Tym razem dwa słowa o nudzie, pracy zdalnej i moich osobistych patentach na dzień z dziećmi w domu.

Pamiętam, że jako dziecko nudziłem się dość często. Indywidualnie i zbiorowo. Nuda towarzyszyła mi zwłaszcza w dni deszczowe, pozbawione zajęć pozalekcyjnych. W miarę dziecięcych możliwości uśmiercałem moją towarzyszkę nudę na różne wyszukane sposoby. Efektem owych zbrodni były wielkoobsadowe inscenizacje bitewne z wykorzystaniem ludzików LEGO, powstające masowo dzieła sztuki plastycznej i literatury dziecięcej, które najczęściej lądowały w koszu, i muzyki, którą przed zapomnieniem chroniła pamięć misiów-przytulanek. W dobie cyfryzacji walka z nudą zaowocowała powstaniem kilku autorskich gier komputerowych, zaś szczytowym osiągnięciem tej działalności była moja osobista wersja gry Heroes of Might and Magic wykonana w popularnym wówczas języku programowania Turbo Pascal. Dziecięca nuda w wydaniu solo mnie nie przeraża.

Jeżeli chodzi o nudę kolektywną, to dawno, dawno temu, kiedy byłem dzieckiem, stanowiła zawsze postrach rodziców i opiekunów, którzy za wszelką cenę starali się ją przegonić – „żeby tylko znów nie przyszło wam do głowy coś głupiego”. Ostatnie doświadczenia pracy zdalnej, czyli pracy z domu pełnego uziemionych nieletnich w wieku przedszkolnym, skłaniają mnie do przyjęcia punktu widzenia moich rodziców sprzed lat. Kolektywną nudę lepiej gonić lub przynajmniej mieć na oku. Dzieci pozostawione pod opieką nudy sieją destrukcję. Ale że nuda pobudza kreatywność, więc kreatywną destrukcję. Kreatywne kulinaria na przykład. Ostatnio masowemu zniszczeniu uległy nasze zapasy jaj. Zawartość skorupek znalazła się dosłownie wszędzie, jedynie same skorupki – dokładnie umyte moją szczoteczką do zębów nasączoną Domestosem – wylądowały na suszarce do naczyń. Dzięki śladom mąki we włosach Piotrusia wydedukowałem, że dzieci robiły naleśniki.

Chcąc ograniczyć straty, muszę podjąć walkę z nudą, ale robię to na moich warunkach – szukam wspólnych zajęć ekscytujących dla mnie samego. Potworem mogę być przez krótką chwilę, podobnie jest z zabawą w dom. Możemy za to razem muzykować, robić tor przeszkód, gapić się w mapę czy zagrać w Minecrafta. Egoistycznie naginam więc temat naszych wspólnych działań pod siebie. Ale dzięki temu nasze „razem” jest bez oszukiwania.

Przyznam się też, że wykorzystuję moje dzieci – do prac domowych. A one, o dziwo, się z tego cieszą. Wszystko idzie nieco wolniej, można mieć zastrzeżenia co do jakości świadczonych usług, gdy np. ziemniaki obiera trzylatek, ale praca na rzecz domowej wspólnoty posuwa się – wspólnymi siłami – do przodu. Trzeba się tylko nauczyć cierpliwie akceptować inny rytm.

Gdy jednak muszę pracować zdalnie… Łatwo nie jest, ale się da. Stosuję „inspirację w odcinkach”: w przerwach w pracy rzucam pomysły. Ostatnio zaproponowałem budowę parku dinozaurów. Zażarło. Przez ponad godzinę czwórka dzieci „tworzyła”, a ja miałem względny luz.

Dzieci (przynajmniej moje) lubią zaangażowane bycie razem w równym stopniu co wolność i samodzielność. Lubię z nimi pobyć, ale czasem też lubię zaryzykować i dać im się trochę ponudzić.

Michał Derlatka

ALE NUDA
Oceń ten post

Polacane:

O Autorze

Mat. Redakcyjne

Magazyn Together - Rodzinna strona Trójmiasta

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany