Najpierw były podróże. Zamienił je na sporą dawkę rodzicielskiej wiedzy, którą dzieli się z czytelnikami czekającymi na kolejny wpis na blogu. Nawet w piątek, bo Ojcowska Strona Mocy jest i ma się dobrze. Perspektywa spojrzenia coraz bardziej się wyostrza wyłącznie po to, by pod strzechą panowało szczęście, a córki wyrosły na szczęśliwe osoby. Jak rozłożyć blaski i cienie rodzicielstwa na czynniki pierwsze, wie Jarek – ojciec, mąż, podróżnik i autor bloga Ojcowska Strona Mocy.

Ojcowska strona mocy naprawdę istnieje?

Oczywiście, że tak! Jak można wątpić (śmiech)?

Na czym polega?

Zupełnie inaczej patrzy się na rodzicielstwo i dzieci. Oczy ojca są inne niż matki.

Lepsze?

Tu nie ma rywalizacji, sposób patrzenia jest po prostu inny. Osławione matczyne spojrzenie sprawia, że rodzinę otacza uwagą w każdym najdrobniejszym szczególe, a do tego wlewa w nią szczęście. Jednak nie da się ukryć, że mężczyźni patrzą na swoje potomstwo inaczej.

Dlaczego?

Przede wszystkim różnice fizjologiczne. Widzimy nasze dzieci dopiero po porodzie. Kobieta odczuwa zupełnie inaczej. Czas oczekiwania sprawia, że kształtuje się zupełnie inny rodzaj więzi. Pamiętam pierwszą ciążę mojej żony, w końcówce miałem poczucie, jak bardzo jest to fajny stan, bo dziecko lada moment będzie z nami. Tym różni się to nasze męskie patrzenie – relacja jest inna, a my obserwujemy sporo procesów z dalszej perspektywy. To pozwala się odciąć od emocji, dzięki czemu jest nam łatwiej w najbardziej prozaicznych czynnościach jak karmienie, przytulanie czy przewijanie malucha. Jestem przekonany, że dziecko zupełnie inaczej reaguje na nasz głos, a to powoduje, że świetnie się uzupełnia w relacji z mamą.

Moc mężczyzny jest z Marsa, a kobiety z Wenus, tak to działa?

Mówią, że z relacjami wzajemnymi tak jest, ale jako że nie jestem astronautą, to trudno mi się w tej kwestii wypowiedzieć. Bardziej do mnie przemawiają bliższe porównania, więc spróbuję ująć bardziej obrazowo. Zakładając, że nasza rodzina jest pociągiem, to ojciec i matka stanowią szyny, lewą i prawą, które równolegle kierują się w tę samą stronę. Wtedy ten nasz pociąg – małżeństwo i rodzicielstwo – jesteśmy w stanie wieźć do przodu.

Na której stacji wpadł pan na pisanie?

Pomysł na pisanie kiełkował we mnie od dawna. Po narodzinach pierwszej córki prowadziłem nieistniejącego już bloga przez półtora roku. Koncentrowałem się wtedy na naszych podróżach.

Ile lat ma teraz najstarsza córka?

Dziesięć.

Jak udaje się godzić podróże z trójką dzieci?

Podróże przez cały czas odgrywają bardzo ważną rolę w naszym życiu. Z podróży poślubnej dookoła świata wróciliśmy w ciąży. Jednak decyzja o kontynuacji była oczywista. Potem, z dziewięciomiesięczną Różą, wybraliśmy się szlakiem świętego Jakuba, a w drugiej ciąży pojechaliśmy w trzy i pół osoby koleją transsyberyjską nad Bajkał. To w tamtym czasie prowadziłem rodzinno-podróżniczego bloga, ale literackie działania odrobinę przyćmiła codzienność, więc dopiero po narodzinach trzeciej z córek dwa lata temu, wszystko wróciło z odpowiednią mocą. Cieszę się, bo czas pozwolił nam na doświadczenia. Dobrze, że dopiero wtedy zająłem się pisaniem o rodzicielstwie. Dziesięć lat w roli ojca pokazało mi moje porażki i błędy oraz to, że nie można się wymądrzać. Przekonałem się, że nie ma jednej pewnej odpowiedzi, kogoś, kto ma rację. Nie wskażę, kto jest dobrym rodzicem, a kto złym. Gdybym od początku na świeżo dzielił się przemyśleniami, byłbym chyba raczej klasyczną mądralą. To, co obecnie publikuję, jest selektywne. Sam wiem, że muszę się sporo nauczyć. Jednocześnie rozumiem, co chcę osiągnąć i wiem, w którą stronę podążać.

Pisanie pomaga złapać dystans?

Zdecydowanie, ponieważ kiedy myślimy, czy rozmawiamy o czymś, te rzeczy są odrobinę jak ameba. Kiedy przelewamy myśli na „papier”, stają się one okiełznane. Nie możemy bazować wyłącznie na teoriach pt. „chciałbym być dobrym ojcem”, ale musimy powiedzieć, co to znaczy. To wymaga refleksji.

Panu się udaje?

Chyba tak. Myślę, że widać to w jednym z tekstów o pięciu rodzicielskich błędach, z których postanowiłem wyciągnąć naukę. Ten dystans pomógł mi przestać oceniać innych. Po drugie pozwolił spojrzeć z nadzieją, że można się poprawić. Piszę bloga, ale również nagrywam i słowa, które padają w podcastach, pozwalają mi zweryfikować, w którym miejscu jestem.

Ojcostwo oznacza skok w głęboką wodę dojrzałości dla mężczyzny?

Z mojej perspektywy tak. Łatwo jest zrobić dziecko, natomiast samo wychowanie wymaga dojrzałości oraz chęci do zmian i ciągłej nauki. Moja przygoda z ojcostwem zaczęła się w czasie podróży, która miała trwać rok.

Przygoda?

W cudzysłowie (śmiech)!

Uciekliście od życia?

Nie w Bieszczady i niczego nie rzucaliśmy. Byliśmy świeżo po studiach, oboje z Jolą ukończyliśmy Geodezję w Olsztynie. Dzięki życzliwości firmy żona dostała roczny urlop, ja rozwiązałem umowę zlecenia, by pojechać w wymarzoną podróż dookoła świata. Zdecydowaliśmy się na wielki skok, ale z drugiej strony wiedzieliśmy, że jeszcze się w życiu napracujemy, a jeśli nie spełnimy tych marzeń, to czas spowoduje, że pójdą w odstawkę.

Wspólna decyzja?

Podczas jednej z rozmów w hostelu w Syrii, gdy dyskutowaliśmy o życiu, powiedziałem, że tę podróż odbywam także z myślą o naszych przyszłych dzieciach. Byłem pewien, że gdybym tego nie zrobił, po pewnym czasie stałbym się zgorzkniałym facetem i takim samym ojcem. Wyprawa trwała w sumie osiem miesięcy, ponieważ od trzeciego podróżowaliśmy już w większym składzie (śmiech). Nie zobaczyliśmy wszystkiego, co mieliśmy w planach, ale przekonaliśmy się, że ziemia jest okrągła i to nie jest ściema. Doświadczyliśmy tego!

Ojcostwo miał pan we krwi?

Spadło na mnie dość nagle. Zorientowaliśmy się w Australii, a już w Chile po pierwszym USG musieliśmy podjąć decyzję czy kontynuujemy podróż. Udaliśmy się do matrony, czyli takiej pielęgniarki i położnej, która powiedziała kilka ważnych rzeczy, które do tej pory siedzą w mojej głowie.

Czego się pan dowiedział na krańcu świata?

Powiedziała: „Pamiętaj, że już jesteś ojcem. To dziecko już jest z Wami, zanim się urodzi. Twoim zadaniem jest opiekować się żoną i dbać o malucha. Również wysyłać sygnały, które widzisz. Piękny świat i uczucia, które go opisują”. Tak się wszystko zaczęło.

Przełom?

Silne wydarzenie, do którego często wracamy. Podejrzewam, że miało duży wpływ na moje podejście do ojcostwa. Stałem się bardziej świadomie dojrzały i racjonalnie podchodzę do różnych tematów.

Mimo trudów codzienności?

Jeśli człowiek nie prześpi kilku nocy, jest zmęczony, a dzieci przychodzą z pretensjami, które w naszym mniemaniu dotyczą drobnostek, potrafię się wkurzyć. Pomimo chęci nie zawsze jest tak, jak byśmy chcieli. Świadomość swoich niedoskonałości i pragnienie dojrzałego podejścia do tematu pozwala przyjść refleksji, że powinienem zachować się inaczej.

Do rodzicielstwa podchodzi pan wyłącznie w piątki.

Z przymrużeniem oka. Piątki w piątki – złożyło się na to kilka spraw. Po pierwsze gra słów, wypunktowane pięć rzeczy, które podaje w piątki, a po drugie piątek to przecież w większości piątek, piąteczek, piątunio, czyli oczekiwany moment luzu. Dogodny czas, aby bez spięcia spojrzeć na życie.

Pierwszy post stresował?

Bardziej ucieszył, bo stanowił naturalne ujście istniejącej we mnie chęci tworzenia. Jednak pisanie o swoich doświadczeniach rodzicielskich to pewna forma ekshibicjonizmu, w który siłą rzeczy angażujemy bliskich i to jest najbardziej stresujące. Czy nie napiszę za dużo? Czy nie odsłonię ich za bardzo? Dlatego też z tyłu głowy zawsze mam czujkę, która kontroluje to, co wychodzi spod klawiatury. Natomiast o wiele bardziej stresujący był moment, gdy liczba fanów przekroczyła dziesięć tysięcy.

Sukces i duma?

Liczebność fanpage’a nie jest najważniejszą miarą czy wyznacznikiem jakości. Daje raczej możliwość porównania i potwierdzenia, że pisanie ma sens i staje się poważniejszą zabawą.

Popularność zaskakuje?

Cieszy, bo świadczy, że to, co robię i mówię, podoba się. To bardzo miłe. Pozwala przekonać się, że jest wielu rodziców, którzy chcą się stawać lepsi. O tym piszę. Staram się przemycać przekonanie, że we wszystkim można się poprawić i rozwijać jako rodzic. Naszymi nauczycielami byli rodzice, z nich czerpiemy model wychowania dzieci. Nie ma jako takiej szkoły bycia rodzicem. Są książki, ale jednocześnie jest klęska ich urodzaju. Ludzie piszą wiele na każdy możliwy temat, na przykład jak się zachować, gdy dziecko w nocy płacze. Zostawić, aż samo się uspokoi czy może brać na ręce, nieświadomie rujnując życie, ponieważ przywiąże się do ciebie i już nigdy nie będzie samodzielnym człowiekiem, który stawi czoła przeciwnościom.

Co człowiek to opinia.

Jest mnóstwo szkół, jeszcze więcej trendów i pomysłów, jak wychowywać. Sztuką jest wybrać dobrze, trzymając się własnej mądrości po to, by samemu dojrzewać razem z dzieckiem, stając się dzięki temu coraz lepszym rodzicem. Proszę zwrócić uwagę, że mało jest materiałów o późniejszym okresie u dzieci, stąd między innymi wzięło się moje zainteresowanie telefonem.

Telefon potrzebny od zaraz?

Dotknęło mnie to osobiście, dlatego podzieliłem się doświadczeniami.

Jaki był odzew? Uznali, że pan oszalał?

Na szczęście nikt nie zarzucił braku współczesności (śmiech). Nie krytykuję technologii, wiem, że jest ona ważna. Przecież byłbym hipokrytą! Uważam, że potrzeba do niej podchodzić z głową, zarówno my dorośli, jak i dzieci. Na etapie kreowania i pokazywania świata naszym obowiązkiem jest zwrócić uwagę, jak sami podchodzimy do telefonu. Pierwsza córka otrzymała telefon w chwili, gdy faktycznie go potrzebowała.

Czyli kiedy?

W trzeciej klasie podstawówki, gdy zaczęła sama wracać do domu. Wtedy nasze życie się zmieniło. Denerwowaliśmy się, widząc, że co chwilę po niego sięga i sprawdza. Zdaliśmy sobie sprawę, że sami nie jesteśmy w porządku. Skoro nie poukładaliśmy tej kwestii, postanowiliśmy uporządkować zasady.

Zbiór reguł się sprawdza?

Tak, ale oczywiście nie była to jednorazowa akcja. Dziecko rośnie, zdobywa znajomych, jest więcej chęci kontaktu. Zrobiliśmy kilka podstawowych rzeczy – mamy miejsce, gdzie wszyscy trzymamy telefony i nigdy nie zabieramy ich do łóżek. To pozwoliło nam się uwolnić od problemu ciągłego sięgania. Kolejną rzeczą były rozmowy. Jak i dlaczego powinien funkcjonować telefon, pamiętając, by dać córce pełną możliwość zwracania uwagi, jeśli my nie jesteśmy w porządku. Ostatnią rzeczą było spisanie tych zasad. Wszyscy je podpisaliśmy.

Ręka nie drżała?

To było podsumowanie naszych rozmów, potwierdzenia tego, co wypracowaliśmy, więc nie było problemu. Podejrzewam, że gdyby ktoś nam to narzucił z zewnątrz, opór byłby na pewno. Wiem, że to dziwnie brzmi, szczególnie że ogólnie jestem wrogiem biurokracji. Nie cierpię papierków, ale przedyskutowanie i wspólne spisanie zasad pozwoliło nam umówić się na racjonalne funkcjonowanie.

Co jest w umowie?

Podstawowe zasady korzystania z telefonu dla córki i dla nas – to, jak Róża ma postępować i punkty o tym, jacy my mamy obowiązek być. Są tam sprawy techniczne, jak na przykład wspomniane wcześniej miejsce przechowywania telefonu w ciągu dnia, ale też tematy mniej miłe, które mogą się przydarzyć każdemu, a o których warto rozmawiać z dzieckiem już od początku. Na przykład, jeśli dostanie od kogoś wiadomość, w której będą nawet przysłowiowe gołe baby, to nie okrzyczę jej, tylko na spokojnie przeanalizujemy sytuację i poszukamy rozwiązania: co, kto i dlaczego. Dzięki temu wie, że może do nas przyjść ze wszystkim. Podstawą jest zaufanie i otwarta, szczera relacja.

Co wymaga większej odpowiedzialności: blog czy rodzicielstwo?

To nie są sektory, które da się porównać. W byciu rodzicem jesteśmy odpowiedzialni za dzieci, które posiadamy. Za ich zachowanie, relacje i czyny aż do uzyskania pełnoletniości. W przypadku dorosłych czytelników odpowiedzialność jest inna. Moim celem staje się inspirowanie innych rodziców, by świadomie przyjrzeli się sobie, swojemu rodzicielstwu i by starali się je rozwijać. Wierzę jednak, że każdy rozróżnia, co jest w jego indywidualnym przypadku ważne. Wierzę w mądrość ludzi i w to, że czytając, nie zrobią bezmyślnej kopii do swojego życia. Publikując treści, wystawiam się w pewien sposób na obstrzał i zapraszam innych do dzielenia się swoimi doświadczeniami. Wtedy możemy wejść w dyskusję i liczę, że będzie merytoryczna.

Co wtedy?

Zawsze staram się opisywać procesy, problemy i wydarzenia na podstawie moich doświadczeń i staram się posiłkować tym, co wcześniej napisali i czego doświadczyli mądrzejsi ode mnie. Dbam o treści i biorę za nie odpowiedzialność. Dokładnie tak, jak za moją rodzinę.

Niech moc będzie z nami
Oceń ten post

O Autorze

Dagmara Rybicka

Media to jej misja na ziemi. Dziennikarski warsztat budowała pod kierunkiem doskonałych i wymagających nauczycieli w rozpoznawalnych dziennikach, tygodnikach i popularnych magazynach. Skręcając w ulice marketingu i reklamy, podnosząc „heble” w radio i dbając o powierzony wizerunek. Mocnym głosem ze sceny i z aktorskim sznytem w studio nagraniowym odkąd pamięta, dział się jej świat. Pełen radości z pracy, szalonego tempa i zaskakujących sytuacji. Zawsze ze sportem w tle.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany