Są od trzydziestu lat na scenie, nie lubią blichtru, od celebryctwa się odżegnują. Wydali nową płytę i pokazują, że złapali wiatr w żagle. Jednak czy muszą coś udowadniać? Przecież są marką samą w sobie. Ich utwory śpiewają i rodzice, i ich dzieci. Z liderem Golden Life – Adamem „Wolą” Wolskim – rozmawiamy o początkach zespołu, trudnych przeżyciach, z którymi musieli się zmierzyć muzycy i planach na przyszłość.

Zespół Golden Life wrócił na scenę muzyczną po ośmiu latach płytą „Siedem”. Skąd taki tytuł?

Nie wiem, dlaczego wszyscy mówią o ośmiu latach przerwy. Pewnie mają na myśli płytę „Hello, hello”, którą wydaliśmy w 2008 roku, a przecież pięć lat temu w 2012 roku wyszedł nasz krążek „AQQ akustycznie…”. Nie próżnowaliśmy, cały czas jesteśmy na rynku. Faktem jest, że nie działamy ekonomicznie, tzn. nie wydajemy płyt co dwa lata. My tak nie umiemy. Prawdę powiedziawszy, zmobilizował nas do działania nasz nowy menedżer – Paweł Walczak.

A dlaczego „Siedem”? Nazwaliśmy naszą płytę właśnie tak, ponieważ w siódemce zawiera się pewna doskonałość. Wielokrotnie przegadywaliśmy ten temat, pojawiały się pomysły na zegar, odliczanie, 7:10. I w końcu zdecydowaliśmy się na „7”. A gdy pojawił się projekt okładki, która wygląda trochę jak koszulka piłkarska, to już w ogóle ta siódemka nabrała tylu znaczeń, że pozbyliśmy się jakichkolwiek wątpliwości. Później okazało się, że zespół Voo Voo również zatytułował tak swoją płytę, choć nie było pomiędzy nami żadnej komunikacji. Tak po prostu wyszło. Zbieg okoliczności.

Co się działo z zespołem w tym czasie?

Koncertowaliśmy, bo żyjemy przede wszystkim z grania koncertów, nie ze sprzedaży płyt, nie z tantiem, tylko z koncertów. Mieliśmy taki fajny czas, gdy zajmował się nami Tomek Karkoszka. Nie były to może koncerty spektakularne, ale nie narzekaliśmy. Cały czas graliśmy naszą muzykę, zapełnialiśmy sobie przy okazji kieszenie, a ponieważ zaniedbaliśmy trochę kontakty z mediami – to mało było o nas słychać. Niektórzy byli nawet przekonani, że już dawno przestaliśmy istnieć, ale jak widać – cały czas gramy i mamy się dobrze.

Jak to się stało, że trafiłeś do zespołu?

Przed Goldenami miałem kilka zespołów, między innymi śpiewałem w zespole Haraszo, ubieraliśmy się na czarno i bardzo lubiliśmy klimaty The Cure i wszystkie takie ciemne historie. Zauważyła mnie śp. Magda Paszkiewicz-Kunicka, która w latach 90. była takim ojcem/matką wszystkich alternatywnych zespołów w Gdańsku, powiedziała chłopakom z zespołu, że jest taki jeden całkiem obiecujący (śmiech), więc przyszli na koncert mojej kapeli, uważnie mnie obserwowali, po czym wspólnie skinęli głową, że Magda miała rację i zaprosili mnie na próbę zespołu. Moja przygoda z Goldenami zaczęła się więc jeszcze przed wydaniem pierwszej płyty. Nawet niedawno wspominaliśmy sobie, że nasz debiutancki krążek został wydany całkiem przypadkowo, tylko dlatego, że Garden Party, zespół, który miał zaklepane studio nagrań, zamiast gotowego materiału – miał tylko dwie piosenki, a Magdzie zależało na tym, żeby ktoś wszedł do studia i nagrał płytę, no i wykorzystaliśmy ten moment. Nagraliśmy nasz debiutancki krążek, nie mając praktycznie gotowych materiałów, mieliśmy raptem cztery utwory, a resztę musieliśmy dopiero stworzyć. Pracowaliśmy ciężko, w ciągu miesiąca przygotowaliśmy materiał na całą płytę, w całości po angielsku, bo taka była wtedy moda.

No właśnie. Debiut po angielsku nie za bardzo się spodobał Polakom. Zostaliście zauważeni przez krytyków, ale niestety nie przez publiczność.

W Polsce śpiewa się po polsku, teraz to wiem. Śpiewanie po angielsku było przejawem mody, tak jak noszenie kolorowej koszuli, żeby zerwać z szarością, która pozostała nam po smutnych czasach PRL-u.

Potem zaczęliście śpiewać po polsku i przyszedł sukces.

Sukcesem okazało się to, że sięgnęliśmy po utwór Marka Jackowskiego „Oprócz błękitnego nieba” i to był taki ostrożny krok ku polskim piosenkom. Nasza strategia, żeby wziąć na warsztat utwór z dobrym tekstem, fajną muzyką i zrobić go po swojemu – okazała się strzałem w dziesiątkę. Śp. Marek Jackowski sam przyznał, że zrobiliśmy jego piosenkę lepiej od niego. No i poszło, zaskoczyło. Później już zaczęły powstawać nasze polskie piosenki, stwierdziliśmy, że to jest fajny sposób na życie, że publiczność chce nas słuchać, że chce nam płacić za koncerty, ciężko z tego nie skorzystać. Przygoda życia wciąż trwa.

A jak wygląda życie rockandrollowca na co dzień?

Jesteśmy w drodze. Od miasta do miasta. W piątek, sobotę czy niedzielę najpewniej jesteśmy w trasie. Gdy jesteśmy w domu – to czekamy przez resztę tygodnia na weekend i tak w kółko. Przez trzydzieści lat.

Masz rodzinę, dom, dzieci.

Funkcjonujemy jak normalni ludzie, niczym się nie różnimy. Wyróżnia nas tylko to, że wychodzimy na scenę i jeszcze nam za to płacą.

A dzieci też podążą w stronę muzyki?

Filipa, mojego starszego syna, który skończył właśnie 18 lat, rzeczywiście ciągnie do muzyki, młodszego 11-nastolatka już niespecjalnie. U kolegów z zespołu jest podobnie: Marta, córka Bodka gra na klawiszach, syn Jaś – gra na gitarze. Ale nie chodzą do szkół muzycznych, nie uczą się zawodowego grania. Podchodzą do tego trochę jak my, bo przecież nikt z nas nie uczył się grania z nut, każdy brał gitarę i grał po swojemu i teraz po tylu latach, można powiedzieć, że nauczyliśmy się w końcu grać. Ale początki były ciężkie. Bardziej udawaliśmy niż naprawdę graliśmy.

Czy przyjąłbyś propozycję jurorowania w którymś z talent show?

Wszystko jest pewnie kwestią pieniędzy, każdego można kupić.

Co w ogóle myślisz o tego typu konkursach?

Podchodzę do tego sceptycznie. Myślę, że każdy powinien rozwijać się po swojemu, a nie w blasku fleszy czy kamer. To wcale nie pomaga, a wręcz przeciwnie: przeszkadza. Trzeba wypracować sobie najpierw brzmienie w piwnicy, później wyjść na scenę po raz pierwszy, drugi, trzeci i w ten sposób zdobywać doświadczenie. Oczywiście tak jest łatwiej, od razu wyjść na scenę, zaśpiewać nieswoją piosenkę, zrobić to w miarę dobrze, przejść kilka etapów i nagle mieć kontrakt na wydanie płyty, ale potem pojawia się pytanie: Co dalej? Czy jesteś na to gotowy, bo masz swój materiał, nad którym pracowałeś kilka lat, czy jesteś tylko odtwórcą? Bo oczywiście znajdą się ludzie, którzy w ramach kontraktu pomogą Ci wydać płytę, znajdzie się producent, kompozytor, autor tekstów, tylko czy to będziesz naprawdę Ty? Czy raczej wyprodukowany sztuczny twór?

Wielu moich znajomych ma swoje rockowe zespoły i traktuje tę aktywność jako odskocznię od pracy, hobby. Co sprawia, że takie hobby zaczyna przynosić pieniądze?

Obserwowałem kilka osób, które wzięły udział w tych programach. Miały własną wizję i nie grały czyichś utworów. To były gotowe zespoły czy projekty, które do tej pory całkiem dobrze funkcjonują. Choć nie wszystkim służą światła kamer, np. Gienek Loska, który wygrał pierwszą edycję X-Factora, jest muzykiem wziętym z ulicy i gdy zaświeciły lampy kamer, nagle okazało się, że jego domem jest ulica, a nie scena z blaskiem fleszy. Myślę, że my mamy podobnie. Jesteśmy takim zespołem, który niekoniecznie idzie na pierwszy ogień. Bardziej sobie cenię, gdy ktoś mówi o mojej muzyce, a nie o tym, jak wyglądam. Nie interesuje mnie splendor obrazka.

Zespół świętuje 30-lecie. To czas podsumowań. Jakie wydarzenia planujecie z tej okazji?

Zrobiliśmy to już, wydając płytę „AQQ akustycznie…”. Płyta „7” natomiast jest nowym krokiem. Pokazujemy, że jesteśmy wszechstronni, że potrafimy zagrać mocno, ale też melodyjnie, że potrafimy napisać ładną balladę.
Ale też tak sobie myślę, że jeśli chodzi o nowe brzmienia, to nie chcemy odkrywać Ameryki. Golden Life to brzmienia rockowo-popowe, to zespół, który pisze niebanalne teksty. Czy mamy się silić na coś zupełnie innego? Coś, co nie będzie nasze? Dobrze się czujemy miksując muzykę, poruszając się pomiędzy różnymi nurtami, sięgając po rap, rock czy trochę popu.
A poza tym, dobrze jest nam ze sobą, po tylu latach jedziemy na tym samym wózku, wcale nie chcemy z niego wysiadać, wręcz przeciwnie dostaliśmy wiatr w żagle.

Jakie były trudne momenty w życiu zespołu?

Pewnie chcesz wspomnieć o wypadku Maćka i pożarze w Hali Stocznia.

Właściwie nie chciałam już o to pytać, bo wiem, że to była trauma dla zespołu.

Trauma jak trauma. Chodzi o to, że wszyscy nam przypisują odpowiedzialność za to wydarzenie. Może nie w tym sensie, że spowodowaliśmy pożar, raczej że ciągle o tym mówimy. A z drugiej strony – jak się od tego odciąć, gdy ludzie pamiętają, kojarzą, pytają, nawiązują do tej tragedii? To były ciężkie chwile, oczywiście nikomu tego nie życzymy.

Skorzystaliście z pomocy psychologa? Chodziliście na terapię? Jak przeżyliście to wydarzenie?

Nie, sami jesteśmy dla siebie najlepszymi lekarzami. Przez długi czas nie mogliśmy napisać żadnej wesołej nuty, dopiero w 1998 roku, czyli cztery lata po tym wydarzeniu nagraliśmy płytę „Bleuberd” i na niej znalazły się trochę weselsze utwory: „Helikopter”, „Dobra, dobra, dobra”. Musieliśmy się sami z tym jakoś uporać.
Kontaktowały się z nami osoby, które ucierpiały w tym pożarze. Ja miałem choćby osobisty kontakt z matką córki, która została stratowana, widziałem jak buduje się w niej nowe życie, bo zaszła w ciążę, urodziła kolejne dziecko. Myślę, że te wszystkie etapy w życiu muszą mieć swoje miejsce. Podobnie jak żałoba – gdy nagle zderzasz się z informacją, że Twoja mama odchodzi, najpierw przeżywasz ból, potem zaczynasz się z tym zgadzać, ale wciąż przeżywasz stratę i potem następuje moment pogodzenia, i wreszcie czujesz się spokojny. Wydaje mi się, że tak jest właśnie z nami. Ten etap mamy już za sobą, została nam piosenka „Życie choć piękne tak kruche jest”, którą staramy się grać na każdym koncercie, bo wiemy, że ludzie na nią czekają, ale też po swojemu układają do niej swoje scenariusze życiowe. Oczywiście jest to piosenka pomnik, odnosząca się do wydarzeń w stoczni, ale jest również uniwersalna. Poproszono nas m.in. o zagranie jej na koncercie upamiętniającym czwórkę młodych ludzi, którzy zginęli w wypadku samochodowym, często jesteśmy proszeni o wyrażenie zgody o zagranie tego utworu na pogrzebach. Zobaczyliśmy, że ta piosenka jest szczególna dla sytuacji odchodzenia, do wspominania kogoś, i wiemy, że wiele osób czeka na nią, słuchając jej po swojemu, wspominając i pozdrawiając wszystkich nieobecnych.

A śmierć Maćka? Jak wpłynęła na zespół?

Maciek jeszcze za życia powtarzał, że najważniejszy jest zespół i muzyka, i gdy któregoś z nas zabraknie – mamy grać dalej, jechać dalej. Więc na jego prośbę – jedziemy dalej. Pożar w stoczni to też był wyraźny sygnał, żeby grać dalej. Zresztą to młodzi ludzie poprosili nas, żeby napisać piosenkę o tym wydarzeniu. I de facto się zgodzili, żeby zespół trwał dalej. To nie była wasza wina. To był zwykły wypadek.

Czy zawsze muzyka była u Ciebie na pierwszym miejscu? Czy była może jakaś inna dziedzina, w której czułeś się równie dobrze?

Zawsze interesował mnie sport. Grałem w piłkę nożną. Będąc małym grzdylem, poszedłem pierwszy raz do Klubu Sportowego Gedania Gdańsk i tam grałem przez jakieś 10 lat w piłkę nożną, ba, nawet doszedłem do juniorów starszych i już tam mocowałem się z tym, żeby jeździć na mecze i na tym zarabiać. Ale to jednak muzyka zaczynała do mnie bardziej docierać, ona była cały czas jakoś obecna w moim życiu. I gdy uświadomiłem sobie, że zaczyna odgrywać coraz większą rolę, powiedziałem trenerowi, że mam swój zespół, że chciałbym skupić się na graniu na poważnie. Trener jeszcze przez jakiś czas przychodził do mnie i próbował mnie nakłonić do powrotu, ale w końcu odpuścił.

Może byłbyś drugim Lewandowskim? Żałujesz?

Na pewno bym nie był, miałem świadomość, jakim jestem graczem, czy też kopaczem, jak to mówią. To, co ważnego wyniosłem ze sportu, to z jednej strony współzawodnictwo, a z drugiej strony funkcjonowanie w drużynie – i pewnie ta druga umiejętność przełożyła się na bycie w zespole. A poza tym cały czas gram w piłkę nożną w drużynie Reprezentacji Artystów Polskich. Działam w niej od samego początku, jeździmy po całej Polsce, gramy różne charytatywne mecze, wykorzystując popularność celebrycką, chociaż ze mnie raczej słaby celebryta (śmiech).

Chciałbyś być celebrytą?

Nie, nigdy się nie pchałem na salony, zresztą śpiewamy na płycie o celebrytach, z których się trochę naigrywamy. Spełniam w swoim życiu to zainteresowanie, które kiedyś miałem i to z którego żyję. Można powiedzieć, że jestem człowiekiem spełnionym, chciałbym jeszcze ponagrywać kilka fajnych rzeczy. Może jakieś płyty solowe? Może z synem? Scenariusz pisze życie. W dalszym ciągu uważam, że dużo rzeczy zależy od losu, choć oczywiście równie ważne jest to, co robimy, jak myślimy, jakie podejmujemy działania i czego chcemy w życiu.

Na nowej płycie pojawia się dużo tekstów o miłości, o poszukiwaniu drogi życiowej…

Tak, bo ja w tym roku kończę 50 lat. Mam wrażenie, że cały czas czegoś szukam i nie za bardzo wiem czego, jakiejś drogi, jakiegoś celu. Niby masz dom, rodzinę, ale ten świat cały czas cię zaskakuje, nigdy nie jest jasny, ma również ciemne strony. Trzeba się nieźle nagimnastykować, żeby przez nie przejść. I co w nas zostaje? Te kilka ważnych dat. To są medale naszego życia.

Jaka jest Twoja najważniejsza cecha charakteru?

Wiesz co? Jestem bardzo wrażliwy. Szybko się denerwuję, potrafię krzyczeć, ale też odczuwam pozytywne emocje, potrafię współczuć, odczuwać empatię – wszystkie moje uczucia widać jak na talerzu. Czy to dobre? Nie wiem, ale na pewno uczciwe, bo nie zakładam żadnej maski. Jestem prawdziwy.

Co wzbudza w Tobie obsesyjny lęk?

Mam swoje lęki osobiste. Nie wejdę na bardzo wysoką górę, chyba że jestem w pomieszczeniu dużym i okratowanym i wiem, że nic się nie stanie. Pamiętam, kiedy byłem w Stanach i winda wiozła mnie na bardzo wysokie piętro, stałem jak najbliżej drzwi wejściowych ze szkła i podziwiałem widoki. To taka moja obsesja. Ale myślę, że tak jak każdy odczuwam strach przed nieoczekiwaną śmiercią najbliższych. Nie chciałbym, żeby coś złego spotkało moich bliskich, ale wiem też, że tak w życiu bywa, ludzie odchodzą i przychodzą.

Jaki jest obecnie Twój stan umysłu?

Teraz dobry, ale miałem do siebie żal za niektóre sytuacje, zresztą zawarłem to w tekście „Nigdy nie mów do mnie tak”. Napisałem go pod wpływem silnego niezadowolenia, że w relacjach z tą najbliższą osobą często powiemy coś za dużo albo czegoś nie dopowiemy. Trzeba ważyć słowa, bo one ranią.

Ile lat jesteś po ślubie?

Dwadzieścia. Wszyscy się dziwią, że jestem takim długodystansowcem. Ale ja wciąż mówię mojej żonie, że mi się podoba, że jest mi z nią dobrze, że uwielbiam się przy niej budzić. Młodsza? Ładniejsza? Ale po co?

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany