, który handluje dziełami sztuki, zwłaszcza obrazami. Handlarz dziełami sztuki, będący często mecenasem, organizujący wystawy, ma wpływ na rynek sztuki i na komercjalizację sztuki. Na rynku sztuki jest wielu znanych francuskich marszandów, którzy popularyzowali dzieła sztuki. Jednym z moich ulubionych jest popularyzator impresjonizmu Paul Durand-Ruel. Był on prekursorem organizowania wystaw. Jego działania dwa razy doprowadziły go na skraj bankructwa, ale dzięki zabiegom marketingowym, które stosuje się do dziś na rynku sztuki, odbudował swoją pozycję.

Może dziwić, że wspominam akurat tę osobę, bo Adolf Hitler nie kojarzy się z pewnością zbyt pozytywnie, mam jednak ku temu powód: nie wszyscy wiedzą, że zatrudniał on wielu marszandów, osoby doskonale znające się na sztuce rabowania albo zakupu za przysłowiowe grosze kolekcji dzieł sztuki. Po II wojnie światowej okazało się, że wielu jego marszandów miało w swoich zbiorach czasem nawet po 1000-1500 wartościowych dzieł. O jednym z jego marszandów, Hildebrandzie Gurlitt, było szczególnie głośno, kiedy w 2013 roku prasa niemiecka ujawniła, że w mieszkaniu w Monachium starszego już pana znaleziono 1409 dzieł sztuki. Nakręcono nawet dokument dotyczący marszandów Hitlera, który został wyróżniony na w 2016 na Jewish Film Festival w San Diego.
Marszandzi, mecenasi czy impresariaty mają to samo zadanie: popularyzować sztukę, promować twórców, kreować rynek sztuki, ale też w zależności od panującej mody wpływać na twórców, aby ich sztuka odpowiadała potrzebom rynku.

Można śmiało powiedzieć, że artyści z innych branż kultury, jak muzycy i pisarze, wiedzą, że potrzeba im agentów czy też managerów, którzy zadbają o ich dobrze pojęty interes i ulokują ich twórczość tak, aby przełożyła się na wymierny efekt. Jest to swego rodzaju paralela do świata tychże artystów. Sztuka jednak ma pośród innych jedną podstawową zaletę, że jest warta aż tyle i tylko tyle, ile klient za nią zapłaci. Dlatego sztuka jest dobrą lokatą kapitału, zakupem inwestycyjnym. Managerowie sztuki wiedzą, że młoda sztuka szybko zyskuje na wartości, dlatego łatwo nią zainteresować rynek. Zdecydowanie łatwiej wyjść do klientów z młodą sztuką poprzez marszandów niż przez domy aukcyjne, które dwoją się, aby zainteresować klientów czymś nowym.
Niestety, wciąż brakuje impresariatów dla artystów sztuki, osób, które z równą pieczołowitością jak przy innej marce, wykreują jej wartość i pomogą artystom stanąć na nogi i odnieść sukces. Artyści przekonują się już, że dobry manager zapewnia mu stały dopływ zleceń, ale również buduje jego markę i dba o nią na rynku sztuki.

Sukces impresaria czy marszanda zależy w dużej mierze od jego talentu, determinacji, kontaktów czy zasobów finansowych. Oczywistością jest, że czas zweryfikuje wartość dzieł, które zostaną wprowadzone na rynek. Dobra sztuka zawsze się obroni, ale czasem pewne niuanse, które akurat są w modzie, mogą zdecydowanie nadać większą wartość i tak dobrej sztuce.

W czasach globalizacji osobom prywatnym czy firmom zależy na wyróżnieniu się, na dopełnieniu tego co robią za pomocą np. sztuki. Jest to modny trend i widać go nie tylko w przestrzeni publicznej, ale i biznesowej. Dlatego tym bardziej impresariat może przyczynić się do wprowadzenia sztuki, zarówno tej uznanej, jak i stawiającej pierwsze kroki na rynku, na nowe ścieżki, w postaci zupełnie do tej pory nie popularyzowanej. Zachęcam twórców do korzystania z pomocy managerów, świadomego kreowania swojego wizerunku i przekładania tych unikatowych zdolności na wymierne korzyści. Wówczas artyści ze spokojną głową mogą tworzyć i mieć wpływ na bogactwo i dziedzictwo narodowe. Nie zapominajmy, że sztuka podnosi jakość życia, a to, czym się otaczamy, wpływa na to, jak się zachowujemy.

Polecane

O Autorze

Mat. Redakcyjne

Magazyn Together - Rodzinna strona Trójmiasta

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany