Niektórzy fani sportu zwracają uwagę na wyłącznie na wyniki, inni – deklarują przede wszystkim przywiązanie do barw klubowych, a rezultaty mają dla nich drugorzędne znaczenie. Trudno nie zauważyć powiązań profesjonalnego sportu z wielkim biznesem. Co więcej, duże kluby są autonomicznymi przedsiębiorstwami o gigantycznym rozmachu.

A co z duchem walki, z ideą szlachetnej rywalizacji, pokonywania własnych słabości i szacunku dla przeciwnika? Czy ma ona jeszcze znaczenie? Niestety, czasami można odnieść wrażenie, że są to jedynie kolejne slogany marketingowe, które mają zwiększać sprzedaż biletów i powierzchni reklamowych na stadionach. Co z wychowaniem dzieci w duchu sportu? Czy w rzeczywistości komercyjnych przedsięwzięć sportowych ma ono jeszcze sens?

Między zabawą a biznesem i karierą

Aktywność fizyczna powinna być nieodłącznym elementem prawidłowego wychowania dziecka. Jak wiadomo, doskonale wpływa na procesy ogólnorozwojowe, wzmacniając odporność psychofizyczną. Rywalizacja między rówieśnikami uczy pokory, szacunku wobec rywala i współpracy. Gdy dziecko dorasta, sport zaczyna być formą zdrowego odreagowania stresu. Wielu rodziców dostrzega (słusznie lub niesłusznie) potencjał sportowy swoich pociech. Różnego rodzaju szkółki sportowe i szkoły o profilach usportowionych nie mogą narzekać na brak kandydatów.

W życiu dorosłego człowieka sport często staje się elementem rozrywki o mało zobowiązującym charakterze. Nawet rywalizacja drużyn amatorskich ma przede wszystkim być formą relaksu, zabawy z prozdrowotnym podtekstem. Uzyskiwane wyniki są mniej istotne, podobnie zresztą jak nakłady finansowe. Niemniej amatorzy potrafią autentycznie cieszyć się rywalizacją oraz szanować przeciwnika. I tu pojawia się ciekawy paradoks: istnieją powody, by twierdzić, że wartość ducha fair play proporcjonalnie maleje tam, gdzie rośnie profesjonalizacja sportu, a wraz z nią – persja na wyniki. Może się wydawać, że między sportową zabawą a zawodowstwem rozciąga się ogromna przepaść. W klubach-przedsiębiorstwach, podobnie jak we wszystkich organizacjach nastawionych na zysk, liczy się marka i wynik – finansowy i sportowy.

Chemiczna plaga współczesnego sportu

Życie zawodowego sportowca jest krótkie i intensywne. Istnieje niewiele dyscyplin, w których można osiągać światowe sukcesy po ukończeniu 40. roku życia. Ta świadomość ciąży każdemu sportowcowi. Bo nie każda sportowa emerytura jest usłana różami. Najlepszą możliwą perspektywą wydaje się kariera trenerska lub menedżerska po ukończeniu czynnego uprawiania sportu, co wymaga jednak odpowiedniego wykształcenia i kwalifikacji. Tylko wybitni czempioni, których jest relatywnie niewielu, żyją z wysokich dochodów zawdzięczanych lukratywnym kontraktom reklamowym czy inwestycjom w różne dziedziny biznesu. Jednak zdecydowana większość sportowców to zawodnicy, którzy jedynie aspirują do wybicia się ponad przeciętność.

Presja osiągnięcia jak najwyższych wyników wiąże się zatem nie tylko z pragnieniem przejścia do historii czy uzyskania jednorazowego poklasku. Zdobycie medalu na znaczącej imprezie, np. rangi mistrzostw świata, może stanowić prawdziwą rewolucję w życiu każdego sportowca i być jego zabezpieczeniem na przyszłość. Tyle tylko, że w sporcie nikt nie chce być przegranym, a po najwyższe laury mogą sięgać jedynie najlepsi. To rodzi pokusę do sięgania po niedozwolone metody dopingu – współczesną plagę, która stanowi całkowite zaprzeczenie ducha fair play. Aby zrozumieć skalę tego zjawiska i siłę jego oddziaływania, warto pamiętać, że po zakazane środki farmakologiczne sięgali również uznani i podziwiani idole sportu, nie tylko zawodnicy marzący o wybitnych wynikach.

Największe „gwiazdy” afer dopingowych w sporcie

Wybitna tenisistka, zdobywczyni licznych trofeów i wzór dla młodych sportowców, Maria Szarapowa, na specjalnie zwołanej konferencji prasowej podczas turnieju Australian Open w 2016 roku przyznała, że została przyłapana przez kontrolę antydopingową na stosowaniu niedozwolonego środka. Sportsmenka tłumaczyła się niewiedzą, że lek o nazwie Meldronate trafił na listę zakazanych preparatów. Wcześniej tenisistka przyjmowała ten specyfik przez 10 lat.

To był prawdziwy wstrząs dla fanów kolarstwa. Absolutna ikona tej dyscypliny, Lance Armstrong, podczas jednego z wywiadów telewizyjnych przyznał, że przez całą swoją karierę stosował niedozwolone środki dopingujące. Skutkiem tego wyznania było dochodzenie, a następnie usunięcie kolarza z wielu klasyfikacji, pozbawianie go tytułów i utrata kontraktów reklamowych.

„Być jak Ben Johnson” – takie było marzenie milionów biegaczy pod koniec lat 80. XX wieku. Niestety, okazało się, że medalista olimpijski z Seulu i rekordzista świata w biegu na 100 m, oprócz intensywnej pracy na bieżni, poprawiał swoje osiągnięcia poprzez stosowanie sterydów anabolicznych. Efekt mógł być tylko jeden – oficjalne wykreślenie jego rezultatów z annałów sportu.

Problem przyjmowania niedozwolonych substancji wspomagających dotyczy również gwiazd piłki nożnej. Niechlubnym przykładem jest Diego Maradona – niegdyś niekwestionowana ikona futbolu. Argentyńczyk został wykluczony z udziału w mistrzostwach świata w USA, gdy potwierdziły się wyniki kontroli antydopingowej, która wykryła w jego organizmie obecność niedozwolonej substancji – efedryny.
Źródło: www.eurosport.onet.pl

Pomimo restrykcyjnych procedur kontroli antydopingowej, drakońskich kar i ryzyka zniszczenia kariery sportowej, nadal się zdarza, że popularni sportowcy sięgają po nielegalne środki. Można by sądzić, że jest to działanie irracjonalne. I rzeczywiście, do pewnego stopnia jest to prawda. Niemniej, niestety, trudno oszacować, jaki odsetek rezultatów jest efektem rzetelnego treningu, a jaki – zabronionego wspomagania. Należy jednak obiektywnie stwierdzić, że skala stosowania dopingu w XXI wieku prawdopodobnie jest mniejsza niż pod koniec ubiegłego stulecia. To głównie zasługa wzmożonej kontroli i surowych przepisów.

Po co komu zasady…?

Takie pytanie może się wydawać absurdalne, skoro niemal wszystkie dyscypliny sportu opierają się na ogólnie akceptowanych i zatwierdzonych zasadach. Problem pojawia się wówczas, gdy reguły gry przypominają tor przeszkód, a zawodnicy dwoją się i troją, by je omijać. Czy trzeba dodawać, że to kolejne wypaczenie ducha sportu…? Przecież tylko rywalizacja wedle ustalonych wcześniej zasad ma wymiar szlachetnej idei fair play.

Przekraczanie przepisów to, niestety, codzienność większość popularnych dyscyplin. Piłka nożna, żużel, hokej czy koszykówka – mimo że rządzą się ściśle ustalonymi zasadami – obfitują w nieczyste zagrania. Wymienione dyscypliny wiążą się z dużym ryzykiem odniesienia poważnej kontuzji, a więc faule mogą skutkować wymiernym uszczerbkiem na zdrowiu, nie tylko wypaczeniem sportowego wyniku.

Inna sprawa, że po prostu przyzwyczailiśmy się do fauli i przekraczania przepisów – do tego stopnia, że traktujemy je w kategoriach sprytu i realizacji strategii. Przymykamy zatem oczy na tzw. faule taktyczne czy drobne uchybienia regułom gry. Sędziowie nie zawsze są w stanie wychwycić wszystkie nieprawidłowe zagrania. Zdarza się również, że ulegają presji publiczności. Być może w przyszłości elektroniczne systemy wspomagające sędziowanie (obecne już np. w żużlu, a stopniowo wprowadzane do futbolu) pozwolą na zmniejszyć liczbę pomyłek sędziowskich.

Ręką czy nogą? Byle do celu…

Negatywny przykład naginania przepisów i pomyłki sędziowskiej można było zaobserwować podczas przedostatniego meczu piłkarskiej ekstraklasy w sezonie 2016/2017. Walczący o utrzymanie w lidze zespół Arki Gdynia podejmował na swoim boisku chorzowski Ruch – drużynę, dla której inny wynik niż wygrana oznaczał degradację. Zespół ze Śląska, mając „nóż na gardle”, przyjechał więc do Gdyni po zwycięstwo i dość szybko zaczął realizować swój plan, uzyskując jednobramkową przewagę. Później jednak zdarzyła się sytuacja niedopuszczalna – Rafał Siemaszko, zawodnik gdyńskiej Arki, zdobył bramkę ręką, a arbiter uznał gola dla gospodarzy. Na nic zdały się protesty przyjezdnych. Spotkanie zakończyło się remisem 1:1. W rezultacie sędziowskiej pomyłki i nieprawidłowego zagrania (z premedytacją), Ruch Chorzów został zdegradowany, a Arka Gdynia – wywalczyła utrzymanie w lidze. Sam Rafał Siemaszko początkowo niezbyt przejął się własnym zachowaniem, choć w wywiadach twierdził później, że jest „nieco zawstydzony”.

Trzeba przyznać, że i na zawodnika, i na sędziego spadła fala krytyki zarówno ze strony działaczy sportowych, jak i kibiców. Niemniej dziwić może postawa piłkarskiej centrali. Komisja Ligi ograniczyła się do lakonicznego komunikatu, w którym wyraziła dezaprobatę zaistniałej sytuacji. Zadziwiająca była też wypowiedź Zbigniewa Bońka, prezesa PZPN, który stwierdził, że Ruch Chorzów spadł z ekstraklasy, ponieważ w skali całego sezonu prezentował mizerny poziom sportowy. Trudno było doszukać się w tych słowach wyraźnego potępienia faktu wypaczenia sportowego wyniku. Oczywiście o powtórzeniu meczu czy weryfikacji wyniku nie mogło być mowy. Czy można się więc dziwić kibicom, którzy przyzwalają na nieczystą grę, skoro negatywny przykład płynie z góry? Zresztą część dziennikarzy sportowych również uznała, że zagrania niefair są wpisane w realia sportu, a wręcz tworzą specyficzny folklor.

Warto nadmienić, że opisywany przypadek nie był oczywiście odosobniony. Podobne pomyłki sędziowskie zdarzały się na imprezach o znacznie wyższej randze niż mecz ligowy w Polsce. Przepisy naginali znacznie więksi mistrzowie sportu niż Rafał Siemaszko. Ale czy jest to usprawiedliwieniem samego zjawiska?

Nie ma sportu bez fair play

Nie warto mieć złudzeń – współczesny sport jeszcze przez wiele lat będą nękały różne plagi, o ile w ogóle kiedykolwiek będzie od nich wolny. Czysta rywalizacja? To na razie brzmi to jak utopia. Zapewne dalej sportowcy będą próbować poprawiać swoją wydolność fizyczną niedozwolonymi środkami farmakologicznymi albo osłabiać przeciwnika poprzez nieczyste zagrania. Radykalna reakcja na łamanie przepisów ze strony działaczy sportowych to tylko jeden z odcinków walki o przywrócenie czystości sportu. Znacznie trudniejsza może być batalia o zmianę mentalności społecznej, w której ciągle jest miejsce na grę faul. Od czego zacząć? Od siebie!

Czy zawsze, oglądając mecz z naszymi dziećmi, potrafimy obiektywnie ocenić wydarzenia na boisku? A może zdarza się nam krytykować słuszne decyzje arbitrów, którzy rzekomo skrzywdzili naszych ulubieńców? Czy w głębi duszy nie podziwiamy zawodnika, który tak sprytnie sfaulował rywala, że przyczynił się do uzyskania korzystniejszego dla siebie wyniku? Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem… Sport to emocje, a te nie zawsze idą w parze w klarownością reguł rywalizacji. To oczywiście nie oznacza, że powinniśmy się wyłącznie usprawiedliwiać, zwłaszcza że nasze dzieci szybko zechcą wziąć z nas przykład. Zaszczepienie najcenniejszych wartości młodym sportowcom musi być priorytetem dla trenerów pracujących z dziećmi. Mimo wszystkich niedociągnięć współczesnego sportu, duch fair play nie jest i nie może być martwym sloganem. Jeśli dopuścimy taką ewentualność, trzeba będzie przedefiniować pojęcie i etos rywalizacji sportowej.

Polecane

O Autorze

Michał Mikołajczak

Urodziłem się w 1977 roku, w Grudziądzu, ale od 25 lat mieszkam w Trójmieście – początkowo w Gdańsku, a obecnie w Sopocie. Ukończyłem filologię polską na Uniwersytecie Gdańskim. Z zawodu i zamiłowania jestem redaktorem. Jak przystało na urodzonego humanistę, mam bardzo wszechstronne zainteresowania. Szczególnie interesują mnie: kryminalistyka, współczesna historia Polski, medycyna (zwłaszcza psychiatria), a także kultura popularna lat 80. i transport. Wolne chwile spędzam z rodziną, najczęściej na oglądaniu filmów grozy.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany