Road tripy to dość wyjątkowa forma podróżowania. Dają możliwość odwiedzenia wielu miejsc, o których piszą w przewodnikach, magazynach i które pokazują w programach podróżniczych. Z jednego pięknego miasteczka czy górskiego szlaku jedziesz do następnego, może nawet piękniejszego. Ale w podróżach samochodowych najtrudniejsze jest to, że z każdym z tych miejsc musisz się pożegnać. Chociaż nie było już na ten dzień biletów na rejs oglądania wielorybów w Morro Bay, chociaż nie zdążyłeś nacieszyć się kolorowym i pełnym muzyki downtown w Santa Barbara i przeszedłeś tylko jeden z tysiąca szlaków w Sequoia National Forest.

Wielki Kanion

Mija właśnie pierwszy tydzień naszej amerykańskiej wyprawy, podczas którego z ciężkim sercem zostawiliśmy za sobą piękny i spokojny nadpacyficzny kurort Santa Barbara, Morro Bay miasteczko jak z filmu „Uwolnić orkę”, prądowy las Sekwoi, spieczoną skorupę Doliny Śmierci, kasyna Las Vegas i piękną Dolinę Ognia.

Wylądowaliśmy w Los Angeles, które widzieliśmy praktycznie tylko z okien wynajętego samochodu, więc z tym miastem nie było trudno się rozstać, ale już z Santa Barbara było inaczej. Santa Barbara to piękne i dość przytulne wczasowisko z drewnianymi domami na pomoście, z pięknymi szyldami w kolorach pasteli i chyba tysiącem gościnnych barów oraz knajp, w którym spędzić można całe wakacje, a nie tylko wykąpać się w oceanie, przejść się na molo, zjeść kolację i odjechać.

Sekwoje

O 22:00 dotarliśmy do Morro Bay. Miejsca na kempingu już nie było. W Stanach był akurat długi weekend w związku ze świętem pracy. No i czego my się właściwie spodziewaliśmy po kempingu nad oceanem? Staliśmy więc tylko na plaży słuchając w ciemnościach huku fal. Rano pierwsze dźwięki jakie usłyszeliśmy nie były już tak złowrogie. W uśpionej jeszcze zatoce w pobliżu naszego hotelu na pomoście bawiły się foki, a ich wesołe krzyki niosły się po całej okolicy. Dopiero wypływały pierwsze kajaki, deski i łodzie wiozące turystów chętnych oglądać wieloryby. A po drugiej stronie Morro Bay, tam gdzie poprzedniej nocy słuchaliśmy fal, surferzy w wieku 10-80 nieśli swoje deski w kierunku oceanu. Woda była lodowata i ledwo zdążyliśmy się do niej przyzwyczaić, a już trzeba było jechać. Las Sekwoi czekał.

Santa Barbara

Santa Barbara

Wiedzieliśmy że będą wielkie i że nawet we trójkę trzymając się za ręce nie damy rady ich objąć, ale i tak nas zdziwiły. Szliśmy szlakiem 100 gigantów i trudno opisać radość Igora z odnajdywania kolejnych olbrzymów, którzy istnieją poza światem bajek. Najstarsze z tych drzew mają po 2,5 tysiąca lat, choć sam gatunek pamięta dawno minione epoki. I jak się tak na nie patrzy to jakoś się wyczuwa tą ich przedwieczność. Skończył się szlak i olbrzymy zostały za nami.

Opuszczenie Doliny Śmierci było koniecznością. W upale dochodzącym do 50 stopni, pośrodku ziemi spalonej słońcem, nie da się przetrwać poza wnętrzem klimatyzowanego samochodu 15 minut. Zwłaszcza gdy ma się 4 lata, jak Igor. Nawet w samochodzie z bagażnikiem wyładowania butelkami wody cały czas zastanawiasz się, co się stanie jeśli złapiesz gumę i tu utkniesz. Jedno z miejsc w dolinie nazywa się Diabelskim Polem Golfowym, bo tylko diabeł mógłby grać tam w golfa. Diabelskie miejsce, ale też diabelsko piękne. Odjechaliśmy z konieczności.

Las Vegas

Myślałam, że z Vegas odjedziemy bez sentymentu, ale było inaczej. W Vegas jest replika wieży Eiffla, Statui Wolności, Koloseum, Pałacu Dożów i Mostu Brooklińskiego (Igor sprawdzał nad czym jest ten most i zdziwił się że jest nad niczym). Brzmi kiczowato? Ale Vegas takie nie jest. Oczywiście jest też ryzyko, że my po prostu lubimy kicz. W każdym razie trudno było pożegnać Vegas z jego małym Nowym Jorkiem, Wenecją, Rzymem i Paryżem.

Teraz ja piszę ten artykuł, Igor śpi w namiocie rozstawionym nad Virgin River, a Grzesiek robi zdjęcia oświetlonemu przez księżyc drzewu Jozuego. Jest 7 dzień naszej wyprawy godzina 22:00. Przed nami jeszcze 22 dni, Wielki Kanion, Zion, pustynia Mojave, rzeka Kolorado, Albuquerque i kto wie co jeszcze. Tak, z tymi miejscami trudno się będzie pożegnać. Zawsze trudno jest wracać z wakacji, a na road tripie jest tak jakby codziennie kończyły się wakacje. Ale też tak jakby codziennie zaczynały się nowe.

Polecane

O Autorze

Mat. Redakcyjne

Magazyn Together - Rodzinna strona Trójmiasta

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany