Rozdział 2

Podróżowanie to wspaniała przygoda. Jak to jednak z przygodami bywa, najwspanialsze jest, kiedy wspomina się je z przyjaciółmi przy kominku, z kubkiem gorącej czekolady w dłoniach. W trakcie – bywa różnie. Choć drużyna naszych wędrowców i wędrowczyń starała się kryć w cieniu palm i góry Zwekabin, bezlitosne słońce, chylące się powoli ku zachodowi, świeciło w oczy, strumieniami potu zalewało czoła, a ubrania przylepiało do ciał. Plecaki ciążyły im niemiłosiernie.

Po dobrej godzinie, może nawet dwóch, kiedy wszyscy porządnie już żałowali podjęcia się wyprawy, zmęczonym ich oczom ukazał się wreszcie, Kyatkalat, zwany również Klasztorem Na Jeziorze. Buddyjskie klasztory otacza zwykle przyjemna atmosfera spokoju – ten wyglądał nieco… niepokojąco, by nie powiedzieć: strasznie. Tak przynajmniej Oli odbierał ogromną maczugowatą skałę wapienną wyrastającą z położonej na środku rozległego jeziora wysepki. Ze szczelin w skale wyrastały skarłowaciałe drzewa, w większości zupełnie uschnięte. Obwieszone łopoczącymi chorągiewkami modlitewnymi, przywodziły na myśl strachy na wróble. Złota pagoda na szczycie wyglądała, jakby miała za chwilę runąć w ciemną toń jeziora.

Zwe! Jakże radują się moje oczy! Dopierom co, nie dalej niż wczoraj, rozmawiał o tobie z twoim zacnym dziadkiem! Co sprowadza w progi naszego klasztoru ciebie i twoich kompanów? – zgarbiony mnich owinięty ciemnoczerwoną szatą rozłożył ręce w geście powitania.

My właśnie w tej sprawie, bracie Phyo. Słyszeliśmy o liście i wizycie jakiegoś łobuza – Zwe nie owijał w bawełnę.

Zaraz tam łobuza… Biedna zbłąkana dusza. Pokazałem byłem mu list, a ten: „co on znaczy?” A czy ja tam wiem? Pomógłbym przecie – na co mnie złoto? Ale sam wiem tyle, że nic nie wiem.

I co, odjechał po prostu? – indagował Zwe.

A odjechał, pogroziwszy naprzód…

Ale nie wrócił? – wtrącił się Mohan.

A owszem, dopiero co był tu, przyjechali w pięciu, na motorach. Pielgrzymi mówili, że to Gang U Po Kyina z Hpa-An. Braciszka Nyana poturbowali, ale i on nic im pomóc nie potrafił. Cały ten list to najpewniej figiel jakiś… Spójrzcie zresztą sami.

Wszystkie osiem głów pochyliło się nad pożółkłym kawałkiem grubego papieru zapisanym kształtnymi birmańskimi literami.

Garnek pełen światła w ciemnej dziurze leży,

Drogę doń Ci wskaże obłok nietoperzy.

Odgadnąć niełatwo, w której szukać wieży,

Mnich jednak dwunasty z pomocą już bieży.

No, to mamy nie lada zagwozdkę… – głos Eaint wyrwał wszystkich z zamyślenia. – Pomysły: dalej!

Garnek pełen światła to bez dwóch zdań nasze złoto – zaczął Mohan. – Jesteśmy na dobrej drodze.

Kilka kilometrów na zachód stąd, za mostem na rzece Thanlwin, jest Jaskinia Nietoperzy. Dziura, nietoperze: dwie rzeczy się zgadzają – zaczął Zwe.

Wczoraj kąpaliśmy się w naturalnym basenie niedaleko Latkany. To całkiem ciemna dziura. Może garnek leży na dnie… – wtrącił się Poe Kwa.

Gwoli ścisłości: to my się tam kąpaliśmy. Ty się bałeś – sprostował San. – Ale pomysł jest dobry.

Poza tym, że musielibyśmy wrócić praktycznie do punktu wyjścia – zauważyła Hnin Phyu. – Latkana jest na wschód stąd, dokładnie w przeciwną stronę niż Jaskinia Nietoperzy…

Bracie Phyo, kim może być ten dwunasty mnich? – spróbował Oli swoim łamanym birmańskim. – Przydałaby się nam jakakolwiek pomoc.

Ha, też żem nad tym dumał. W naszym klasztorze mnichów jest tylko pół tuzina. Może powinniście wywiedzieć się o to w jakiejś większej świątyni?

Nie uwierzycie, mam tu zasięg! – ucieszył się Myint Myat, nie podnosząc wzroku znad tableta. – Żadnych innych dziur w najbliższej okolicy nie widzę. Jest kilka jaskiń jeszcze dalej na zachód niż Jaskinia Nietoperzy, jest też jaskinia Sadan, ale to dobre 15 kilometrów na południe. Zaraz, jest jeszcze… Chwileczkę… Kawtkathaung. Jaskinia, bardzo blisko Latkany i stawu. Do tego jest tam pagoda, w której moglibyśmy popytać o dwunastego mnicha.

To jakby trzy pieczenie na jednym ogniu – ocenił San.

I na kolację byłoby bliżej… – Poe Kwa uchwycił się miłej mu myśli.

Oli?

Jeśli uważasz, że bardziej obiecująca jest droga na wschód, z powrotem w okolicę Latkany, przejdź do rozdziału 4.

Jeśli uważasz, że Gildia powinna się skierować na zachód, w stronę Jaskini Nietoperzy, przejdź do rozdziału 5.

Podobne

O Autorze

Michał Głuszek

Tanatopsycholog, autor reportaży i esejów, instruktor jogi, nauczyciel języka angielskiego, podróżnik. Gdańszczanin, który pół ostatniej dekady spędził między innymi w Chinach, Syrii, Indonezji, Mongolii Wewnętrznej, Birmie i Indiach. Aktualnie znów mieszka, wraz z żoną i synem, w rodzinnym mieście, dzierżąc kaganek oświaty w jednej z sopockich szkół, szkoląc się w zawodzie psychoterapeuty w nurcie psychodynamicznym, prowadząc zajęcia jogi i starając się przy tym znaleźć czas na zgłębianie klasyków literatury, podróże (ostatnio – po Kubie), pisanie – oraz zastanawianie się nad tym, jaki to wszystko ma sens.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany