Kiedyś maj kojarzył mi się tylko i wyłącznie z maturą. Kwitnące kasztany i matura. Chodziłam do V LO w Gdańsku-Oliwie i do tej pory pamiętam ten zapach wiosny, gdy ubrana na galowo szłam do szkoły, by drobnym maczkiem na pięć stron napisać analizę wiersza Czesława Miłosza „Ballada”.
– Mamo, jak będzie Herbert, zdam. Jak będzie Miłosz, to obleję – powiedziałam, wychodząc z domu.

Mama rano przyjęła tę wiadomość ze stoickim spokojem, aczkolwiek gdy w radiu usłyszała, że jednak Miłosz, cały swój spokój straciła. Podobno pół dnia wydzwaniała po znajomych, by przeczytać ten wiersz, bo były to na tyle zamierzchłe czasy, że internet nie istniał i nie mogła tam sprawdzić, o czym jest ten wiersz i czy jej biedna córka z takim tematem sobie poradzi.

Gdy teraz sobie pomyślę o mojej maturalnej beztrosce, serce staje mi ze strachu w gardle. No, ale nie było się chyba czym przejmować, skoro z tego Miłosza dostałam szóstkę. Jednak, co się nadenerwowała moja mama, to tylko ona wie.
Bo matki tak mają. Sama to wiem, odkąd jestem mamą. Teraz maj kojarzy mi się właśnie z dniem matki. Z moim dniem. I z laurkami, i drobnymi kwiatkami, które z pewnością dostanę od moich dzieci.

Bycie mamą to dla mnie najważniejsza rola w życiu. Zawsze chciałam być mamą. Nie wyobrażałam sobie świata bez dzieci. Bycie mamą to niesamowity obowiązek, ale też przyjemność. To troska, czy ja te dzieci dobrze wychowam. Ale gdy córka robi mi kawę, a syn mnie przytula, gdy jestem smutna, to czuję, że to się udaje
Oczywiście bywa różnie. Rano, gdy trzeba towarzystwo wyprawić do szkoły, atmosfera bywa nerwowa. Córka ma na wszystko czas, zwłaszcza o 7.00 rano, a syn o tej porze najchętniej grałby w piłkę. Nawet w salonie. Czasem więc ciężko okiełznać towarzystwo. A wieczorem, gdy śpią, jest spokój i harmonia. Kocham te wieczory, gdy wszyscy są na swoim miejscu, a ja sobie siedzę w fotelu, przykryta kocem.
Kiedy byłam w ciąży, to myślałam, że to martwienie się, czy wszystko będzie dobrze minie, gdy urodzę dziecko. Jednak to chyba wtedy tak naprawdę się zaczyna. Przeżywamy każdy krok naszego dziecka w dorosłość.

– Takie jest życie, mama – mówi często mój prawie ośmioletni syn.
Temat macierzyństwa często poruszam w moich książkach. Czasem na poważnie, czasem w krzywym zwierciadle. Na przykład w„Szczęściu pachnącym wanilią” pisałam, że to całkiem normalne mieć ochotę niekiedy odpocząć w samotności. I że gdy czasem zamykamy się w łazience na kilka minut, by po prostu odetchnąć, natychmiast dzieci coś od nas chcą, a mąż twierdzi, że robimy to złośliwie. Która z nas nie zna tego z autopsji?
Pisałam w „Zamku z piasku” o ogromnym pragnieniu bycia mamą. A w „Pierwszej na liście” – o miłości córki do matki. Macierzyństwo jest bardzo wdzięcznym tematem do pisania. I do życia również.

Maj to również miłość. Na wiosnę zawsze jesteśmy jakby bardziej kochliwi… „Drzewo czereśni potrzebuje innego drzewa, aby rosnąć i dawać owoce. Tak jak człowiek, gdy kocha – rozkwita”.
O tym właśnie jest moja najnowsza książka „Czereśnie zawsze muszą być dwie”. Premiera 10 maja. Bardzo na nią czekam. Jest to powieść o przeszłości zaklętej w każdym dniu i o darach, które otrzymujemy od losu, jeśli patrzymy także sercem. O tym, że nawet najbardziej niepozorna decyzja wpływa na nasze życie, a przeszłość zawsze wybrzmiewa w teraźniejszości.

Dlatego pamiętajmy o tym, gdzie będziemy kierować nasze majowe kroki i jakie decyzje podejmiemy. Bo nigdy nie wiadomo, dokąd te decyzje nas zaprowadzą.

Polecane

O Autorze

Magdalena Witkiewicz

Pisarka. Debiutowała powieścią pt. „Milaczek”, która została wydana w 2008 roku. Autorka 15 książek. Ostatnio wydała powieść „Czereśnie zawsze muszą być dwie”. Na dużym ekranie w niedalekiej przyszłości ujrzymy adaptację jej książki „Szkoła żon” – właśnie zostały sprzedane prawa do ekranizacji tej powieści.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany