Obserwując nawyki części polskich kierowców, można odnieść wrażenie, że ważniejsze od dotarcia do celu bywa dla nich zaakcentowanie własnej obecności na drogach publicznych. I umocnienie swej pozycji w niepisanej hierarchii. Tradycyjne porównywanie zatłoczonych dróg w dużych miastach do dżungli chyba nigdy wcześniej nie było bardziej zasadne.

Coraz tłoczniej na drogach

Każdego roku przybywa na polskich drogach i samochodów, i kierowców, którzy uzyskali po raz pierwszy uprawnienia. Jak można się dowiedzieć z danych Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców (www.cepik.gov.pl), tylko w listopadzie i grudniu 2016 roku zarejestrowano w Polsce ponad 325 tys. pojazdów, z czego na Pomorzu ponad 18 tys. Z kolei tylko w dwóch pierwszych miesiącach 2017 roku w całym kraju cieszyło się ze zdobycia prawa jazdy ponad 72 tys. nowych kierowców, a w województwie pomorskim – 4357 osób. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego za 2015 rok liczba samochodów w Gdańsku wyniosła 552/1000 mieszkańców, w Gdyni – 542/1000 mieszkańców, w Sopocie zaś 722/1000 mieszkańców, co stanowi fenomen, i to nie tylko w skali naszego kraju.

Przepustowość dróg w Trójmieście i najbliższych okolicach zbliża się do wartości krytycznych, co dotyczy nie tylko głównych arterii w centrum, ale również i obwodnicy aglomeracji Trójmiejskiej. W zasadzie nie ma się czemu dziwić – współczesny układ drogowy był projektowany w czasach, gdy posiadanie samochodu było luksusem, a nie codziennością. I chociaż w ostatnich latach zrealizowano ważne inwestycje drogowe, przy okazji dostosowania infrastruktury do wymogów organizacji turnieju EURO 2012, kierowcy nadal wskazują na problem „wąskich gardeł” w wielu punktach Trójmiasta.

Dlaczego auta wciąż górą?

Moda na ekologię zatacza coraz szersze kręgi, a mimo to korzystanie z komunikacji publicznej nadal jest odbierane jako „zło konieczne”. Wprawdzie w Trójmieście mamy do dyspozycji Szybką Kolej Miejską, której trasa przebiega niemal równolegle do głównej drogowej osi komunikacyjnej, ale jaki wybór pozostaje dla osób mieszkających np. w Gdyni-Oksywiu czy w południowych dzielnicach Gdańska? Głównie komunikacja autobusowa lub trolejbusowa, której daleko do doskonałości. W Gdańsku są jeszcze tramwaje, które cieszą się dużym powodzeniem i cechują relatywnie wysoką niezawodnością, choć nie wszędzie da się nimi dotrzeć.

Dojazdy do pracy na rowerze nadal są postrzegane raczej jako nieszkodliwa ekstrawagancja niż współczesny standard. Marna pociecha, że każdego roku w Trójmieście przybywa nowych dróg rowerowych, a ich jakość jest coraz lepsza, skoro sami pracodawcy robią niewiele, by zmotywować pracowników do przesiadki na dwa kółka. Tylko w nielicznych firmach dostępne są pomieszczenia do przechowywania jednośladów, darmowe parkingi dla rowerów czy zaplecze socjalne, w którym rowerzyści mogą się przebrać lub odświeżyć. Poza tym w przypadku osób, które codziennie muszą pokonać liczącą kilkadziesiąt kilometrów drogę do pracy i do domu, korzystanie z roweru jest po prostu męczące, zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym. I nie chodzi wyłącznie o przeciążenie fizyczne. Odśnieżanie ścieżek rowerowych nadal nie jest oczywistością; co więcej – przy bardziej intensywnych opadach pługi odśnieżające bezceremonialne spychają hałdy śniegu właśnie na drogi dla rowerów.

Innym problemem, dla którego część pracowników zamiast komunikacji miejskiej wybiera własne auto, jest skomunikowanie poszczególnych dzielnic. Dla przykładu, trudno jest autobusem dotrzeć np. z Zaspy do Oliwy, mimo że obie dzielnice dzieli zaledwie kilka kilometrów. Należy też wspomnieć o coraz wyższych cenach biletów okresowych. Nie sposób nie wspomnieć również o rodzicach podwożących swoje młodsze i starsze dzieci do szkół. Jak bardzo zjawisko to wpływa na zatłoczenie dróg, widać wyraźnie w godzinach porannego szczytu komunikacyjnego. Zakrawa na paradoks fakt, że poranki na trójmiejskich arteriach komunikacyjnych, które są przecież oblegane przez turystów, bywają znacznie spokojniejsze w czasie wakacji czy ferii. Przyczyna wydaje się oczywista.

Korki w Trójmieście – Miejska „walka z wiatrakami”

Jednym ze sposobów na miejską walkę z kierowcami jest ciągłe poszerzanie stref płatnego parkowania w Trójmieście. Trzeba obiektywnie przyznać, że część z nich została rozszerzona na wniosek samych mieszkańców, którzy mieli już dość beztroskiego zastawiania ulic i uliczek wokół ich domów przez osoby dojeżdżające do pracy. Taka sytuacja miała miejsce choćby w Oliwie, gdzie tuż przy al. Grunwaldzkiej oddano do użytku imponujące biurowce – niestety, z niewystarczającą liczbą miejsc parkingowych dla pracowników. Skutkiem takiej nieprzemyślanej polityki było anektowanie każdej wolnej przestrzeni przez kierowców, w której można pozostawić auto na kilka godzin. Ucierpieli na tym również zarządcy pobliskich sklepów wielkopowierzchniowych, a władze Uniwersytetu Gdańskiego, po wielu latach tolerowania aut parkujących „na dziko”, zdecydowały się udostępnić swoje miejsca parkingowe wyłącznie studentom, pracownikom i gościom uczelni.

Czy takie działania przynoszą skutek? Obserwując rosnącą liczbę pasażerów komunikacji miejskiej, można sądzić, że przynajmniej do pewnego stopnia są one efektywne. Jednak nie do końca. Część kierowców nadal poszukuje innych rozwiązań, zastawiając pobliskie podwórka, wyłączone z miejskiej sieci dróg strefy ruchu czy parkując na granicy stref, często w miejscach niedozwolonych, jak trawniki i zieleńce.

Racje kierowców

Kierowcy argumentują, że władze, jeśli faktycznie chcą ograniczyć ruch samochodowy w centrach miast, powinny zacząć swoje działania od poprawy funkcjonowania komunikacji miejskiej i zainwestowania w węzły przesiadkowe z prawdziwego zdarzenia oraz w system przyjaznych, darmowych parkingów na obrzeżach dzielnic. Poszerzanie stref płatnego parkowania powinno być ostatnim krokiem w procesie usprawniania transportu zbiorowego. Tymczasem można odnieść wrażenie, że włodarze Gdańska, Gdyni i Sopotu przyjęli dokładnie odwrotną strategię. Niestety, nie zawsze jest ona przyjazna i dla kierowców, i dla mieszkańców poszczególnych stref. Z pewnością wprowadzenie systemu kar dla właścicieli pojazdów jest prostsze i tańsze niż inwestycje w komunikację publiczną, ale czy plany rozwoju komunikacyjnego naszej aglomeracji powinny się opierać głównie na karaniu jej mieszkańców, którzy płacą tutaj podatki? Niechlubny przykładem indolencji jest choćby przeciągające się od wielu lat wprowadzenie wspólnego biletu – uprawniającego do przejazdu dowolnymi środkami komunikacji miejskiej w Trójmieście. Tymczasem mieszkańcy europejskich metropolii już od wielu lat korzystają z takich rozwiązań.

Co dalej?

W Trójmieście często najbardziej oczywistym rozstrzygnięciem wydaje się skorzystanie z własnego samochodu, zwłaszcza w przypadku rodzin, które podwożą małe dzieci do szkół. Czy w ciągu kilku lat będziemy skazani wyłącznie na komunikację miejską, ewentualnie – rowery? No właśnie: dlaczego musimy myśleć o takiej perspektywie jak o wyroku? Jak wiadomo, w zakresie komunikacji miejskiej jest jeszcze bardzo wiele do ulepszenia. Niemniej istnieje też druga strona medalu: motoryzacyjne wygodnictwo, gdzie nakazuje nam przemieszczać się samochodem, nawet jeśli od celu dzieli nas jedynie kilkaset metrów. Czy każde dziecko musi być podwożone do szkoły, skoro trasa pokonana piechotą oznacza zaledwie kilkanaście minut spaceru? Czy zawsze musimy głowić się nad tym, gdzie pozostawić samochód, zamiast pomyśleć o bilecie miesięcznym? Każdy musi sam odpowiedzieć sobie na te pytania.

Czy mamy z założonymi rękami oczekiwać na bliżej nieokreśloną przyszłość, w której komunikacja miejska wreszcie osiągnie pożądane standardy? Niekoniecznie. Jednym z niezłych pomysłów, coraz bardziej popularnym, wydaje się codzienne zabieranie pasażerów, na przykład w drodze do pracy. To oznacza oszczędności na biletach lub paliwie, a przede wszystkim – redukcję aut na ulicach i parkingach. Część pracodawców decyduje się na zwracanie kosztów dojazdów komunikacją zbiorową swoim pracownikom; inni z kolei wynagradzają osoby, które zechcą korzystać z rowerów. Jedno jest pewne – jeśli uważamy, że podróż samochodem to jedyna dostępna opcja, na pewno przyda się nam zmiana nastawienia. Świat nie kończy się na naszych czterech kółkach.

O Autorze

Michał Mikołajczak

Urodziłem się w 1977 roku, w Grudziądzu, ale od 25 lat mieszkam w Trójmieście – początkowo w Gdańsku, a obecnie w Sopocie. Ukończyłem filologię polską na Uniwersytecie Gdańskim. Z zawodu i zamiłowania jestem redaktorem. Jak przystało na urodzonego humanistę, mam bardzo wszechstronne zainteresowania. Szczególnie interesują mnie: kryminalistyka, współczesna historia Polski, medycyna (zwłaszcza psychiatria), a także kultura popularna lat 80. i transport. Wolne chwile spędzam z rodziną, najczęściej na oglądaniu filmów grozy.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany