MPatrycja Biegańska, autorka popularnego bloga MamaGang, mama pięciu chłopców: 13-letniego Filipa, 11-letniego Maksa, 8-letniego Felka i 3-letnich bliźniaków Gucia i Leosia. Opowiada nam, jak to jest żyć w świecie zdominowanym przez męską płeć i jak macierzyństwo zmieniło jej marzenia i postrzeganie świata. Przedstawiamy Wam wyjątkową Mamę i jej Gang!

Zawsze chciałaś mieć tyle dzieci?

O rany, w życiu! Jako nastolatka powtarzałam wręcz, że nie będę mieć dzieci w ogóle! Zarzekałam się, że będę robić karierę, a dzieci przecież tylko w tym przeszkadzają. Nawet jako podwójna mama Filipa i Maksa czułam się absolutnie spełniona. Wydawało mi się, że wreszcie nadszedł czas, by spokojnie dokończyć studia i zająć się pracą. Wtedy pojawił się Felek, mniej więcej w tym samym momencie, w którym nasza firma zaczęła się bardzo mocno rozwijać. Zaczęła się jazda bez trzymanki! Ja ciągle z dziećmi, Dawid ciągle w pracy, wszystko działo się jednocześnie. Codzienny kołowrotek: dzieci, praca, zakupy, choroby, praca, wyjazdy, szkoła, przedszkole, praca… Nigdy bym nie przypuszczała, że dołożymy sobie jeszcze więcej wyzwań do tego szaleństwa… Do momentu, gdy Felek miał pięć lat, a nam zamarzyła się córka… I na świat przyszły bliźniaki! Wniosek jest jeden, można sobie wiele wyobrażać i planować, ale życie i tak cię zaskoczy!

Jak wyobrażałaś sobie swoją przyszłość 20 lat temu?

Powiem ci, że od dziecka miałam poczucie misji. Czułam, że jeśli nie zrobię czegoś wyjątkowego, to zmarnuję potencjał. Może dlatego, że byłam pierwszą wnuczką ukochanych dziadków, którzy, odkąd pamiętam, powtarzali mi, że jestem mądra, śliczna i zdolna. Bez najmniejszego wysiłku radziłam sobie w szkole, uwielbiałam czytać, miałam też artystyczne zamiłowania, więc widzieli we mnie co najmniej światowej sławy aktorkę (śmiech). Jako córka malarki miałam również poczucie, że nie ma nic piękniejszego od sztuki. Bardzo się ją ceniło w naszym domu, chodziłam więc na rozmaite zajęcia dodatkowe: malarstwo przez 12 lat, rysunek, teatr, a nawet ceramikę, rzeźbiarstwo, gobeliniarstwo, witraż, grafikę oraz języki obce… Nic więc dziwnego, że wszystkim zainteresowanym z całkowitym przekonaniem mówiłam, że zostanę, i tu zależnie od wieku, modelką, aktorką, malarką, dziennikarką! W pewnym momencie nawet całkiem poważnie zabrałam się do ich realizacji. W liceum byłam członkiem kilku grup teatralnych, w tym w teatrze tańca, a na studia wyjechałam do Francji, by studiować sztukę filmową. Tam również zaczepiłam się o teatr, a na zajęciach kręciliśmy mnóstwo miniatur filmowych. Raz nawet zagrałam maleńką rolę w pełnometrażowym filmie dyplomowym kolegów ze studiów. Niesamowita przygoda! Gdyby nie fakt, że zaszłam w nieplanowaną ciążę na studiach, kto wie, dokąd by mnie zaprowadziło to wszystko? Jednak gdy poczułam, co znaczy być matką – tak samo, jak wcześniej wiedziałam, że chcę robić karierę w show-biznesie – tak natychmiast zmieniłam zdanie. Macierzyństwo całkowicie mnie pochłonęło, zmiotło mnie, moje zamiłowania, moje wcześniejsze potrzeby… Może to brzmi naiwnie, a może tkwi to w mojej naturze, ale gdy się w coś angażuję, to na sto procent, bez reszty. Dlatego wróciliśmy z Francji – czułam, że moje miejsce jest przy rodzinie. Chciałam założyć prawdziwy dom, poświęcić się wychowywaniu dzieci, byciu mamą na pełen etat. Ale podjęłam jednocześnie studia polonistyczne, by nie zaprzepaścić zupełnie swojego wykształcenia. A w trakcie studiów urodziło się w sumie trzech synów: Filip, Maksymilian i Feliks. Filip ma teraz trzynaście lat, Maks jedenaście, a Felek osiem. Trzy lata temu urodzili się jeszcze Gucio i Leoś.

Jacy są chłopcy? Każdy jest inny, czy mają jakieś wspólne cechy?

Oczywiście, że każdy jest inny. Pięciu chłopców to pięć różnych żywiołów. Ale widzę też podobieństwa, głównie fizyczne. Filip i Gucio to moje klony, a Leoś i Maks to klony Dawida, mojego męża. Wyglądają zupełnie jak my w ich wieku i mają podobne do nas charaktery, zalety i wady. To wręcz niesamowite, nieraz jesteśmy w szoku, jak bardzo nas przypominają! A Feluś jest naszym cudownym miksem – jest podobny częściowo do mnie i częściowo do Dawida. Dlatego się śmiejemy, że mamy po dwa i pół dziecka. Ale oczywiście każdy z chłopców wymaga zupełnie innego podejścia. Dla jednego najlepszą motywacją jest groźba konsekwencji, dla drugiego nagroda. Jeden potrzebuje czasu, by się otworzyć, drugi ma emocje na wierzchu. Nie ma jednej metody wychowawczej ani jednej miary. Nadal się tego uczymy, bo łatwo jest traktować wszystkich równo, wymagać tego samego, karcić i nagradzać za to samo – z rozpędu i my to robimy. A to duży, duży błąd. Niestety, wymaga uważności i dyscypliny, z czym bywa różnie. Każdy woli sobie ułatwić, niż utrudnić… Nie jesteśmy idealni.

Marzyliście o tym, by mieć córkę?

Pewnie! Być może dlatego, że miałam siostrę i obie byłyśmy maksymalnie „dziewczyńsko” chowane: lalki, wózki, sukienki, kokardki. Byłam święcie wręcz przekonana, że będę mieć córkę. Odkąd pamiętam, kochałam Anię z Zielonego Wzgórza i Sarę, Małą Księżniczkę, dlatego miałam nawet imię dla tej wymarzonej córki, Sara Ania. Życie potoczyło się swoim torem… Przy pierwszym synku szalałam z radości, bo w końcu każda dziewczynka marzyła o starszym bracie. Przy drugim byłam bardzo zaskoczona, a przy Felku to była istna rozpacz. Chyba właśnie dlatego, gdy Felek miał pięć lat, postanowiliśmy się starać o córkę. Czego ja nie robiłam! Naczytałam się bzdur w internetach o kalendarzu chińskim, diecie na córkę, o wpływie sportu, o konkretnych dniach cyklu itp., itd… Zrobiliśmy wszystko, by mieć córeczkę, bo Dawid też skrycie marzył o córeczce tatusia. Ale gdy dowiedziałam się o bliźniakach – przeraziłam się! Po pierwsze, że będę mamą razy pięć… Wydawało mi się to wręcz kosmosem! A po drugie, że mogę nie donosić tej ciąży, że maluchy mogą być chore albo urodzić się za wcześnie. Wtedy płeć zupełnie przestała mieć znaczenie. Nie ukrywam jednak – czułam rozczarowanie, gdy okazało się, że to „znowu” chłopcy. Gdybym wiedziała, jak będą cudownie nas dopełniać, nie martwiłabym się jednak ani minuty.

Jak wygląda zwykły dzień mamy pięciorga chłopców, jaki jest harmonogram dnia?

Poranki to tragedia! Wszyscy lubimy długo spać i śpimy do ostatniej chwili. A potem, jak się domyślasz, jest bardzo nerwowo. Notorycznie jesteśmy spóźnieni do szkoły, przedszkola… Całe szczęście, że nikt nas w pracy ze spóźnień nie rozlicza, bo pracujemy u siebie! Oboje pracujemy i to jest dopiero katastrofa logistyczna. Kto ma zrobić zakupy, odebrać, zawieźć na zajęcia, ugotować obiad, wyprać itp. Mnóstwo tego do ogarnięcia i nieraz coś pomijamy, ułatwiamy sobie życie – a to zamawiając sprzątanie, a to zamawiając jedzenie na wynos czy zakupy przez internet. Taksówki dowożące dzieci na zajęcia też znamy. Trzeba sobie ułatwiać życie wtedy, kiedy czujemy, że nie panujemy nad sytuacją. Ale staramy się, by najpóźniej o 21 chłopcy byli w łóżkach. Oni mogą poczytać książki, a my z Dawidem mamy czas dla siebie. Najczęściej na pracę (niestety, własna działalność gospodarcza mocno wykracza poza standardowy etat), ale także na serial, film, nieraz przy lampce wina. A co, rodzice też muszą mieć czas tylko dla siebie!

Jak sobie radzić z momentami chaosu i nerwami?

Chaos to moje drugie imię! Jak ci już mówiłam, chaos jest wpisany w naszą codzienność. Po prostu chyba nie może być inaczej, jeśli jest nas tyle. Co oczywiście nie znaczy, że radzę sobie z tym bez nerwów. Jest odwrotnie, ponieważ jestem „control freakiem” – lubię mieć wszystko poukładane, a wszelkie niespodziewane, psujące plan sytuacje bardzo mnie stresują. Do tego wszystkiego istny ze mnie emocji, wszystko jest od razu na wierzchu. Niestety przez to dużo krzyczę. Plusem jest natomiast fakt, że szybko mi przechodzi. Nie mam jednak pomysłu, jak sobie radzić ze stresem. W moim przypadku głęboki wdech czy inne techniki relaksacyjne zupełnie nie działają. Raczej staram się nauczyć odpuszczania sobie, godzenia się z porażkami, powstrzymywania tego „control freak’a” w środku. Zakładam z góry, że coś może być nie po mojej myśli, wtedy jestem mniej zaskoczona i zła. Gdy zaś się za dużo już nazbiera, to wychodzę z domu na zakupy, co mnie bardzo odstresowuje, na masaż albo spotkać się z przyjaciółką.

A co ze związkiem, są jakieś złote zasady?

Ważne jest, by o niego dbać. We dwoje naprawdę łatwiej mierzyć się z codziennością, bez względu na ilość dzieci. Łatwiej i przyjemniej, gdy można wszystkie doświadczenia, te dobre i złe, dzielić z drugą osobą. Wspierać się wzajemnie, motywować, a czasem sprowadzać na ziemię, gdy odleci. Dlatego warto spotkać się gdzieś pośrodku wzajemnych oczekiwań i być razem, ponad wszystkim, co nas dzieli. Myślę, że gdybym nie miała tak fajnego męża, który jest do tego moim najlepszym przyjacielem, to ani nie miałabym tyle dzieci, ani nie byłabym nawet w połowie tak szczęśliwa. To wszystko dzięki temu, że się gdzieś, kiedyś, w idealnym miejscu i czasie spotkaliśmy i stwierdziliśmy, że tak już musi zostać. Cała reszta to wynik tego niezwykłego zdarzenia. Ale nie zawsze było idealnie. W miarę, gdy obowiązków przybywało, rodziły się kolejne dzieci, a firma bardzo szybko rozwijała – bywało różnie. Niełatwo się pogodzić z faktem przywiązania do domu i dzieci, gdy mąż realizuje się zawodowo, ciągle jest poza domem… Ale dzisiaj jesteśmy oboje w momencie, w którym pracujemy nad jednym sukcesem, naszym szóstym dzieckiem, sklepem Dami Zabawki. Mąż już od prawie dwudziestu lat pracuje w firmie swoich rodziców – Dami – która zajmuje się sprzedażą zabawek. Dbanie o powodzenie tego miejsca bardzo jednoczy. Dobrze mieć wspólny cel i wspólne marzenia.

Czujesz się mamą idealną, czy są rzeczy, nad którymi chciałabyś w sobie popracować jako mama?

Nigdy! Matka idealna nie istnieje! I choćby ktoś mi wmawiał, że taką poznał, bym nie uwierzyła. Każda z nas ma swoje grzeszki. Moim największym jest brak cierpliwości, emocje na wierzchu, zbyt często krzyczę i, niestety, przeklinam. Na pewno bardzo chciałabym stonować swoje emocje. Chciałabym też ograniczyć używanie smartfona. Jest to jednak bardzo trudne, gdy prowadzi się sklep, w którym codziennie dużo się dzieje, a do tego jeszcze bloga, Instagram… To wszystko wymaga przebywania z telefonem lub laptopem jakieś 10 godzin na dobę. A bardzo nie chcę, by tak widziały mnie nasze dzieci. W końcu, jak mówiłam, biorą z nas przykład.

Na pewno chciałabym być jeszcze lepiej zorganizowana, a mniej perfekcyjna. Mniej czasu tracić na pierdoły związane np. z dekoracją stołu, a więcej go znaleźć na wspólne zabawy, wyjścia, gry.

Skąd wziął się pomysł na bloga?

Bloga założyłam z przyjaciółką już w 2013 roku, ale wtedy robiłyśmy inny projekt – Boginie Przy Maszynie. Szyłyśmy ubranka i akcesoria dla dzieci, opisując jednocześnie nasze matczyne perypetie. Szybko odniosłyśmy sukces, może dlatego, że byłyśmy bardzo szczere, nie lukrowałyśmy codzienności, przyznawałyśmy się, że brakuje nam czasu dla siebie, na własne hobby. W trakcie czterech lat istnienia BPM poznałam mnóstwo świetnych kobiet, mam takich jak ja. Wówczas zakochałam się w blogowaniu. Uwielbiam pisać do dziewczyn takich jak ja i dzielić się swoimi radościami i kłopotami, czasem udzielać rad, a czasem tylko wspólnie ponarzekać. Gdy w związku z narodzinami dzieci (niemal w tym samym czasie ja urodziłam bliźniaki, a Marta – córeczkę) zdecydowałyśmy się zamknąć tamtą działalność i zakończyć bloga, wiedziałam, że muszę zacząć pisać kolejnego, już tylko mojego. Tym bardziej że chciałam walczyć ze stereotypem matki idealnej oraz złym wizerunkiem wielodzietnych rodzin, kojarzącym się w Polsce mocno negatywnie.

Co Ci daje prowadzenie bloga?

Chyba to uczucie współodczuwania z innymi mamami, ale przede wszystkim jest to mój świat, moje miejsce, którym niepodzielnie rządzę i w którym nad wszystkim panuję (śmiech). Blogowanie daje mi mnóstwo satysfakcji, gdy widzę, że post dociera do tysięcy, a czasem dziesiątek tysięcy osób. Czuję, że te słowa mają moc. Szczególnie że nadal nie lukruję rzeczywistości i pokazuję, jak wygląda nasza domowa rzeczywistość. Że jest głośno, że jest bałagan i chaos, a przy tym całe morze miłości i szczęścia. Że nerwy przenikają się z absolutnie cudownymi historiami, gdy dzieci znienacka się przytulają i szepczą do ucha „kocham cię, mamuś”, albo gdy widzę, jak starsi z czułością opiekują się młodszym rodzeństwem. Serce mi wtedy rośnie jakieś dwieście razy.

Dostrzegasz ciemne strony macierzyństwa?

Chyba nie. Okej, ciąża, a potem połóg bywają masakryczne. Okej, dzieci dają w kość, nigdy nie mają niczego dość, nigdy nie są cicho, nigdy nie są uosobieniem oazy i spokoju. Buzie im się nie zamykają, do tego zabawki też robią hałas, wysypują się z każdego kąta, mają za dużo brudnych ubrań, i to sortowanie skarpetek! Ale to wszystko jest autentycznie nieistotne, bo gdy wieczorem, nawet wykończona, siadam na kanapie, to wiem, wiem (!), że to wszystko ma ogromny sens, całe tony sensu. Wszelkie niedogodności, cały ten harmider, ambaras, a nawet niepowodzenia tylko przybliżają nas do celu, w którym wyprowadzimy z domu kolejnych mądrych, odpowiedzialnych, dobrych ludzi na świat, by zmieniali go na lepsze. Przynajmniej mam taką nadzieję i bardzo na to liczę.

Czy jest coś, co robią chłopcy, a co doprowadza Cię do szału?

Jest całe mnóstwo takich rzeczy. Skarpetki za poduszką na kanapie, niedojedzone kanapki, bałagan w pokojach, za dużo gier, kłótnie, nieodrobione lekcje, jedynki w dzienniczku… No i ten hałas! Serio, to chyba najtrudniejsza ze wszystkich lekcja cierpliwości. Ciężko mi jest w tym funkcjonować i nie oszaleć. Jednak tak naprawdę największym wyzwaniem – ośmielę się stwierdzić – wszystkich rodziców dzieci w wieku szkolnym jest internet i gry. Dzieci bardzo szybko się uzależniają, dużo szybciej niż my. Zamiast czytać, wyszywać, budować z klocków, malować, ćwiczyć wyobraźnię, sięgają po najłatwiejszy środek do poznania świata, gdzie wszystko jest podane na tacy. Moje dzieci nie są w tym inne od dzieci rodziny, znajomych, swoich kolegów. W każdej wolnej chwili, gdy nie patrzę, grają albo oglądają głupoty na YouTube. Strasznie mnie to denerwuje. Szukam jakiegoś wyjścia z sytuacji, ale nie bardzo na razie wiem, co robić. Tłumaczę, rozmawiam, przekonuję, ale niestety w zderzeniu z rówieśnikami, a dziś praktycznie nie ma w szkole dzieci bez komórki przy sobie, moje słowa są niewiele warte. Ani kary, ani nagrody nie działają. Wolą teraz pograć, niż jutro wyjechać na obóz. Serio. I ta sytuacja nie tyczy się tylko moich dzieci, ale dosłownie wszystkich dzieci, które znam. To jest straszne.

Wywiad: Katarzyna Paluch

Zdjęcia: Michał Zawer i Anna Waluda / Lolove Studio

Make up: Karolina Bastrykin „Mopii”

Fryzury: „Barber Zone Wojciech Karwat, „Pracownia Arte” Sylwia Łomowska

Stylizacje męskie: Salon Pawo z Alfa Centrum – Galeria Przymorze w Gdańsku

Stylizacja damska: Butik LIU JO z Forum Gdańsk

Serdecznie dziękujemy Butikowi LIU JO z Forum Gdańsk oraz Salonowi Pawo z Alfa Centrum – Galeria Przymorze w Gdańsku za udostępnienie stylizacji do sesji okładkowej.

MamaGang i jej ferajna
Oceń ten post

Polacane:

O Autorze

Mat. Redakcyjne

Magazyn Together - Rodzinna strona Trójmiasta

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany