Byłem mniej więcej, jak oceniałem, w dwóch trzecich drogi, kiedy spostrzegłem pierwsze chyba miejsce, które na tle okolicznych przybytków wyglądało wręcz posh. ‘Mya Sabel’, głosił szyld. Przez szybę wyglądało to jak piekarnia-cukiernia, co na Dalekim Wschodzie wcale nie brzmi apetycznie, ale skuszony szczodrym oświetleniem i czystością, postanowiłem tam wstąpić.

Zatrzymajmy się tu na chwilę, w progu, by wyjaśnić dwie kwestie. Pierwsza kwestia: dlaczego na hasło ‘piekarnia-cukiernia’ oduczyłem się w Azji reagować ślinieniem się? Prosta sprawa, przy całym szacunku i podziwie dla kulinarnego geniuszu miejscowych, pieczywo i słodycze po prostu im nie wychodzą. Pieczywo klasyczne w naszym rozumieniu nigdy nie było tu podstawą diety, więcej – zdecydowana większość tubylców nigdy nie miała okazji spróbować, jak smakuje chleb. W związku z tym produkuje się je zupełnie na czuja, na podstawie wyobrażeń o tym, jak powinno wyglądać i jak smakować. Wygląd defaultowego chleba zaimportowano prawdopodobnie, wraz z innymi dobrodziejstwami kolonizacji, ze Zjednoczonego Królestwa. I ten aspekt udaje się nawet odtworzyć, chleb tostowy, sprzedawany w Azji, praktycznie zawsze krojony i zapakowany w folię, wygląda nawet zachęcająco, trochę się tylko podejrzanie błyszczy skórką i miąższ ma dziwnie biały, czasem żółtawy. W kwestii smaku jest jednak zdecydowanie gorzej. Jest mdły i słodkawy, ani to chleb, ani drożdżówka, ale przede wszystkim wydaje się być po prostu zupełnie sztuczny. Jakby go nie wypiekali, tylko produkowali na taśmie fabrycznej. Nie pachnie chlebem, konsystencję ma jakąś puszystą. Jest gorzej niż w Wielkiej Brytanii, a to już coś znaczy. Z ciastami i ciastkami, a wręcz słodyczami ogólnie, rzecz ma się podobnie. Zdolni miejscowi rzemieślnicy potrafią perfekcyjnie odtworzyć wygląd sernika czy tortu z jagodami. Zza szybki wszystko wygląda bosko, doprawdy trudno się zdecydować, co zamówić, najlepiej wszystko. Niestety – a może i takstety – wszystko smakuje właściwie tak samo. Słodko. Za słodko. Tyle. W dzisiejszym kąciku kulinarnym prezentuję niniejszym w ramach podsumowania przepis na ciasto azjatyckie: mieszamy cukier, żelatynę, barwniki, nie szczędzimy e-składników generalnie, po czym z powstałej masy formujemy coś bardzo ładnego i apetycznego. Gotowe, smacznego!

No, ale druga kwestia króciutko: dlaczego skusiło mnie oświetlenie? Otóż lokale w tej trzecioświatowej Azji, czy to jadłodajnie, czy sklepy, są zwykle oświetlone skąpo, że tak powiem delikatnie. Takie spelunki podejrzane. Przechodzi się koło jakiegoś garażu, niby jest jakiś brudny szyld, niby ktoś siedzi w środku i coś je, ale w sumie cholera wie, czy to jadłodajnia, czy może rodzina grabarza się pożywia. Jedzenie może tam być najlepsze na świecie, ale jakoś po prostu brak światła – nie wiem, czy związany z takimi a nie innymi przyzwyczajeniami, czy z oszczędnością – sprawia, że lokal nie wydaje się wcale a wcale serdecznie zapraszać do środka. Bywa oczywiście, że w okolicy nie ma innej opcji. Często okazuje się wtedy, że jedzenie istotnie jest super, jest tanio, a do tego zupę i herbatę dają gratis. Oczywiście podczas następnej wizyty już nie zwraca się uwagi na półmrok, przestrzeń jest już oswojona. I można się śmiało pośmiać z przechodzących obok turystów, którzy od dwóch godzin szukają dobrze oświetlonego miejsca z obrazkowym menu.

Kiedy poprosiłem obsługę o wskazanie mi na mapie gdzie właściwie jesteśmy, zapanowała konsternacja. W pierwszej chwili pomyślałem, że kelner nie wie po prostu, o co mi chodzi. No bo jak to ‘where are we?’ przecież jesteśmy tutaj, w Mya Sabel! Ale nie, zakminił, tylko nie wiedział po prostu. No ale poszedł po rozum do głowy. Zapytał ziomków. I, jak to w takich przypadkach bywa, po chwili cała restauracja stłoczyła się nad moją mapą i zaczęła radzić, gdzie właściwie znajduje się Mya Sabel. W końcu któryś palec wskazał mi jakieś miejsce. Tu. Miejsce wydało mi się wyjątkowo mało prawdopodobne – według mapy w odległości paruset metrów od niego jest całkiem spore jezioro, ogród zoologiczny i Shwe Dagon, największa bodajże, a na pewno najsłynniejsza, świątynia w Birmie. Może jestem trochę nieogarnięty w terenie, ale chyba nie przegapiłbym wszystkich tych punktów orientacyjnych na raz. No ale nie wdawałem się w dyskusje, tylko postawiłem długopisem kropkę, gdzie wskazali i pożegnałem się z uśmiechem. Trafić pieszo to tu trafię, gorzej jednak z wzięciem taksówki, bo drogę mogę pokazać, ale ceny kursu bez destynacji raczej nie ustalę… No nic, zobaczymy.

Skorośmy już zagłębili się w temat umiejętności nawigacyjnych tubylców, warto jeszcze jedną ciekawostkę przytoczyć, chociaż, jak w tej scence z elektrykami, czuję, że się powtarzam z takimi historiami skąd bym nie pisał. Idę sobie więc raźno na południe, wygląda na to, że za chwilę zacznie się centrum. Ale spytam, myślę sobie, na wszelki wypadek, zawsze miło z miejscowymi zagadać. Wybieram oczywiście takich z pozoru bardziej łebskich no i pytam. O Lanmadaw, to dzielnica powszechnie znana, a stamtąd już będę szukał konkretniej miejscówki Jenny. Lanmadaw owszem, znają. ‘Ale panie, to daleko, najlepiej wziąć taksówkę’. Tłumaczę więc z mapą i uśmiechem, że ja mieszkam o tu, teraz jesteśmy z grubsza o tu. Przeszedłem pięć kilometrów, to te dwa chyba jakoś jeszcze dam radę, więc w którą stronę mam iść. ‘Tam, ale to daleko, najlepiej wziąć taksówkę’. Facepalm.

Pełna wersja tekstu dostępna na stronie michaelgluszek.blogspot.com.

Masz uwagi, pytania? Napisz do autora na adres michael.gluszek@wp.pl.

O Autorze

Michał Głuszek

Tanatopsycholog, reporter, nauczyciel, instruktor jogi, podróżnik. Gdańszczanin, ktory ostatnich kilka lat życia marnował między innymi w Chinach, Syrii, Indonezji i Mongolii Wewnętrznej. Od kilku miesięcy, wraz z żoną i synem, mieszka w Birmie. Dumnie dzierży kaganek oświaty w jednej z yangońskich szkół, zgłębia, ze zmiennym powodzeniem, tajniki jogi, włóczy się po okolicy, czyta ponure książki, zastanawia się nad tym, jaki to wszystko ma sens i – jakkolwiek niedorzeczne by to nie było – o wszystkim tym pisze.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany