Kuba miała być wielką przygodą. Pojechała i wróciła przekonana, że nic już nie będzie takie samo. Odliczała czas do kolejnego e-maila, zastanawiając się, co by było, gdyby… Łaskawy los sprzyja prawdziwej miłości, więc wzięła sprawy w swoje ręce. Szeroko otwierając je na warszawskim lotnisku, gdy Raul ze zdumieniem obserwował Polskę. Dorota Filipczak, Raul i Ernesto Abreu Perdomo, polsko–kubańska mieszanka wybuchowa, która siłą rodziny podbija świat, pokonując wszystkie granice.

Szczęście multikulti?

Szczęście jest polsko–hiszpańskie (śmiech). Mały Ernesto rozumie oba języki i zupełnie nie robią mu one różnicy.

Jak zaczęła się historia, będąca idealną kanwą na film?

Nietypowo! Tak naprawdę przez przypadek. Poznaliśmy się w Hawanie, gdzie spędzałam wakacje.

Od razu zaiskrzyło?

Jestem ostrożna, jeśli chodzi o wakacyjne spotkania, znajomości czy miłostki. Nie dałam telefonu, tak z zasady. Później przypadkiem spotkaliśmy się wieczorem, bo Raul spóźnił się na autobus. Dowiedział się, że planujemy na drugi dzień jechać na plażę. Tam spotkaliśmy się drugi raz. Czekał na mnie dwie godziny.

Przeznaczenie?

Chyba mogę tak powiedzieć.

Akcja nabrała tempa?

Nigdy w życiu, chociaż dostał już numer telefonu (śmiech). Mieliśmy się spotkać dwa dni przed moim powrotem do Polski. Planowaliśmy wyjście na dyskotekę, ale zatrzymała go praca w galerii. Przyznaję, żałowałam, że się nie udało.

Nie próbowałaś mimo wszystko?

Trzymałam się planu. Podróżowałam z przyjaciółką i wymyśliłyśmy sobie, że na ostatnie dwa dni przed wylotem z Santa Clara pojedziemy do Trynidadu. Plan Raula był konkretny, doszedł do wniosku, że musi mnie jeszcze raz zobaczyć. Chciał się upewnić, że to spotkanie jest dla niego ważne. Przyjechał za mną do Trynidadu, odbywając jednocześnie podróż życia.

Jak to?

Kubańczycy mają problem z podróżami. Są kosztowne, a po drugie połączenia bywają tragiczne. Z Hawany do Trynidadu jest około 220 kilometrów, autobus puszczany raz dziennie jedzie prawie 7 godzin. Raul jakimś cudem zdołał kupić ostatni bilet.

Miłość?

Tak, przekonaliśmy się o tym właśnie w Trynidadzie. Poznawaliśmy się w niesamowity sposób, kompletnie sobą coraz bardziej zauroczeni.

Pomachałaś na pożegnanie?

Powiedziałam „do zobaczenia”. Zaczęliśmy mailować, na ile pozwalała kiepska internetowa komunikacja z Kubą. W 2014 roku było tam znacznie gorzej, niż jest obecnie. Coraz bardziej płomienne listy pisał z komputera w pracy swojej mamy. Jak ja na nie czekałam! W połowie czerwca siedziałam w samolocie na Kubę drugi raz.

Jako oficjalna dziewczyna czy narzeczona?

Dziewczyna z zaproszeniem na urodziny i prezentem w bagażu (śmiech). Zabrał mnie do domu, oficjalnie przedstawił mamie, bratu i reszcie rodziny.

Szok kulturowy był?

Nie, Kubańczycy są mentalnie podobni do Polaków. Na naszym tle odrobinę spowolnieni, co do tej pory tłumaczę sobie klimatem.

Odnalazłaś się w tej roli?

Bez kłopotu. Ta zmiana ról z turystki na kogoś bliskiego zupełnie nie zaskoczyła. Nie jestem typem wygodnickiej podróżniczki. Wtedy plan na Kubę miałyśmy spontaniczny, zarezerwowałyśmy jedynie nocleg na dwa pierwsze dni, potem rzuciłyśmy się w wir przygody.

Zakładałaś porywy serca?

Wyjeżdżając z Santa Clara w marcu, myślałam, że nigdy więcej nie zobaczę Raula.

Potem przełomowe zaproszenie?

Chciałam, aby przyjechał do Polski na jakiś czas. Sporo na niego czekałam, formalności niestety trwały. Na polskiej ziemi wylądował w listopadzie z wizą szengen, pozwalającą na pobyt do 90 dni.

Tylko taki kawałek szczęścia?

Na dobry początek. Potem mieliśmy podjąć decyzje, które w sumie zapadły bardzo szybko, bez zbędnych rozważań. Im bliżej było wyjazdu, utwierdzaliśmy się w przekonaniu, że powrót na Kubę nie ma sensu, szczególnie że ciężko byłoby mu przylecieć do mnie po raz drugi.

Dlaczego?

Władze na Kubie starają się, jak mogą, aby podróże utrudniać. Te, jak wiadomo kształcą, więc niekorzystne jest poznawanie świata innym okiem niż narzucanym przez rząd. Popuszczenie „cugli” powoduje, że Kubańczycy zaczynają mieć oczekiwania wobec życia. Mają odwagę chcieć czegoś więcej. Socjalizm przestaje wystarczać, a dodatkowo staje się złem. Procedury, przez które brnęliśmy, były potwornie czasochłonne. Pomimo że konsul był przychylny, to jednak wiele zależało od szczęścia. Podobnie jak kiedyś w przypadku wiz do Stanów Zjednoczonych. Czysta loteria.

Dla was – być albo nie być…

Wtedy zupełnie w taki sposób nie myślałam.

Konserwatywni Polacy przyjęli go ciepło?

Raczej tak i wyobraź sobie, że bardziej kojarzył im się z Jamajką. Dowiadując się, jakiej jest narodowości, powściągliwość zamieniała się w zaciekawienie. Zdarzały się małe incydenty. Nie tyle rasistowskie, a raczej związane z niechęcią wynikającą z braku zrozumienia i obawy przed nieznaną kulturą.

Rodzice na tak?

Zakochali się od pierwszego wejrzenia! Raul jest świetnie wychowany, tak po europejsku. Szarmancki w stosunku do kobiet natychmiast podbijał serca pań w mojej rodzinie. To staranne wychowanie ujęło mojego tatę, który szereg lat mieszkał w Stanach, więc czarnoskóry nie robił na nim piorunującego wrażenia. Podobnie moja ponad 90-letnia babcia – jej reakcja była świetna. Fakt, zabrakło chleba i soli, ale został powitany w rodzinie z otwartymi ramionami.

Wszędzie jest tak dobrze?

W przewadze. Ostatnio podczas powrotu autobusem z Open’era wydarzyła się mało fajna sytuacja. Zaczepka, która niby była żartem, ale okazała się niestosowna. Zdziwiliśmy się, że wyszła od młodego człowieka. Na pewno nie mogę zaprzeczyć, że przykuwa spojrzenia. Są tacy, którzy widząc Raula, po prostu się gapią.

Nie bałaś się rasizmu?

Nie, chociaż uprzedzałam, że na naszym osiedlu raczej nie będzie wielu mieszkańców o ciemnym kolorze skóry. Nie mógł uwierzyć. Na Kubie kolory skóry mieszają się i przenikają. Raul nie umiał wyobrazić sobie, że polskie społeczeństwo jest białe.

 

Religia nie podzieliła?

Raul jest ochrzczony. Ustrój spowodował, że wiara się nie kultywuje. Ma swoje wierzenia związane z karaibskimi bóstwami.

Bez kolizji z Tobą?

Jestem zdania, że istnieje siła wyższa, którą każdy może nazwać, jak potrzebuje. Jeśli nie krzywdzi to innych i nie miesza w moim światopoglądzie.

Jaka jest między wami różnica wieku?

Duża (śmiech)!

Było gadanie?

Każdy ma swoją opinię na dany temat. Nie walczę z tym, nie staram się forsować. Ja nie miałam wątpliwości.

Nigdy?

Zastanawiałam się, czy to dobra decyzja. Nie jestem typem, który żyje pod publiczkę. Nie potrzebuję sztucznej aprobaty. Taka byłam zawsze. Wątpliwości, które się pojawiały, są moim zdaniem całkowicie naturalne. Na szczęście sprzyja nam wygląd. Dla mnie czas jest bardzo łaskawy, a Raul wygląda – ujmijmy to – poważnie. Na pierwszy rzut oka nie jest źle. Mentalnie jest znacznie bardziej dojrzały niż polscy mężczyźni w jego wieku. Został wychowany w ciężkich warunkach, zbliżonych do tych, w jakich żyli nasi rodzice.

Zderzenie kultur we wspólnym M spowodowało wybuch?

Raczej zbawienny wpływ. Musieliśmy wzajemnie oswajać tematy, które są różne dla Polski i Kuby. Bywały chwile, że pewne rzeczy cholernie mnie denerwowały. Nauczyłam się je przyjmować, bez tłumaczenia ich „nasze”. Poza tym Raul mnie zmienił. Wniósł w moje życie więcej spokoju, ucząc dystansu i unikania zbędnej szarpaniny z tym, co od nas nie zależy. Wyluzowałam. Odbiłam od polskiej presji, wyścigu i pośpiechu.

Wpływ zapachu osławionego cygara?

Wieku i życiowych doświadczeń.

Polska to dziwny kraj?

Zaskakujący. Do tej pory są sytuacje, które go zadziwiają. Z pewnością znamienna była pierwsza wizyta w Biedronce i Tesco (śmiech). Wielkie przeżycie. W Hawanie są sklepy samoobsługowe, ale zdarza się, że na półce rozstrzelony jest wyłącznie cukier albo mleko w proszku.

Największy fan Biedronki?

Znawca Tesco. Lokalizację asortymentu ma w małym palcu!

Dla Ciebie dwa światy?

Polska jest czystym krajem w porównaniu do Kuby. Panujący tam komunizm powoduje, że wszystko jest wszystkich, a więc niczyje. Nikt nie przywiązuje wagi, aby dbać o rzeczy, które go otaczają. Śmieci leżą na ulicy. Wokół bieda i brud. Wizytówką i sercem jest Hawana, więc turysta dostaje zaplanowany obraz.

Nie chciałaś tam mieszkać?

Nie da się, ustrój powoduje destrukcję. Człowiek jest w nim więźniem.

Raul trafił do raju?

Ma możliwości rozwoju, chociaż obostrzenia oczywiście są. Swoją sztukę jest w stanie robić w domu. Nic go nie ogranicza. Dużo łatwiej, ponieważ na Kubie zakup farb i płótna jest trudny i koszmarnie drogi.

Artystom wolno więcej?

Wbrew pozorom tylko część Raula unosi się nad ziemią. Pomimo wrażliwości i emocji jest pragmatykiem, który nie ogranicza się w zainteresowaniach. Nie jest zblazowanym gościem, na siłę szukającym weny. W Hawanie skończył szkołę grafiki komputerowej, ucząc się jej bez internetu. Interesują go ciężarówki, więc ma prawo jazdy na tę kategorię. Normalny facet.

Początkowo prowadziłaś go za rękę?

Nie do końca, raczej tłumaczyłam, jak to działa. Pamiętam, gdy kiedyś wychodziliśmy, zapytał, jaki dokument tożsamości ma ze sobą zabrać. Na Kubie nie wolno poruszać się bez tego, na każdym kroku możesz zostać sprawdzony przez policję.

Tylko tyle?

Po wylądowaniu w Warszawie napawał się czystością. Przecierał oczy ze zdumienia, że w autobusie jest darmowe wi-fi. Teraz już przywykł.

Kubański temperament daje się we znaki?

Raul odbiega od stereotypów, ma dość łagodną naturę. Oczywiście kłótnie się zdarzają, ale nie ma w nich krztyny ognistego temperamentu.

Po chwili świat znów stanął na głowie.

Zatrzymał się wraz z narodzinami Ernesto. Syn zmienił w naszym życiu wszystko, całkowicie przewartościował to, kim jesteśmy i co do tej pory robiliśmy. Scalił nas jeszcze mocniej, przekonując, że rodzina jest bastionem nie do sforsowania. Mały jest cudowny.

Gdzie trudy macierzyństwa?

 

Nie poznałam. Wesoły, grzeczny, uwielbiający stały rytm dnia. Zupełnie nie mogę narzekać, że macierzyństwo dało mi w kość. Ernesto ma kubański charakter. Przewidywalnie wyluzowany.

Wyjazd Raula z Kuby był ucieczką?

Znajomi nie wiedzieli o planach. Komunizm spowodował, że Kubańczycy są zazdrośni i rozżaleni, jeśli komuś się powiedzie. Pewnie interpretowaliby to jako ucieczkę do lepszego jutra. Dał im znać już z Polski. Tego pojąć nie potrafili, ponieważ społeczeństwo słabo stoi z angielskim. Ameryka jest wrogiem, kto uczyłby się języka imperialisty?

Trochę wariat. Znasz kogoś, kto uciekł do Polski?

Jeden jedyny! Tak poważnie to nie była ucieczka. Myśleliśmy, że on pojedzie, przyjedzie, zobaczymy czy jest chemia. Nic nie zakładałam.

Wyobrażałaś sobie, że nie wróciłby?

Poczułabym straszny smutek, szczególnie mając świadomość, jak problematyczny byłby powrót do Polski. Trudno wytłumaczyć, że wolny człowiek nie może podróżować. Nie ma prawa kupić biletu i po prostu wyjechać. Nawet mając pieniądze.

Kubańczycy są bogaci?

Kilku, związani z nielegalnymi interesami. Najwięcej pieniędzy mają kombinatorzy, w tym taksówkarze pracujący na czarno. Reszta jest biedna. Pracując uczciwie, zarabiasz 20-25 cuców na miesiąc. To równowartość naszych 80-100 zł. Mama Raula jest chirurgiem dziecięcym w szpitalu w Hawanie i jej pensja wynosi 25 cuców. To 25 butelek wody.

Jak oni żyją?

Z kombinowania, załatwiania i wzajemnej pomocy. Jeżdżąc tam, wspieramy, zawozimy rzeczy i pieniądze. Tam przydaje się wszystko. Na szczęście nie ma ograniczeń w tym zakresie. To, co chcemy dostarczyć, dociera do rodziny bez ingerencji rządu.

Oko rządu patrzy?

Na pewno, natomiast nie dotknęła mnie bezpośrednio jeszcze żadna inwigilacja. Oczywiście nie wiozę z Polski telewizora czy jakiejkolwiek elektroniki, które mogłyby budzić wątpliwości. Taki sprzęt na Kubie jest, wystarczy jedynie mieć na niego pieniądze.

Nie blokują nowych technologii?

Rozwój w tym zakresie jest zdecydowanie inny niż u nas. Większość mieszkańców posiada załatwiony sprzęt jak telefony przywiezione z zagranicy. Działanie jest legalne, obywatel ma prawo wwieść jeden telefon, za kolejne naliczana jest opłata w wysokości – o ile dobrze pamiętam – 12 cuców. Traktowana, jako swoiste opodatkowanie.

Prawo pobytu w Polsce przyznano od ręki?

Pierwszą kartę otrzymał na rok. Teraz przy przedłużeniu ma prawo zostać na 3 lata. Polska nie jest krajem, który widzimy na przerysowanych filmach. Nie budzą nas waleniem w drzwi urzędnicy, nie skuwają delikwenta, wywożąc go na lotnisko. Kłopotem jest czas procedur, na który nikt nie ma wpływu. Pierwszy raz trwało to 2 miesiące, za drugim już 9 i wtedy urodziło się nasze maleństwo.

Trzy lata miną szybko, co dalej?

Jestem spokojna. Skoro obie karty Raul otrzymał bez kłopotów, dlaczego coś miałoby się zmienić. Jest z nami dziecko i wydaje mi się, że w cywilizowanym kraju nikt nie będzie chciał rozdzielać rodziny.

Kolor skóry przekonuje pracodawców?

Trudno powiedzieć. Niestety wciąż nie ma pozwolenia na pracę. Byłoby to możliwe, gdyby pojawiła się skonkretyzowana oferta i zdeklarowany pracodawca, który występuje o takie możliwości.

Ernesto jest całkowicie kubański?

Syn ma polskie obywatelstwo. Zdecydowaliśmy, że tak będzie prościej. Jadąc na Kubę, nie ma problemu, nie potrzebuje wizy. Kubańskie obywatelstwo wiązałoby się z całym szeregiem trudności. Pod każdym innym względem zachowaliśmy tradycje Raula. Dwa imiona oraz podwójne nazwisko ojca i matki.

Jak Ty się zmieścisz w rubrykach po ślubie?

Poradzimy sobie (śmiech). W Polsce są inne przepisy, bierze się tylko nazwisko ojca. Nie ważne, że to mieszanka nazwiska ojca i matki. Syn nazywa się Ernesto Enrique Abreu Perdomo, jak tata. W świetle kubańskich przepisów jest jego bratem, a nie ojcem. Na szczęście w krajowych realiach wszystko się zgadza.

Przypuszczałaś, że tak się wszystko potoczy?

Nigdy! Moje życie było spokojne, poukładane, zrównoważone i najzupełniej przeciętne. Zmieniło się zupełnie naturalnie, nawet nie doznałam szoku (śmiech). Dla mnie, na pozór egzotyczna otoczka nie istnieje. Oboje, jak wariaci, skoncentrowaliśmy się na Ernesto i mam poczucie, że upływ czasu oraz wspólne radości niosą nas tam, gdzie powinniśmy być. Zawsze miałam na wszystko plan. Układałam go w najdrobniejszym szczególe. Na szczęście los „zrujnował” ten pragmatyzm. Nauczyłam się cieszyć spontanicznym, kubańskim szczęściem.

Zdjęcia: Aleksandra Graff
Make up: Żaneta Kreft

Spontaniczne szczęście
Oceń ten post

Polacane:

O Autorze

Dagmara Rybicka

Media to jej misja na ziemi. Dziennikarski warsztat budowała pod kierunkiem doskonałych i wymagających nauczycieli w rozpoznawalnych dziennikach, tygodnikach i popularnych magazynach. Skręcając w ulice marketingu i reklamy, podnosząc „heble” w radio i dbając o powierzony wizerunek. Mocnym głosem ze sceny i z aktorskim sznytem w studio nagraniowym odkąd pamięta, dział się jej świat. Pełen radości z pracy, szalonego tempa i zaskakujących sytuacji. Zawsze ze sportem w tle.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany