Co łączy Alberta Einsteina z Winstonem Churchillem? Trudno w to uwierzyć, ale te czcigodne postacie uczyły się nieco dłużej niż powinny. I wcale nie chodzi o szczególne zamiłowanie do nauki. Po prostu obaj byli zmuszeni do powtarzania klasy. Nie są to zresztą odosobnione przypadki. Brak promocji do wyższej klasy, choć nie jest powodem do dumy, nie oznacza końca życiowych perspektyw. Czy ten mechanizm siawdza i czy jest potrzebny?

Wysoki poziom czy „przepychanie kolanem”?

Gdyby jakość edukacji mierzyć wyłącznie odsetkiem uczniów, którzy otrzymali promocję do wyższej klasy, mielibyśmy umiarkowane powody do zadowolenia. W Polsce taka konieczność dotyczy niespełna 6% ogółu uczniów, podczas gdy w Hiszpanii, we Francji czy Luksemburgu – około 30%. Z kolei w Finlandii, Norwegii czy na Słowenii niemal nie występuje zjawisko drugoroczności i jest ograniczone do wyjątkowych wypadków. Skąd się biorą powyższe dysproporcje?

Oczywiście szczegółowa odpowiedź na takie pytanie wymagałaby dokładnego porównania systemów edukacji w konkretnych krajach. Ograniczając się do polskiej szkoły, z całą stanowczością należy stwierdzić, że nie każdy uczeń, który otrzymał promocję do wyższej klasy, sumiennie na nią zapracował. To tajemnica Poliszynela znana niemal w każdej polskiej szkole. Czasami jest to po prostu przejaw dobrej woli nauczycieli, którzy chcą się „uwolnić od problemu”. Rzecz jasna nie jest to wyłączny powód „przepychania kolanem”; zdarzają się przecież sytuacje życiowe, które sprawiają, że uczeń ma zaległości w nauce. Niekiedy decydujące znaczenie ma chęć ochrony ucznia przed stresem i stygmatyzacją, która jest wynikiem powtarzania klasy. Wybiera się zatem „mniejsze zło”, któremu daleko jednak do ideału. A może uwolnić nauczycieli od tych dylematów i znieść drugoroczność?

Promocja dla każdego…?

Tuż przed końcem tegorocznych wakacji media doniosły o koncepcji zniesienia drugoroczności. Zapytanie w tej sprawie do minister Anny Zalewskiej, które zostało opublikowane na blogu Zbigniewa Młynarskiego (http://naprawmy-edukacje.pl/), wzbudziło wiele emocji. Jego autor przyrównuje konieczność powtarzania klasy do stosowanej przez rosyjskich carów i Józefa Stalina kary zsyłki. Przy zachowaniu odpowiednich proporcji, nie da się ukryć, że drugoroczność może nosić znamiona restrykcji. Jak pisze Zbigniew Młynarski: „Uczeń powtarzający klasę bywa wycofany i osowiały albo staje się agresywny. Zaczyna prezentować się jak osoba nieprzystosowana społecznie. Mniej się uczy. Mniej umie”. Zdaniem autora zapytania: „Pozbawienie ucznia promocji jest karą wymierzoną osobie wyznaczoną na kozła ofiarnego, mającą skłaniać innych uczniów do nauki lub posłuszeństwa. Sukcesy polskich uczniów przypominają sukcesy sportowców z NRD. W obu przypadkach odnoszono je w efekcie stosowania szkodliwego dopingu”.

Z jednej strony mamy zatem stygmatyzowane dziecko, które ma poczucie bycia gorszym od swoich rówieśników, z drugiej zaś – zaburzone środowisko w klasie, do której trafia starsza koleżanka albo starszy kolega. Do tego może dojść zachwianie relacji z nauczycielami i wychowawcą. Jednak czy automatyczna promocja do kolejnej klasy, mimo słabych wyników w nauce, jest dobrym rozwiązaniem?

Problemy same się nie rozwiązują

Przede wszystkim należy się zastanowić, jaki jest nadrzędny cel mechanizmu drugoroczności. Czy chodzi wyłącznie o system restrykcji, czy raczej o wypełnianie misji edukacyjno-dydaktycznej, która powinna obejmować wszystkich uczniów, choćby ze względu na obowiązek szkolny? Szkoła powinna nie tylko realizować podstawę programową, ale systematycznie dbać o jakość kształcenia. Czy jest to wartość wymierna? W pewnym sensie jej miarą są stopnie uzyskiwane przez poszczególnych uczniów. Skoro zrezygnujemy z mechanizmu drugoroczności, może należałoby również zapomnieć o tradycyjnym ocenianiu? Tylko jak wówczas spełniać postulat dotyczący jakości kształcenia? Czy obowiązek szkolny w ogóle miałby wówczas sens? I w jaki sposób nauczyciele mieliby uznać, że uczeń ma problem z przyswojeniem materiału? Na podstawie subiektywnych odczuć? Takie pytania można by mnożyć niemal w nieskończoność.

Automatyczna promocja, bez względu na wyniki w nauce, może się stać swoistym „wyróżnieniem”. Jest odroczeniem porażki, a nie wdrożeniem działań naprawczych. Jeśli uczeń z powodu własnych zaniechań lub sytuacji losowej nie opanuje materiału tak jak pozostali rówieśnicy, prędzej czy później będzie skazany na konieczność zmierzenia się z niepowodzeniami. To może rodzić frustracje i zachowania agresywne lub autodestrukcyjne, przyczyniać się do zaniżonej samooceny, wreszcie – skłaniać do chęci całkowitego porzucenia edukacji. A to już oznacza całkowitą porażkę i szkoły, i ucznia. O ile przy automatycznej promocji unikamy stygmatyzacji związanej z powtarzaniem klasy, nie jesteśmy w stanie sprawić, by problemy same się rozwiązały. Może się więc okazać, że drugoroczność niekoniecznie stanowi system opresyjny, wręcz przeciwnie – bywa stabilnym pomostem na chwiejnej drodze edukacji.

Uczyć się na błędach

Tradycyjny system oceniania i promocji do kolejnej klasy nie jest wolny od wad. Ma jednak sporą zaletę – pozwala szybko zauważyć problemy i działać prewencyjne. Dotyczy to ucznia, który nie radzi sobie z nauką, ale też środowiska szkolnego, nauczycieli i rodziców. Pozostaje jeszcze kwestia motywacji do nauki. Uczniowie szkół średnich stopniowo zaczynają rozumieć, że nie uczą się dla ocen i sprawienia przyjemności rodzicom, lecz walczą o własną przyszłość. Nie zawsze są w stanie to pojąć gimnazjaliści, a tym bardziej uczniowie szkół podstawowych. Na wczesnych etapach systematyczność może stanowić problem. Ocenianie postępów w nauce umożliwia kontrolę, tworząc zarazem system motywacyjny. Pozwala on wypracowywać pożądane nawyki oparte na wewnętrznej dyscyplinie.

Brak promocji do kolejnej klasy nie jest karą. Ta porażka z reguły ma wiele przyczyn. Tak naprawdę – przy odpowiedniej motywacji ucznia oraz wsparciu rodziców i nauczycieli – nikt nie powinien mieć problemów z pomyślnym zakończeniem edukacji. Może więc zamiast postulować rewolucyjne rozwiązania, należy starannie przeanalizować każdy przypadek braku promocji i wyciągnąć właściwe wnioski na przyszłość. I nauczyciele, i uczniowie zdecydowanie powinni uczyć się na błędach.

Tekst: Michał Mikołajczak

Polecane

O Autorze

Michał Mikołajczak

Urodziłem się w 1977 roku, w Grudziądzu, ale od 25 lat mieszkam w Trójmieście – początkowo w Gdańsku, a obecnie w Sopocie. Ukończyłem filologię polską na Uniwersytecie Gdańskim. Z zawodu i zamiłowania jestem redaktorem. Jak przystało na urodzonego humanistę, mam bardzo wszechstronne zainteresowania. Szczególnie interesują mnie: kryminalistyka, współczesna historia Polski, medycyna (zwłaszcza psychiatria), a także kultura popularna lat 80. i transport. Wolne chwile spędzam z rodziną, najczęściej na oglądaniu filmów grozy.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany