Joanna i Krzysztof Staniszewscy – ona instruktorka pływania, aquacyclingu i miłośniczka triathlonu, on – wielokrotny uczestnik Mistrzostw Świata Ironman 70,3. Czołowy triathlonista Polski na dystansie pół-Ironman. Kiedy majestatycznym krokiem zmierzali do ołtarza, mieli już rozpiskę modelu rodziny. Dziś, 5 lat później i troje dzieci więcej, bez rozpiski nie zaczną dnia. Nie chcą udowadniać światu, że trójka małych dzieci nic w życiu nie zmienia. Zmienia bowiem wszystko, ale zawsze można wycisnąć coś więcej i z dnia, i z życia w ogóle.

Jak wygląda wasz dzień z gatunku codziennych?

Krzysiek: Zazwyczaj zaczynamy od basenu, ale dziś mamy samochód w warsztacie, więc Asia zaprowadziła do przedszkola Kajtka już w stroju sportowym i poszła pobiegać na 40 minut, tak na spokojnie.

Aśka: Zawsze rano jedno z nas robi trening – albo Krzyś, albo ja. Po odprowadzeniu najstarszego Kajtka jemy śniadanie, potem idziemy na spacer, żeby „napowietrzyć” dwójkę młodszych, potem drzemka maluchów i „nasze” dwie godziny na ogarnięcie mieszkania, książkę. Potem wraca Kajtek i jest czas na wspólny obiad, czego bardzo pilnujemy. Po południu znowu druga zmiana treningowa. Niestety, rzadko trenujemy razem, ale rzadko też leżymy, a jeszcze rzadziej robimy zakupy w centrach handlowych.

Gdzie pracujecie?

K: Teraz jest taki moment, że czynny zawodowo jestem głównie ja, bo Asia ma jeszcze urlop macierzyński, więc pracuje trochę hobbystycznie.

A: Prowadzę aqua cycling i bywam w fundacji Medicover, gdzie zajmujemy się otyłymi dziećmi zapraszanymi do programu przez pielęgniarki z podstawówek w Gdyni. Jest psycholog, dietetyk, lekarz i ja od aktywności fizycznej.

K: Ja działam głównie w Sportevo, czyli w grupie trenerskiej, która trenuje adeptów triathlonu i triathlonistów. Organizujemy sportowe ferie, półkolonie, wyjazdy wakacyjne, zawody triathlonowe i biegowe.

Jak się poznaliście?

A: Kojarzymy się z jednego roku na AWF-ie.

K: Asia twierdzi, że mnie kojarzy, ale wcale tak nie jest, bo to głównie ja ją kojarzę.

A: Mieliśmy wspólne wykłady, potem zniknęliśmy sobie na pewien czas z oczu, a potem zaprzyjaźniłam się z kolegą Krzysia, który mnie wkręcił do Sportevo i zaczęłam z przyszłym mężem pracować. Przyjeżdżał po mnie i zabierał półprzytomną spod klatki o 5.30 do Gdyni.

K: Faktycznie, nie była wtedy tak rozmowna, jak dzisiaj. Sportevo ma swoją bazę na AWF-ie i tam mamy zajęcia, korzystamy z pływalni, stadionu i przylegających lasów trójmiejskiego parku krajobrazowego. Tam trenujemy każdego, kto ma ochotę spróbować swoich sił w triathlonie, od sześcioletnich dzieci po dziarskich siedemdziesięciolatków.

Wynika z tego, że marzenia o zostaniu triathlonistą można snuć już od zerówki?

A: Trenujemy dzieci szkolne z pewnego prozaicznego powodu. Otóż woda w basenie jest dosyć chłodna i chętniej wskakują do niej te nieco starsze.

K: Na tym pierwszym etapie bardziej skupiamy się na technice i zawsze u dzieci zaczynamy od pływania, a potem dołączamy pozostałe dyscypliny, o tyle, o ile pozwala aura.

A: Nasze prywatne dzieciaki jeżdżą na hulajnogach i rowerkach cały rok, ale wiadomo, że nie zawsze się tak uda. Mamy spory zapas ubrań…

i równie spory zapas rutyny? Podobno nie warto na temat porannych planów związanych z treningiem czy jakimkolwiek ruchem snuć jakichkolwiek refleksji, tylko mechanicznie z domu wyjść i ruszyć przed siebie. Dopiero za drzwiami można zacząć rozmyślać.

A: Szczera prawda, zwłaszcza przy małych dzieciach nie da się funkcjonować bez planu i bez rytmu. Wiedzą o tym na pewnie wszyscy na podobnym jak my etapie rodzicielstwa.

Ustaliliśmy, że Sportevo to wasza praca. Czym jest zatem projekt „Razem można wszystko”?

K: Kurczę, nie wiem, czy można to nazwać projektem…

A: Miało być trochę blogiem, promocją naszej aktywności…

K: A stało się swoistym albumem, który prowadzimy od pierwszej ciąży Asi. Chętnie wracamy do starych zdjęć, obserwujemy, jak zmieniają się dzieci. Staramy się, żeby z tego profilu płynął pozytywny przekaz. Takie sportowe „Dzień dobry” dla wszystkich.

A: Nie chcemy udowadniać światu, że trójka małych dzieci nic w życiu nie zmienia. Przekonujemy jedynie, że można nadal fajnie z nimi funkcjonować, bo przecież coś i tak trzeba z nimi robić.

K: Chcemy też pokazać, że jeśli już się decydujemy na dzieci, to może warto też przez ten czas, zanim pójdą do przedszkola czy do szkoły, dostosować się trochę do nowej sytuacji bez żalu i poczucia straconego czasu. Nie ma się co oszukiwać. Nie da się pogodzić pełnoetatowej pracy z wczesnym rodzicielstwem bez poświęceń. Jest mi na pewno łatwiej, bo łączę pracę z pasją, jako trener aktywnie uczestniczę w każdym planie opracowanym dla swoich podopiecznych. Nie mam dużo więcej czasu, ale nauczyłem się go szanować i rozsądniej wykorzystywać. Ciężko bywa w momentach, gdy organizujemy zawody, ale tak czy inaczej zawsze można coś z dnia i z życia wycisnąć.

Asia, tobie pewnie trochę pomagają hormony? Krzysiek ma nieco trudniej…

A: Stara ludowa prawda jest taka, że im więcej obowiązków, tym lepsza organizacja. Wszystko się da zrobić, ale trzeba się wspierać. Wiemy o sobie dużo, ale głównie to, że jeśli jedno z nas nie zrobi treningu, to najzwyczajniej w świecie zwariuje. Jasne, że zdarzają się tąpnięcia, wtedy jedziemy do rodziców i tam odpoczywamy, albo „sprzedajemy” im dzieci, bo te uwielbiają spędzać czas z dziadkami.

K: Sporo czasu oszczędzamy na tym, że nie mamy telewizora, bo to prawdziwy zjadacz czasu. Pozbyliśmy się go już na początku wspólnego mieszkania.

A: Oczywiście – plany są zawsze ambitne. Marzymy o wspólnym wieczorze przy bezalkoholowym piwie, obejrzeniu jakiegoś filmu i zwykłym pobyciu razem. I kiedy jedno z nas, które ma akurat treningowe wychodne, wraca przepełnione tym marzeniem do domu, zastaje zazwyczaj drugą osobę śpiącą w łóżku z dziećmi. Jeśli się jednak nad tym racjonalnie zastanowić, jest to nasz jedyny sposób na regenerację.

Trenujecie też grupy? Układacie ludziom życie? Plany?

K: Przede wszystkim doskonale rozumiem, że ktoś pracujący 10 godzin dziennie, licząc razem z dojazdami, nie znajdzie w sobie za dużo siły do regularnych treningów i nikogo nie staram się przekonać, żeby tej mocy za wszelką cenę szukał. Ale często się okazuje i warto tę prawdę zweryfikować, że to właśnie wysiłek fizyczny pozwala się najlepiej zregenerować po pracy biurowej, a jeśli dodatkowo jest się umówionym z trenerem – wszystko to motywuje bardziej. Staram się pomóc urwać ten czas, proponując na przykład poranne godziny, bo trening zaplanowany na 6.00 jest zagrożony jedynie budzikiem. A dzień zaczyna się całkiem inaczej. Praca w biurze obciąża nie tylko fizycznie, ale też psychicznie, a ponadto potrafi wyssać z człowieka całą motywację.

Czyli nie wmawiacie ludziom, że nic się w życiu nie zmienia, kiedy masz dzieci i chcesz być aktywny jak dawniej?

K: Wszystko się zmienia i tylko trzeba się z tym pogodzić.

Chyba szkoda marnować ten czas, kiedy jest się przy dziecku, i potem wspominać go jako „wycięty z kalendarza”?

K: Dokładnie! To właśnie wtedy trzeba go maksymalnie wykorzystać, bo po powrocie do pracy będzie go już tylko mniej i mniej. Podkreślam, że paradoksalnie to jeden z najbardziej komfortowych momentów w życiu i żeby nie być gołosłownym, zamierzam przygotować Asię do zawodów.

A: Załatwię wszystkich na hormonach (śmiech)!

K: Może to niezbyt odkrywcze, ale za to bardzo prawdziwie – nasza codzienna aktywność musi „wejść w dzień” jak higiena i trzeba sobie zdać sprawę, że kluczowe może się okazać nawet te 40 minut. Nie warto z nich zrezygnować w błędnym przekonaniu, że to za mało czasu na jakiekolwiek korzyści. Chętnie w tym temacie „dociskamy” otoczenie – zaczęliśmy oczywiście od rodziców i przyjaciół. Mama Asi zaczęła chodzić do pracy na piechotę. Po niedzielnym obiedzie nie ma spania przy stole, bo wyganiamy wszystkich na powietrze. Jeden taki wariat w rodzinie czasem ratuje od zguby (śmiech).

A: Do mnie natomiast piszą dziewczyny, które czują się zmotywowane. Kiedy ocenią swoją sytuację całkiem z dystansu, widzą, że jeśli matka trójki dzieci może ruszyć na siłownię o 20.00, to one tym bardziej, a skoro ta matka jeszcze żyje, to znaczy, że aktywność jest siłą samą w sobie.

Na pewno są jednak takie osoby, które to złości…

A: Pewnie tak, ale każdy, kto ma dzieci, pamięta, że to czas, kiedy organizm ma zupełnie inne siły przerobowe.

K: Nie warto się wtedy denerwować, tylko pamiętać, że aby móc pozyskać więcej czasu na aktywność własną i z dziećmi, musimy ograniczyć ilość pracy, a co za tym idzie, pogodzić się z mniejszą ilością kasy. Ale wtedy można poszukać oszczędności. Kiedyś mieliśmy dwa samochody, teraz jeden jest nam niepotrzebny, bo na treningi i tak jeździmy osobno. Dzieci naprawdę nie potrzebują wielu rzeczy, tak naprawdę tylko naszego czasu.

A: Samochód sprzedaliśmy, żeby polecieć do Australii, to była nasza pierwsza „oficjalna”podróż z dwumiesięcznym Kajtkiem.

Co robiliście w Australii?

A: Uczestniczyłem tam w mistrzostwach świata w „połówce” Ironmana i to w sumie tam powstało „Razem można wszystko”. Dziś, z trójką dzieci już byśmy do Australii nie polecieli, ale w Hiszpanii byliśmy z dwójką, a w Turcji z całym kompletem, co udało się z pomocą mamy.

A: Z trójką małych dzieci zupełnie normalnie funkcjonuję na miejscu. Nie mam problemu, żeby wyjść z nimi z domu, choć ludzie patrzą na mnie trochę jak na kosmitkę: podwójny wózek, jedno w środku, drugie dziecko na hulajnodze, trzecie na rowerku, no i siaty.

Jakie macie plany na najbliższe dwa lata?

A: Nie zwariować.

K: W każdym roku przechodzę kwalifikacje na mistrzostwa świata, ale przy dzieciach nie zakładam z góry żadnego planu na poważnie, żeby nie popaść we frustrację w razie jego niepowodzenia. Moim marzeniem są Hawaje, oczywiście w kontekście mistrzostw świata w triathlonie.

Skoro zatem jesteś w pełnej lub średniej rozsypce, masz ambitne plany, kiedyś trenowałeś, albo czujesz, że mógłbyś – wystarczy usiąść przy stole i wszystko rozpisać?

K: …gdzie jest nasza kartka…

A: Mamy taką listę, kiedy kto trenuje, co kto kiedy robi. Gdyby jej nie było, moglibyśmy się pokłócić. Czasem oczywiście negocjujemy, ale się dogadujemy. Rozpiska pozwala sobie uświadomić, że bieganie zajmuje godzinę, siłownia i basen 2 godziny, rower 3 godziny…

K: …i wtedy wszystko zaczyna wyglądać inaczej. Nam jest łatwiej, bo oboje jesteśmy sportowcami. W parach, w których mistrzem świata w jakimś sporcie chce zostać jedna osoba, druga musi osiągnąć podobne mistrzostwo w wyrozumiałości.

Jakie są wasze dzieci?

A: Kajtek ma 3,5 roku i jest indywidualistą. To typowy sportowiec, „huragan”, bardzo silny i bardzo sprytny. Musi być w ruchu i ciężko go wtłoczyć w działania zespołowe. Anielka ma 2,5 roku, jest delikatna, lubi ruch, ale nie wykazuje na co dzień takiej odwagi i brawury jak jej starszy brat. O Wojtusiu, który ma 8 miesięcy, można jeszcze powiedzieć niewiele, ale już na pewno to, że jest wyjątkowo grzeczny. Taki skondensowany model rodziny polecamy parom, które z założenia chcą mieć więcej dzieci.

K: My byliśmy na to umówieni od razu, już na weselu uprzejmie uprzedziłem, że chciałbym mieć troje dzieci. Sam mam dwóch braci, Asia ma siostrę.

A: Kiedy więc już to ustaliliśmy, wiedziałam, że nie ustanę w biegu i faktycznie w ciągu tych pięciu lat ani na chwilę nie przestałam się ruszać. I chyba właśnie to chcę pokazać na naszym profilu. Że bycie z dziećmi to całkiem przyjemny czas. Wszyscy myśleli, że w końcu za którymś razem urodzę w basenie, bo siedziałam w wodzie niemal do samego końca, prowadziłam też zajęcia. Ale niestety, nie udało się i nici z dożywotniego karnetu (śmiech).

Ile czasu się spotykaliście przed ślubem?

A: Pół roku (śmiech).

K: I dziś jesteśmy od tamtych wydarzeń pięć lat i troje dzieci do przodu. Szybko poszło.

Macie poczucie misji czy po prostu żyjecie według własnego schematu, którym chcecie się od czasu do czasu podzielić z innymi?

A: Jedyne, co chciałabym jakoś komentować, to nieprawdziwy moim zdaniem wizerunek mamy w biznesie, bo – rozglądając się wokół – dostrzegam, że w większości przypadków nie funkcjonuje dobrze i nie ma powodów, by go tak forsować w przestrzeni publicznej.

Czyli nie da się zrobić wszystkiego, ale da się zrobić więcej, niż nam się wydaje? Znaleźliście złoty środek?

A: Chyba tak, a w samym środku tego środka siebie oraz prawdę o tym, że ten wyjątkowy czas trzeba naprawdę w pewien sposób przeczekać, ale na pewno nie biernie. Nic niczego nie wyklucza. Teraz jest u nas czas na rodzicielstwo, nawet kosztem standardu życia, potem będzie etap kariery, pracy i związany z tym brak czasu.

K: Dokładnie! W tym momencie dzieciom trzeba tylko naszego czasu, później i tak nie będą z nami chcieli gadać, bo odnajdą własne światy. Ale może zbudujemy im teraz pod te światy jakieś solidne fundamenty… Słuchajcie, przepraszam, bo ja się muszę zwijać na rower…


Wywiad: Kamila Recław

Zdjęcia: Agnieszka Piasecka/ Studio 57

Make up: Marzena Niewiarowska Stylab Laboratorium Stylu

Fryzury: Agnieszka Świerczewska Salon Fryzur

Stylizacje: Maja Malinowska

Decathlon Gdańsk Przymorze

RAZEM MOŻNA WSZYSTKO
Oceń ten post

Polacane:

O Autorze

Mat. Redakcyjne

Magazyn Together - Rodzinna strona Trójmiasta

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany