Do wybrzeża Morza Czarnego w Rumunii dotarliśmy w dość nietypowym miejscu. Pięknym, cichym, zapomnianym przez turystów i trochę dzikim. Plażę mieliśmy właściwie dla siebie dzięki podpowiedzi chłopaka, który organizuje rejsy w delcie Dunaju. Rady miejscowych to nasz tajny sposób na podróże. Dzięki nim odkrywamy piękne i unikatowe miejsca, o których nie ma słowa w przewodnikach, a które często okazują się być lepsze niż te najbardziej znane atrakcje. To takie zakątki zyskują potem specjalne miejsce w naszych wspomnieniach.

Oczywiście mogliśmy się naciąć i gdyby ten chłopak był fanem disco, pewnie zamiast na odludne plaże w Gura Portitei trafilibyśmy na niekończącą się dyskotekę na plaży w Vama Veche. Ale tak się nie stało. Znów strzał w dziesiątkę.

Gura Portitei jest odcięta od lądu laguną stworzoną przez rozlewający się na wiele hektarów Dunaj poprzecinany kanałami i wysepkami. Dostać się tam można tylko łodziami, które co dzień odpływają z miejscowości Jurlovca, gdzie pojechaliśmy samochodem. Po drodze przejeżdżaliśmy przez piękne, malownicze i zadbane wsie, do widoku których jeszcze nie zdążyliśmy przywyknąć, mimo że w Rumunii jesteśmy już dwa tygodnie. No zeszło nam się. W tygodniu oboje (ja i Grzesiek) zdalnie prowadzimy swoje firmy, więc zatrzymujemy się w miastach – w Rumunii były to: górski Braszowie i Tulca nad Dunajem. Dlatego właśnie zdobywanie odległości idzie nam tak mozolnie i nad Morze Czarne docieramy miesiąc po rozstaniu się z wybrzeżem Bałtyku. Jednak przez ten czas zdążyliśmy się zadziwić, zachwycić i zakochać w tym kraju i jego ludziach. Nie zdążyliśmy się tylko nacieszyć tym wszystkim. Jadąc więc do Jurlovca, znów chłonęliśmy widoki kolejnych Rumuńskich wiosek, gdzie sąsiedzi albo rozmawiali na ławkach stojących przy każdym płocie, albo pielili gracka w grackę ten kawałek zieleni, który przypada przed ich posiadłością.

W Jurlovcy wsiedliśmy na łódź, na której byliśmy jedynymi niemówiącymi po rumuńsku pasażerami. Zresztą nie pierwszy raz znaleźliśmy się w takiej sytuacji. Podczas naszego pobytu w Rumunii zdziwiło nas, że mimo tych braków w komunikacji i rozmowy bardziej na gesty niż na słowa, gdzie jest więcej zgadywania niż faktycznego rozumienia siebie, taka rozmowa wychodzi bardzo dobrze. Rumuni też się nie poddają i wcale ich nie zniechęca fakt, że nie rozumiesz. Czy to takie ważne? Czy naprawdę przez taką drobnostkę mielibyśmy razem nie wypić zimnego piwa w piękny dzień…?

Wróćmy jednak na łódź. Dowiozła nas na odciętą od świata Gurę Portitei. Tu kończy się delta Dunaju – królestwo pysznych ryb i ponad 300 gatunków ptaków. Stąd blisko do Babadagu, który opisał Andrzej Stasiuk, a daleko od sławnych kurortów, które od rana do nocy wybrzmiewają muzyką disco. Nie to, żebyśmy mieli coś przeciwko disco, nawet je lubimy, ale czasami dobrze, gdy nie słychać w głowie jednostajnego bitu zagłuszającego szum fal. O ile sama Gura Portitei to całkiem zwyczajna wioska, która sprowadza się do jednego ośrodka wczasowego i restauracji, to dla spokojnych chwil i relaksu na bezludnej wręcz plaży warto tu przyjechać. Nawet z namiotem.

Wystarczy przejść 50 metrów, zostawiając za sobą dzikie pole namiotowe powstałe na samej plaży, by wokół nie było już nikogo. A jeszcze kawałek dalej odkryliśmy z Igorem miejsce, w którym są stosy wielkich, niepotłuczonych muszli. Przez to, że nikt tu nie chodzi, a morze jest spokojne, muszle utworzyły tu prawdziwe kilkumetrowe cmentarzysko morskich skarbów.

Nie wiem, co takiego jest w tych morzach. Przecież przez ten miesiąc nie brakowało nam wrażeń: spacerowaliśmy po winnicach na wzgórzach Wiednia, zwiedzaliśmy zamek Drakuli – co było podróżniczym marzeniem Igora, przyglądaliśmy się błotnym wulkanom, widzieliśmy dziesiątki pelikanów wzbijających się do lotu z Dunaju, szukaliśmy śladów starożytnego wodza Decebala (o tym wszystkim przeczytacie na blogu tuiwszedzie.pl). Ale tu, nad spokojną taflą Morza Czarnego, uświadomiliśmy sobie, jak bardzo za morzem tęskniliśmy. Za muszlami, za szumem i zapachem wody. W morzu jest coś, co pozwala się zresetować, wyłączyć i po prostu być – jakby czas zatrzymał się w miejscu. W morzach jest coś takiego, co człowieka przyciąga. To coś, czego jeszcze nie umiemy nazwać, a co zainspirowało nas do wyruszenia na tę wyprawę wybrzeżami 5 mórz. Z każdym morzem jesteśmy coraz bliżej zrozumienia tego czegoś, co w morzu siedzi. Może nad Morzem Egejskim będziemy bliżej tego odkrycia? O tym opowiemy już za miesiąc. Przed nami jeszcze Bułgaria, a potem już Grecja i Morze Egejskie.

Autoutor: Sylwia Kołpućwww.rodzinanomadow.pl

Wyprawa 5 mórz – Morze Czarne
Oceń ten post

O Autorze

Mat. Redakcyjne

Magazyn Together - Rodzinna strona Trójmiasta

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany