Motywuje swoich pracowników do ciągłego rozwoju, ale i sam nie osiada na laurach. Ciągle dąży do mistrzostwa, choć już dawno osiągnął tytuł profesora, wydał kilkanaście płyt, z których jedna nawet pokryła się platyną. Od ponad 20 lat jest dyrektorem Polskiej Filharmonii Bałtyckiej. O sukcesach i porażkach, potrzebie doskonalenia się i treści życia muzyka rozmawiamy z profesorem Romanem Peruckim.

Jest Pan profesorem Akademii Muzycznej, dyrektorem naczelnym Polskiej Filharmonii Bałtyckiej i muzykiem. Która z tych aktywności sprawia Panu najwięcej satysfakcji?

Muzykiem się jest, funkcje się pełni. Na pewno wszystko, co robię, wykonuję z pasją i pełnym zaangażowaniem. Myślę, że jestem pragmatykiem; lubię, gdy sprawy wokół mnie są dobrze poukładane, zorganizowane z głową, a działania mają sens.

Ponad 30 lat temu, gdy wyjeżdżałem do Niemiec, bacznie przyglądałem się temu, jak nasi sąsiedzi organizują wydarzenia kulturalne, jak wieszają plakaty, obliczają honoraria, liczą całkowite koszty wydarzenia artystycznego… Bo przecież na koszt koncertu nie składa się tylko honorarium dla zespołu artystycznego, ale także koszt plakatów, reklamy, organizacji, wywiadów, całego entourage’u, w który trzeba włożyć dużo pracy, ale też i mieć na to pieniądze. Jestem człowiekiem czynu i trochę niepoprawnym optymistą, Mam taką zasadę, że należy tworzyć wokół siebie dobro. Dlatego te działania sprawiają mi wiele satysfakcji, ponieważ wszystko, co robimy, jest dla słuchaczy.

Co jest dla Pana ważne w byciu muzykiem?

Sztuka ma to do siebie, że uspokaja, pobudza do wyższych doznań, dobrych uczuć, ale czasem też do złych. Ci ludzie, którzy kochają muzykę, są bardziej szlachetni, wrażliwi, empatyczni. I, co ważne, muzyka – z racji tego, że jest abstrakcyjna – nie podlega żadnym kontekstom politycznym. Zmieniają się czasy i sposoby wykonania. Beethoven chociażby w czasach mu współczesnych był wykonywany z rozmachem, a dziś gra się go raczej standardowo, klasycznie. I to myślenie o kompozytorze, w powiązaniu z epoką, w której tworzył, jest dla mnie najwspanialsze.

Dlaczego?

Każda epoka miała swój język muzyczny – to tak jakbyśmy czytali książkę po staropolsku, albo z patosem barokowym, albo językiem pełnym metafor i niedopowiedzeń. Każdy z poetów, twórców i kompozytorów miał wizję świata – my tę wizję próbujemy odtwarzać i przekazywać dalej. Nie ma nic piękniejszego niż oddawanie uczuć w imieniu kompozytorów, którzy żyli i tworzyli przed nami.

Jest Pan I organistą Katedry Oliwskiej, ukończył Pan Gdańską Akademię Muzyczną w klasie organów u prof. Leona Batora. Dlaczego wybrał Pan akurat organy?

Jako młody chłopak przyjeżdżałem do kościoła w Oliwie, słuchałem prezentacji i snułem marzenia, aby kiedyś móc zagrać na organach. To był impuls, ponieważ wszyscy graliśmy na pianinie i fortepianie, a ja odczuwałem pewien niedosyt. Dopiero tak wielki instrument, jak organy, o możliwościach jak prawdziwa orkiestra, pozwalał pokazać więcej. To było niezwykle interesujące dla młodego chłopaka, który właściwie wolał grać w piłkę niż uczęszczać na lekcje fortepianu… Ale to właśnie ten instrument, wielki jak smok, sprawił, że muzyka przeważyła w moim życiu. To w dużym stopniu zasługa moich rodziców, którzy zapisali mnie do szkoły muzycznej. Jednocześnie grając na organach, dziękuję Bogu, że jestem muzykiem i że mam taki instrument do dyspozycji. Zawsze to powtarzam: „Marzenia się czasem spełniają, jak się bardzo chce”.

Grał Pan w Katedrze Notre Dame czy w katedrze w Rydze… Czy jest sens jechania do tych miejsc, gdy ma się do dyspozycji tak wspaniałe organy w katedrze w Oliwie?

Oczywiście, że jest sens. Każdy z tych instrumentów jest inaczej zbudowany i w odmienny sposób inspiruje do gry, a nawet jest do czego innego przeznaczony. My, wykonawcy, wiemy, że nie da się zagrać wszystkich utworów na każdym instrumencie, trzeba najpierw dobrać odpowiednią kompozycję, ale gdy to się zrobi, następuje fascynacja brzmieniem. Jest ona spotęgowana akustyką i dziełami sztuki, które znajdują się we wnętrzu. Ale wyjeżdżając na koncerty za granicę, czerpię również inspirację z prozy życia, odmiennego krajobrazu. To wszystko powoduje, że człowiek funkcjonuje poza codziennym obiegiem, wytrącając go z rutyny i przyzwyczajeń. To uporządkowane życie dyrektora pryska, wyzwala się muzyk, który decyduje o tym, co chce powiedzieć, jak to wyrazić i dlaczego. Te wszystkie elementy wpływają na rozwój.

Czy na tym etapie, na którym Pan jest, ciągle myśli się o rozwoju?

Mam świadomość, że nigdy nie uda mi się poznać ani całej literatury, ani całej kultury świata. Aby ją dogłębnie zrozumieć, należy mieć pokorę wobec sztuki, bo byli przede mną inni, którzy stworzyli coś pięknego. Warto sobie uświadomić, że nie jestem pępkiem świata, że jestem „jednym z”, ale jest to też niezwykle inspirujące, bo mam po co dalej ćwiczyć, zabiegać o dalsze wyzwania. One są nam bardzo potrzebne i dobry muzyk (choć jest to mocny kwantyfikator i zostałem nauczony, aby nie używać takich mocnych słów) nigdy nie jest zadowolony ani z tego, co osiągnął, ani ze sposobu wykonania. My w cichości ciągle mówimy, że można było zagrać ciut lepiej. Po takim koncercie jesteśmy niezwykle zmęczeni, ale mamy nadzieję, że udało nam się poruszyć odbiorcę. To stanowi treść naszego życia, dlatego warto poświęcać godziny, dziesiątki, setki godzin, aby móc dostarczać słuchaczowi ogrom wzruszeń. Mistrzem się jest, ale, jak mawia mój przyjaciel, stanowiska, tytuły się uzyskuje, lecz trudniej na nie zasłużyć. A zasłużyć musimy ciężką, codzienną pracą.

Takie podejście nie jest tylko zarezerwowane dla świata muzyki…

Tak, oczywiście. Każdy może być szczęśliwy, jeśli wykonuje to, co lubi, jeśli to jest jego pasją, ma cel i ciężko pracuje, żeby go osiągnąć. To są małe sukcesy, które składają się potem na wielki sukces; niekiedy zdarza się gorzka porażka. Dobrze, jeśli możemy spojrzeć sobie głęboko w oczy i powiedzieć: „mogłem lepiej”, ale spróbujmy jeszcze raz zawalczyć, nie poddawajmy się. To jest moja dewiza.

Czego mogą nauczyć nas porażki?

Coś mi pokazano, a teraz muszę sobie z tym poradzić, bo jeśli tak się nie stanie, to znaczy, że jestem słaby. To jest kwestia punktu widzenia. Gdy pracownicy przychodzą do mnie i mówią: „Nie udało się”, to najpierw odpowiadam: „Niech pani uważa”, ale potem motywuję, aby spróbować znaleźć inne rozwiązanie. I kiedy ktoś szuka winnych – to ja mówię, że nie dostrzegliśmy innej dróżki, po której też mogliśmy spokojnie przejść. Każdemu doradzam, żeby szukał swojej drogi. Oczywiście wiąże się to z rozstaniami w pracy, co nie jest łatwe, gdy się z kimś dobrze współpracowało, ale jeśli ktoś będzie szczęśliwy z tą decyzją, to pozostaje mi tylko życzyć powodzenia. A może ktoś kiedyś wspomni, że rozwinął się dzięki otwartości pana dyrektora?

W mojej pracy bardzo ważne jest motywowanie ludzi. Dawanie sygnałów, zachęcanie pozytywne, ale nie sterowanie ręcznie, bo takie postępowanie wpływa bardzo negatywnie. Daję więc moim pracownikom dużo wolności i to się sprawdza.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Urszula Abucewicz

Polecane

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany