M.M.: W ujęciu typowo akademickim wszystko, co zostaje wydane w formie książki, zawsze jest fikcją literacką. U Pani ta fikcja ma jednak bardzo realne fundamenty, ponieważ pojawiają się w niej historyczne postacie – Chopina, Heweliusza czy Skłodowskiej-Curie… Jak tworzy się taką właśnie fikcję opartą na biografii?

A.C.-R.: Zacznijmy od tego, że to chyba nie jest fikcja, a nawet na pewno tak nie jest… Powiem więcej: moje książki są zakwalifikowane do kategorii non-fiction. A zatem u zarania definicji jest już określone, że nie są one fikcją, lecz pozycjami historycznymi, biograficznymi, opartymi na faktach, mocno sprawdzanymi pod każdym względem – faktograficznym, merytorycznym i historycznym. Bardzo mi na tym zależy. Każda książka, którą piszę, powstaje przy współudziale odpowiedniej instytucji zajmującej się daną postacią. Na przykład, w przypadku Fryderyka Chopina był to Instytut Fryderyka Chopina w Warszawie. Podobnie było przy opracowaniu postaci Aleksandra Fredry, Janusza Korczaka czy Marii Skłodowskiej-Curie – zawsze konieczna była podbudowa w postaci wiarygodnych świadectw i dokumentów. Dane instytucje dokonują też redakcji merytorycznej tekstów, żeby wszystko było zgodne ze stanem obecnej wiedzy.

M.M.: A zatem oprócz samej pracy twórczej musi Pani dysponować rozbudowanym warsztatem, by dogłębnie poznać biografię danej osoby. Czy taka silna podbudowa historyczna sprawia, że twórczość może być męcząca?

A.C.-R.: Mogę mówić nie tyle o uciążliwości, co o fascynacji tą częścią mojej pracy. Jest to bowiem praca odrobinę przypominająca działania detektywistyczne. Po nitce do kłębka trzeba dojść do pewnych faktów, powiązać określone sprawy, do czegoś dobrnąć, wreszcie – zaprzyjaźnić się z bohaterem. Należy go poznać, odkryć to, jakim był człowiekiem, nie tylko zresztą na podstawie faktów historycznych, które mają wartość bazową. Natomiast pisarz musi zbudować wizerunek bohatera, w pewnym sensie go odtworzyć. Jest to trochę praca na pograniczu detektywa, archeologa, może psychologa… Z pewnych elementów należy zbudować postać, która żyła, miała pasje, coś robiła, czymś się zajmowała.

M.M.: Czyli poznawanie historii nie jest tylko zapoznawaniem się z faktami, ale również dociekaniem…

A.C.-R.: Tak, oczywiście, że tak jest.

M.M.: W książce Moje prawa, ważna sprawa! porusza Pani kwestie praw dzieci i świadomości rodziców w tym zakresie. Jest to obszar zagadnień, który teoretycznie powinien zainteresować każdego rodzica. Jak wygląda znajomość praw dziecka we współczesnym świecie? Czy jest lepiej niż kilkadziesiąt lat temu, czy nadal ten temat wymaga intensywnego eksponowania?

A.C.-R.: Na pewno jest lepiej niż było. Myślę, że tutaj ogromną rolę odegrał Janusz Korczak, który w ogóle zaczął w Polsce ten temat i zwrócił uwagę na to, że dzieciom należą się prawa, ponieważ dzieci są ludźmi. Niestety, dzieciom często odbierało się różne przywileje. W tej chwili można zauważyć zdecydowaną poprawę. Natomiast gdy jestem na spotkaniach autorskich – w różnych bibliotekach, szkołach czy przedszkolach – widzę, że ta świadomość jest w zasadzie niewielka, co dotyczy zarówno rodziców, samych dzieci, jak i nauczycieli. Niekiedy popadamy ze skrajności w skrajność – od całkowitego braku świadomości i respektowania jakichkolwiek praw dziecka do zapewniania wyłącznie przywilejów, bez żadnych wymogów i obowiązków. Obie postawy są oczywiście błędne. Jak zawsze, tak i w tym przypadku należy znaleźć złoty środek. Wiadomo bowiem, że nie ma praw bez obowiązków ani obowiązków bez praw… Wszystko musi ze sobą współgrać. I to właśnie starałam się pokazać w mojej książce.

M.M.: Taka równowaga powinna być szczególnie istotna w szkole, która nie tylko powinna przyznawać prawa, ale i wychowywać, kształtować określone postawy. Wracając do książek dla dzieci – nikogo nie trzeba szczególnie przekonywać, że są one portalem do świata wyobraźni. W Pani książkach znaczącą rolę odgrywają ilustracje, wykonywane zresztą przez świetnych ilustratorów. Na ile ilustracja jest dopełnieniem treści, a na ile wartością samą w sobie, niekiedy wręcz kluczową w danej książce?

A.C.-R.: Wydaje mi się, że naprawdę dobra ilustracja, taka z najwyższej półki, to zupełnie odrębna narracja. Tłumaczyli mi to zresztą moi ilustratorzy – mistrzowie w swoim fachu. Wybitna ilustracja nie jest obrazem tego, co znajdziemy w tekście. Jeśli, na przykład, Czerwony Kapturek idzie do babci, ilustrator nie musi narysować dziewczynki idącej przez las. Dobry ilustrator jest twórcą, który widzi na swój sposób tekst stworzony przez autora. Fantastycznym przykładem może być choćby moja ostatnia książka, dosłownie sprzed dwóch tygodni, pierwsza część Trylogii Gdańskiej o sławnych gdańszczankach, poświęcona Elżbiecie Heweliusz, żonie Jana Heweliusza. Książka nosi tytuł Którędy do gwiazd. Opisuję w niej życie i pasję astronomiczną, o której niewielu ludzi w ogóle wie – w ogólnym pojęciu to Jan Heweliusz zajmował się astronomią. Nieliczni wiedzą, że współpracowała z nim żona i miała znaczącą rangę w świecie naukowym – jako astronom, naukowiec. Ukazuję tę postać na tle XVII-wiecznego Gdańska, obyczajów i kultury gdańskiej. Natomiast ilustratorka umieściła całą akcję… na Księżycu! Nie jest to zatem dosłowne odwzorowanie tekstu, ale po prostu jego własna interpretacja. Dzięki temu przed czytelnikiem otwiera się jeszcze szersza perspektywa.

M.M.: Ilustracje możemy zatem traktować jako narrację równoległą?

A.C.-R.: Tak, i jest to narracja równie istotna.

M.M.: Żyjemy w czasach kultury obrazu – może być to efektywna forma dotarcia do dzieci jako czytelników… Nie ukrywajmy, że od kilku lat zachęcanie dzieci do czytania bywa sporym wyzwaniem. W jaki sposób mogą podołać mu rodzice? Czy książka może być sposobem na „wylogowanie się do życia”, metodą odejścia od komputera i poszukania innej drogi do świata wyobraźni?

A.C.-R.: Tak, nadal jeszcze może, jak najbardziej. Oczywiście, jest to coraz trudniejsze, bo wirtualna konkurencja jest ogromna. Coraz trudniej jest skusić młodego człowieka do lektury. Natomiast wciąż jest to jeszcze możliwe. Jest to jednak zupełnie inny świat – wymagający większej aktywności wyobraźni niż ten wirtualny, który w dużej mierze jest „gotowy do użytku”. Dziecko siadając przed komputerem i włączając grę, ma gotowe postacie oraz skończoną fabułę. W pewnym stopniu również uruchamia wyobraźnię w trakcie gry, natomiast ma do czynienia z konkretami. W książce zawarte są elementy bardzo ulotne. Myślę, że wciąż jest to bardzo pociągające i nie da się niczym zastąpić.

M.M.: Typowo technicznym kompromisem jest książka elektroniczna, która, mimo współczesnej formy, nadal pozostaje książką… W swoich założeniach programowych szkoła powinna jak najmocniej zachęcać dzieci do czytania, silnie nawiązując do dziedzictwa kulturowego w zakresie polskiej i światowej literatury. Czy Pani zdaniem współczesne lektury szkolne zachęcają dzieci do sięgania po książki w przyszłości, czy może jest przeciwnie?

A.C.-R.: Bywa różnie… Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie… Wydaje mi się, że jeżeli ktoś chce czytać i interesuje go literatura, to w zasadzie nie ma to aż tak wielkiego znaczenia, jaki będzie kanon lektur. Jeśli człowiek sięga po wiele różnych książek, lektury nie mogą mu zbyt wiele zaszkodzić ani pomóc. I odwrotnie – jeżeli ktoś nie w ogóle nie czyta ani nawet nie ma takiego zamiaru, to nawet najstaranniej dobrane lektury też nie zdadzą egzaminu. Myślę, że lektury powinny być co jakiś czas weryfikowane, gdyż zmienia się świat, okoliczności i my sami się zmieniamy, na pewno więc powinny być one dostosowane do współczesnego czytelnika, do jego preferencji i tempa życia.

M.M.: Można zauważyć zmiany w tym względzie i dzieci w ramach lektur czytają popularne książki współczesne, niemniej tradycyjny kanon pozostaje prawie niezmienny. Dzieci coraz częściej sięgają po uznane pozycje. Czy istnieje przepis na udaną książkę dla dzieci i czy można w ogóle posługiwać się takimi kategoriami?

A.C.-R.: Nie wiem, czy taki przepis istnieje… Mogę więc jedynie powiedzieć, co to dla mnie oznacza.

M.M.: A zatem…?

A.C.-R.: Udana książka dla dzieci to taka, przy której przede wszystkim sama dobrze się bawię. Każdą książkę piszę również dla siebie, dla mojego dziecka we mnie. Sama się uśmiecham, przeżywam, płaczę… Wydaje mi się, że to wtedy jest prawdziwe i działa, bo jeżeli autor udaje, czytelnik natychmiast to wychwytuje i czegoś takiego nie kupuje. Prawdziwość tekstu, dbanie o to, by faktycznie pochodził z wnętrza autora, to chyba jakaś metoda – jedyny sposób na to, żeby pisać. Poza tym, gdy już stwierdzam, że książka mi się podoba, daję ją do przeczytania swoim dzieciom. One później czytają, komentują, mówią mi, jakie fragmenty należałoby zmienić, co można zmodyfikować, poprawić, dopisać lub skreślić…

M.M.: Czyli dzieci są Pani pierwszymi recenzentami?

A.C.-R.: Tak, to prawda.

M.M.: Warto zawsze wsłuchać się w głos dziecka-czytelnika, bo dziecko ma dar postrzegania szczegółów, który z czasem zatraca dorosły człowiek. Książki dla dzieci mają to do siebie, że w mniejszym lub większym stopniu zawierają pewne aspekty wychowawczo-edukacyjne, wychowawcze… W związku z tym można zapytać, czy książka zawsze musi kształcić? Czy może być opowieścią całkiem neutralną, pozbawioną dydaktycznej otoczki?

A.C.-R.: Takie podłoże dydaktyczne nie musi być nachalne. Natomiast samo czytanie jest już kształcące. Nawet jeśli będzie to całkowicie wymyślona i wręcz antypedagogiczna historia, to i tak sam proces czytania rozwija wewnętrznie.

M.M.: Najważniejszy jest zatem sam fakt lektury. Skoro wspomniała Pani o antypedagogicznej książce, chciałbym zapytać, czy literatura dla dzieci powinna pomijać tematy tabu, takie jak śmierć lub choroba, czy można wręcz przeciwnie – mówić o nich całkiem otwarcie? Chowając dzieci pod kloszem, nie jesteśmy przecież w stanie zmienić rzeczywistości…

A.C.-R.: Oczywiście, literatura dla dzieci powinna być czuła te tematy drażliwe społecznie. Obecnie pojawił się nurt literatury dziecięcej bez tabu. Odwołałbym się tutaj ponownie do Janusza Korczaka, który już w swoich czasach, gdy zaczynał walkę o prawa dzieci i zauważył dziecko w kategoriach podmiotowych, twierdził, że dziecko absolutnie zasługuje na to by, znać prawdę. Istnieją jednak w tym zakresie pewne ograniczenia – trzeba tę prawdę przekazać w sposób dostosowany do kondycji emocjonalnej dziecka, do jego rozwoju psychicznego i biologicznego. Inaczej się rozmawia z dorosłym na pewne tematy, a inaczej z dzieckiem.

M.M.: Należy unikać drastyczności?

A.C.-R.: To raczej kwestia dostosowania języka, sposobu mówienia, dotarcia i metody rozmowy z dzieckiem, tak aby przekazać mu prawdę, ale w taki sposób, by mogło ją przyjąć i zrozumieć.

M.M.: Czy istnieje uniwersalny model odbiorcy dziecięcego? Pewne cechy są wspólne dla wszystkich dzieci?

A.C.-R.: Nie, każde dziecko jest zupełnie inne i ma własne preferencje.

M.M.: Początki literatury dziecięcej sięgają XVII wieku. Od tego czasu dziecko coraz częściej jest postrzegane jako wyjątkowy odbiorca. Ewolucja literatury dziecięcej nadal trwa. Czy można określić kierunek, w którym powinna ona zmierzać?

A.C.-R.: To trudne pytanie… Nie wiem, czy jestem na tyle kompetentna, by to określić. Trzeba by zdefiniować współczesną literaturę dziecięcą i jej perspektywy. Nie jestem teoretykiem, tylko pisarzem – piszę to, co wydaje mi się słuszne, najlepsze i potrzebne.

M.M.: Na spotkaniach autorskich czytelnicy mówią, co im się podoba w danej książce. Da się w ten sposób nakreślić jakieś zarysy perspektywy dla literatury dziecięcej?

A.C.-R.: Nie wiem, czy to możliwe. Ta kwestia wymaga już głębszej refleksji… Na spotkaniach autorskich również rzadko mówi się o przyszłości literatury. Skupiamy się raczej na tym, by na dzień dzisiejszy jak najlepiej się realizować. Nie wybiegamy bardzo w przyszłość. Nie zastanawiamy się, czy nasze książki kiedyś będą czytane i co musimy zrobić, by przejść do historii…

M.M.: Może takie projektowanie przyszłościowe, kreowanie mody, jest raczej domeną kultury popularnej, a nie wysokiej? Literatura nie musi przecież dostosowywać się do odbiorcy masowego…

A.C.-R.: Tak, to może być prawda.

M.M.: Wspomniała Pani o książce, którą niedawno skończyła. Chciałem zapytać o plany na przyszłość – czy pracuje Pani nad nowym projektem?

A.C.-R.: Tak, kończę Trylogię Gdańską. Rozpoczęłam już pracę nad jej trzecią, ostatnią częścią – o Joannie Schopenhauer.

M.M.: A zatem życzę tego, co najważniejsze – radości z pisania. I dziękuję za rozmowę.

 

Z Anną Czerwińską-Rydel, gdańską pisarką, autorką książek dla dzieci, rozmawia Michał Mikołajczak

O Autorze

Michał Mikołajczak

Urodziłem się w 1977 roku, w Grudziądzu, ale od 25 lat mieszkam w Trójmieście – początkowo w Gdańsku, a obecnie w Sopocie. Ukończyłem filologię polską na Uniwersytecie Gdańskim. Z zawodu i zamiłowania jestem redaktorem. Jak przystało na urodzonego humanistę, mam bardzo wszechstronne zainteresowania. Szczególnie interesują mnie: kryminalistyka, współczesna historia Polski, medycyna (zwłaszcza psychiatria), a także kultura popularna lat 80. i transport. Wolne chwile spędzam z rodziną, najczęściej na oglądaniu filmów grozy.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany