Z Magdaleną Tul rozmawia Michał Mikołajczak

M.M.: Pani najnowsza płyta, „Brave”, promowana singlem „So good”, miała premierę 6 czerwca. Co jest wyjątkowego w tej produkcji i dlaczego warto się z nią zaznajomić?

M.T.: Boję się, że to nie do mnie pytanie…

M.M.: Dlaczego?

M.T.: Wolałabym, żeby to słuchacze sami wskazali na wyjątkowość tej płyty. Taki obiektywny odbiór jest na pewno inny niż osoby, która jest z nią związana.

M.M.: Wobec tego – w jakim wymiarze jest to dla Pani wyjątkowa płyta?

M.T.: Dla mnie jest to przede wszystkim doświadczenie wielu lat mojego życia – muzyczne i osobiste. Pracowałam nad tym materiałem przez 3 lata, również z tego względu jest on dla mnie ważny, zarówno jeśli chodzi o muzykę, jak i o teksty. Myślę, że każdy na tej płycie może znaleźć coś dla siebie i każda piosenka może stać się wyjątkowa w różnych okresach życia. Tak było też ze mną. Nie jestem w stanie powiedzieć, który spośród utworów na płycie jest moim ulubionym, bo każdy ma swoją historię.

M.M.: Z pozycji odbiorcy można powiedzieć, że tę płytę wyróżnia duża dawka pozytywnej energii, w czym można upatrywać nawiązania do jej tytułu [ang. „brave” – „śmiały”, „odważny”, waleczny”, red.]. Jednak w niektórych wywiadach nie kryje Pani, że ma raczej osobowość introwertyczki. Zdarzają się Pani problemy z uzewnętrznieniem siebie. Czy muzyka stała się dla Pani stabilnym pomostem w dotarciu do innych ludzi?

M.T.: Dokładnie tak właśnie jest. Myślę, że muzyka pomogła mi się otworzyć. W pewnym sensie możemy się schować pod przykrywką muzyki i tekstów. Nikt do końca przecież nie wie, czy to, co zostało zawarte w tekście jest prawdą czy fikcją. W ten sposób wielu artystów uzewnętrznia swoje emocje i przeżycia. Natomiast w przypadku żadnego artysty nie można powiedzieć, że tworzy w tekstach swoją własną biografię. Pewnie jest to swego rodzaju forma psychoterapii…

M.M.: …i zapewne rodzaj autokreacji, aby zaistnieć w polskim show-biznesie. Jaki jest właściwie ten polski show-biznes? Chyba nie jest zbyt różowo?

M.T.: Polski show-biznes to w zasadzie jedyny, jaki znam tak dokładnie „od kuchni”. Tak jak w każdej dziedzinie u nas – troszkę gonimy, staramy się dogonić Zachód. Czasami to nawet dość dobrze wychodzi, kiedy indziej: raczej średnio. Chcielibyśmy niekiedy robić rzeczy wielkie, ale kompletnie nie mamy na to środków, z tego względu nie wszystko wychodzi nam idealnie. Natomiast zupełnie nie rozumiem polskich kompleksów. W wielu dziedzinach jesteśmy w stanie nie tylko dorównać Zachodowi, ale i go przegonić, a cały czas wmawiamy sobie, że jest to niemożliwe. Przykładem może być takie dwutorowe mówienie komuś, że ma kompleksy: tworzysz coś na wzór zachodni albo odwrotnie – tylko po polsku. W obu przypadkach mówi się o kompleksach. Nie rozumiem takiego myślenia. Każdy powinien tak tworzyć, jak umie.

M.M.: Czyli jednak nie jest różowo…

M.T.: Na pewno nie jest lekko. Po latach dochodzę do wniosku, że jest to jedna z trudniejszych dróg, jaką można sobie wybrać. Jest to biznes, w który możemy inwestować wiele, ale nigdy nie wiadomo, czy osiągniemy jakikolwiek zysk.

M.M.: Cofając się wstecz, zmieniłaby coś Pani w swojej karierze?

M.T.: Być może jakieś drobiazgi dałoby się zmienić… Niektóre rzeczy chciałabym powtórzyć, ale myślę, że wiele sytuacji i tak zaprowadziłoby mnie do tego samego punktu, w którym jestem. Moim zdaniem tak się w życiu dzieje, że cokolwiek byśmy nie zrobili, i tak lądujemy w tym samym miejscu. To pokazują też przykłady wielu moich znajomych. Oczywiście, zmieniłabym kilka rzeczy i dzięki temu – uniknęłabym paru błędów.

M.M.: Ale dalej byłby to show-biznes?

M.T.: Chyba niestety tak… [śmiech – red.]

M.M.: Jest Pani na pewno osobą rozpoznawalną, ale, nie umniejszając Pani talentu, jednak trochę gwiazdą drugiego planu… Wynika to z faktu, że wiele osób kojarzy Pani występy z programów telewizyjnych – „Jaka to melodia” czy „The Voice of Poland” – ale nie potrafi połączyć wizerunku z nazwiskiem. Czy unika Pani pułapki zaszufladkowania, nadania etykietki „dziewczyny z programu”?

M.T.: Nawiązując do rozpoznawalności, w sumie widzowie nie mieli szansy, żeby mnie dokładniej poznać. W zasadzie nie było im to jeszcze dane, bo choć próbuję od lat robić swoje rzeczy, przez cały czas w zasadzie odgrywałam głównie drugoplanowe role w telewizji, wykonując covery. Jest to oczywiście realizacja artystycznej pasji, ale też żadna forma wyrażania samej siebie. Natomiast projekty, które realizowałam już jako artystka, nie trafiały do publiczności ze względu na brak promocji… Dlatego też niewiele osób nawet wie, że cokolwiek robię. Zdarzają się śmieszne sytuacje, gdy ludzie mnie rozpoznają, ale kompletnie nie wiedzą nawet, gdzie mieli ze mną do czynienia [śmiech – red.]. Gdy zapisywałam syna do szkoły, pani w sekretariacie kilka razy pytała mnie, czy aby na pewno nie mam jeszcze innego dziecka w tej szkole, bo przecież widziałyśmy się już wcześniej! Czasami więc bywa zabawnie. Często jednak ludzie, którzy oglądają programy z moim udziałem, bezbłędnie mnie rozpoznają. Teraz walczę o młodszą publiczność i osoby, które kupują płyty i słuchają muzyki.

M.M.: Wrócę jeszcze do polskiego show-biznesu. Egzystowanie w tym środowisku jawi się jako ciągła walka: o to, żeby zaistnieć, o swoją pozycję, o medialną kreację… To chyba musi być uciążliwe…?

M.T.: Tak, jest to uciążliwe. Wracając jeszcze do rozpoznawalności, nie musi być ona oczywistą kwestią. Wielu artystów – lub tylko osób, które ich udają – lubi się pokazywać i odgrywać role celebrytów. W ten sposób również się wygrywa, bo im więcej kreacji poza sceną, tym bardziej ludzie są w stanie nas zapamiętać. Gdybym przemykała po ulicy w „telewizyjnym wydaniu”, byłabym osobą bardziej rozpoznawalną [śmiech – red.]. Nieczęsto gdzieś się pojawiam i na co dzień być może nie przypominam siebie ze szklanego ekranu. Nie lubię się pokazywać. Wolę się skupić na muzyce i koncertowej formie kontaktu z publicznością, a nie na bywaniu „na salonach”. Czasami jednak jest to i konieczne, i męczące. Są przygotowania, walka o to, żeby nas ktoś sfotografował, napisał o tym w gazecie… To nie jest tak do końca, że gwiazdy świetnie się bawią, brylując w towarzystwie. Wygląda to raczej zupełnie jak praca. Najpierw korzysta się z makijażysty, projektanta, płacąc za to grube pieniądze, później trzeba pokazać się „na ściance” i dopiero po wykonanej pracy wraca się do domu.

M.M.: Jeśli mówimy już o kreacjach artystycznych… Czasami obserwując „wyczyny” największych gwiazd pop – niekoniecznie krajowego formatu, bo te akurat nie zawsze są ekscentryczne – takich jak Lady Gaga czy Beyonce, można się zastanawiać, ile jest w tym spontaniczności i charakteru, a ile reżyserii. W jakim stopniu artysta może sobie pozwolić na samodzielną kreację? Czy nie jest to raczej realizowanie misternego planu rozpoznawalności, który projektuje jego sztab?

M.T.: Artysta pozwala sobie na kreacje, nagrywając płyty i grając koncerty, przynajmniej jeśli mówimy o takich artystach, jak Beyonce czy Lady Gaga. Większość młodych artystów nie ma tych możliwości. Również same ich utwory są promowane przez producentów.

M.M.: Pojawia się zatem pytanie o słynną niezależność artystów. Nie jest to już mit? Na ile artysta jest jeszcze twórcą, a na ile odtwórcą?

M.T.: Niezależność przychodzi z czasem. Jeżeli zaczynamy karierę od bycia „produktem”, trzeba trochę poczekać, żeby się uniezależnić od wytwórni. Przykładem może być Prince. Przez wiele lat nazywał się „niewolnikiem”, bo nie do końca mógł robić to, na co miał ochotę. Każdy koncert po jakimś czasie wygasa, ale pozostaje nazwisko, z którym możemy robić to, co chcemy. Jeśli jednak nie mamy głowy do samodzielności i własnego prowadzenia biznesu, to możemy źle skończyć… W przypadku młodych artystów, którzy nie mają wsparcia, kreacja może pozostać ich domeną, ale sprzedaż – już nie. Samo kreowanie wizerunku medialnego może być najważniejszą kwestią. To się sprzedaje. Niektóre sprawy kreują koncerny, ale część skandali kreuje się sama. Wiadomo, że media lubią dopowiadać różne rzeczy i wymyślać niestworzone historie…

M.M.: …a ludzie lubią o tym słuchać.

M.T.: Oczywiście, że tak. Czasami wychodzi gwiazdom to na zdrowie, a niekiedy bywa odwrotnie, dlatego trzeba być ostrożnym, jeśli chodzi o doniesienia medialne. Widzę to również po swoich znajomych – ludzie wierzą w to, co się pisze. Nie chciałabym do tego wracać, ale przypomina mi się sprawa Roberta Janowskiego. Nikt nie chciał wierzyć w to, co mówiłam, choć znamy się z Robertem od wielu lat. Ludzie woleli ufać gazetom, a więc przekaz medialny jest w takich przypadkach bardzo mocny.

M.M.: Wspomniała Pani o inwestowaniu w siebie, chciałbym więc zapytać, co jest najbardziej wymiernym zyskiem w życiu artysty? Bo zawsze przecież inwestujemy, licząc na zysk…

M.T.: Myślę, że takim zyskiem artysty jest możliwość rozwoju i kreowania własnej rzeczywistości, swojego świata. Jeśli jeszcze uda się pozyskać rzesze fanów, to dochodzi świadomość, że jest się wzorem. Większość ludzi widzi w artyście nie tylko idola, ale osobę, którą należy naśladować. To duża odpowiedzialność. W kontekście tych wymiernych profitów, jeśli dana produkcja zostanie przyjęta na rynku, wiąże się to z zyskiem finansowym. Czasami nawet jeden przebój wystarczy, by utrzymać się z niego przez całe życie. Wychodząc poza polski show-biznes, wystarczy podać przykład „Last Christmas” George’a Michaela, który pewnie będzie grany do końca naszych dni i znacznie dłużej.

M.M.: No i chyba, mimo całej komercjalizacji, ciągle istnieje jeszcze patetyczne pojęcie nieśmiertelnego artysty?

M.T.: Tak, oczywiście. Tworzymy coś, co możemy zostawić dla pokoleń. Niestety, smutną sytuacją jest fakt, że docenia się kogoś dopiero po jego śmierci. Tak było z Czesławem Niemenem, a takich artystów jest cała masa. Ludzie nagle sobie przypominają o tym, jacy byli oni wspaniali i powstają inicjatywy typu: „zróbmy im koncert”.

M.M.: To tak jak w jednym z odcinków polskiego serialu „Zmiennicy” – popularny pisarz musiał zamarkować własną śmierć tylko po to, by wydano mu książkę…

M.T.: Ciekawe, co by było, gdyby każdy z nas przyjąłby taką strategię [śmiech – red.].

M.M.: Na pewno byłby problem z udzielaniem wywiadów i wskrzeszaniem zmarłych, bo to jednak dość trudne [śmiech – red.]. Ale może zejdźmy na ziemię i opuśćmy już tę sferę spirytystyczną. W swojej karierze miała Pani do czynienia z wielkimi przedsięwzięciami artystyczno-komercyjnymi, takimi jak Eurowizja czy festiwal w Opolu. Proszę powiedzieć, ile w tym wszystkim jest biznesu, spektaklu, teatru, a ile samej sztuki?

M.T.: Jeśli mówimy o festiwalach typu Eurowizja czy Opole, moim zdaniem jest to całkowity cyrk i teatr… Niestety, chyba całkowicie zmieniłam podejście do tych imprez i trochę czarno je widzę. Ale czas się przestać oszukiwać. Wcześniej doszukiwałam się przede wszystkim muzyki. W momencie, kiedy byłam związana z Eurowizją, trochę wbrew sobie i innym mówiłam, że liczy się tylko muzyka i nic więcej, a reszta jest oprawą. Jeśli spojrzymy na całość z punktu widzenia producentów i tego, co tak naprawdę jest dla nich ważne w tych festiwalach, to liczy się tylko pieniądz i nic poza tym.

M.M.: Większość obiektywnych obserwatorów mówi wprost, że Eurowizja jest rozrywką niemal ludyczną. Po prostu ma przykuwać uwagę milionów, a treści, które wypełniają festiwal, to już sprawa wtórna. Podobała się Pani tegoroczna edycja? Występ Donatana i Cleo?

M.T.: Chciałam powiedzieć, że nie widziałam, ale jednak oglądałam [śmiech – red.]. Co więcej, miałam nawet przyjemność być w jury, w związku z tym oglądałam te konkursy po dwa razy. Nie chcę wartościować, co mi się podobało, a co nie, nie chcę oceniać, bo nie taka jest moja rola. Całość ocenili widzowie. W tym roku akurat nie mogłam być obojętnym widzem, ponieważ byłam zaangażowana w konkurs i nie mogłam popadać w zachwyt ani nad naszym reprezentantem, ani nad żadnym innym. Starałam się całkowicie skupić na artystycznej warstwie tego, co się tam działo. I muszę powiedzieć, że jest naprawdę dużo wartościowych utworów, na które nie zwraca się uwagi, bo może nie przystają do konwencji Eurowizji, ale wydaje mi się, że to dobra droga do zmiany tego konkursu. On już nie wygląda tak jak kiedyś – bardzo mało jest w nim typowo kiczowatych kompozycji, chociaż może publiczność do końca jeszcze o tym nie wie. Myślę, że dobrą zmianą byłoby wprowadzenie z powrotem orkiestry, choć nie wiem, czy przy dzisiejszym rozwoju muzyki, gdzie wszystko opiera się na produkcji, jest to możliwe. Pewnie dałoby się coś z tym zrobić, a zarazem podnieść rangę festiwalu.

M.M.: Może taki powrót do źródeł faktycznie byłby wskazany…

M.T.: W końcu jest to międzynarodowy festiwal, a jak puszczamy muzykę „z puszki”, robi się z niego „dom kultury”. Szkoda tego przy tak dużej imprezie. Trochę mi się oberwało przez to skupienie na artystycznej stronie wydarzenia, bo nie poznałam się na talencie Conchity… Nie umniejszając, bo to bardzo fajna piosenka, ale wykonanie po prostu mnie nie porwało. No cóż, PR jednak zrobił swoje i była walka Conchity z całą resztą uczestników. Wiem, jak to jest z pozycji artysty – jeśli jakiś utwór bywa bardzo mocno promowany, nie zwraca się należytej uwagi na całą resztę. W tym wymiarze jest to nierówna rywalizacja, a nie typowa walka artystów, bo przecież nie tyle sam utwór pojawiał się przed Eurowizją, co wizerunek piosenkarki. Nie mam oczywiście do tego wizerunku zastrzeżeń, bo każdy może tak się kreować, jak ma ochotę, ale nie róbmy z tego najważniejszego zagadnienia i kluczowej sprawy, która dotyczy konkursu.

M.M.: Trochę zabrakło mi w tej kreacji szczerości. Moim zdaniem, gdyby przed festiwalem Conchita Wurst mówiła otwarcie i uczciwie: „przyjmuję taki wizerunek tylko po to, żeby mnie ktoś dostrzegł”, byłoby to w porządku. Ale po co dopisywanie dodatkowej ideologii do tego występu? To chyba było nie na miejscu. Nie jest to jednak festiwal sztuki zaangażowanej, tylko komercyjna impreza. Występ miał budzić emocje, i tak się stało, ale nie wiem, czy to wszystko poszło w dobrym kierunku.

M.T.: No cóż, Conchita przez wiele lat próbowała śpiewać jako mężczyzna – niestety, z niezbyt udanym skutkiem. Dlaczego więc zdecydowała się na taki wizerunek? Można się tylko domyślać. Z tego, co słyszałam i czytałam, jest to tylko kreacja. O tym, jak jest naprawdę, pewnie nigdy się nie dowiemy, bo to zbyt odległa sytuacja. Możemy tylko wierzyć plotkom i temu, co przeczytamy w wywiadach. Moim zdaniem za mało uwagi poświęcono samej muzyce, a zbyt dużo – stworzonemu wizerunkowi, a to nie są dobre proporcje. Myślę, że podobnie zresztą było w naszym przypadku. Proporcja biustu do utworu u Donatana i Cleo była zbyt duża. Pamiętam swoje zmagania z Eurowizją, kiedy mierzono mi każdy centymetr jeśli nie sukienki, to body. Zastanawiam się, jak bardzo poszliśmy do przodu przez te 3 lata, skoro teraz mogliśmy pokazać tak dużo, a przy moim udziale w festiwalu było problemem, żebym ubrała się w taki sposób, jak jest to przyjęte na scenie. Być może po prostu zmieniły się osoby, które kierują przygotowaniami do Eurowizji, może mają one inny światopogląd.

M.M.: Zostawmy już może te wielkie przedsięwzięcia, niech się rozwijają własnym torem… Wróćmy do naszej codzienności: jest Pani magistrem sztuki na kierunku edukacja artystyczna w zakresie sztuki muzycznej. Skąd taki wybór?

M.T.: Wybór był bardzo prosty i oczywisty. W zasadzie wiele się nad nim nie zastanawiałam. Może to źle zabrzmi, ale szkoła była zawsze dla mnie jakimś drugim planem w życiu. Oczywiście od dziecka wiedziałam, że skończę studia, bo wszyscy w domu byli magistrami i w pewnym sensie dążyło się do uzyskania wiedzy – również „papierów”, które były rzeczą naturalną. Natomiast przez to, że już od 12. roku życia wiedziałam, co chcę w życiu robić, zdawałam sobie sprawę, że studia w moim zawodzie akurat nie są rzeczą niezbędną. Jednak chcąc się dalej rozwijać, wybrałam kierunek, który jest najbliższy temu, co robię. Nie była to wokalistyka klasyczna z tego powodu, że chyba po prostu nie znalazłam na to czasu, żeby się właściwie przygotować. Rozważając możliwość studiowania w Katowicach, pod kątem muzyki rozrywkowej, która była mi zdecydowanie bliższa, będąc gdańszczanką, uznałam, że jest to trochę za daleko. Nie miałam jeszcze wtedy świadomości, że miesiąc później będę już warszawianką! Zdecydowałam się na szkołę w Bydgoszczy, a później okazało się, że z Warszawy jest tam dalej niż do Katowic… Tak naprawdę poszłam tam trochę za znajomymi, których miałam sporo. Nauka w Bydgoszczy była o tyle ciekawym doświadczeniem, że nie wiązała się z osobami, które na co dzień pracują w show-biznesie. Dzięki temu miałam okazję poznać wspaniałych ludzi, którzy zajmują się muzyką, ale w zupełnie inny sposób. Nie było tam żadnego „wyścigu szczurów”, panował przyjazny klimat. Natomiast wiedza i cała warstwa teoretyczna pewnie były przekazane w ten sam sposób co w innych szkołach zajmujących się sztuką wokalną.

M.M.: Rozumiem, że nie był to czas stracony?

M.T.: Nie, tak nie mogę powiedzieć. Natomiast bardzo szybko pochłonęła mnie praca w teatrze i, niestety, rzadko byłam gościem na uczelni. Nie poddałam się jednak i szczęśliwie udało mi się skończyć studia, co zresztą miałam już zakodowane od dziecka. Chciałabym kiedyś wrócić do nauki, być może otworzyć własną szkołę. Rozważam taki projekt, ale wiem, że to jest całkiem odmienna dziedzina, do której trzeba się na nowo przygotować i całkowicie jej poświęcić. Na razie nie działam więc dwutorowo, bo nie chciałabym lekceważąco podejść do swoich bieżących obowiązków.

M.M.: Mając 12 lat, mniej więcej wyobrażała sobie Pani swoją karierę? Czy śpiewanie było dążeniem do kariery, czy raczej spontanicznym realizowaniem swoich pasji?

M.T.: To był taki przełomowy moment, bo właśnie w wieku 12 lat uczęszczałam do klubu Plama na gdańskiej Zaspie na zajęcia wokalne. Przyszedł taki czas, że wszyscy z mojej grupy odeszli – zostałam tylko ja. Wtedy nauczyciel zadał mi pytanie, czy nadal chcę poświęcać swój czas, czy chcę to robić, a może mi się znudzi tak jak pozostałym… Było to dość poważne pytanie i decyzja, jak na dwunastolatkę, która tak naprawdę jeszcze nie wiedziała, czy woli biegać i grać w piłkę z koleżankami, czy jednak siedzieć na próbach przez wiele godzin. Poczułam wtedy odpowiedzialność, która mi do dzisiaj towarzyszy, co czasami nie jest łatwe. Ale właśnie dlatego, że wszyscy zrezygnowali, musiałam podźwignąć ten ciężar. Wtedy zadecydowałam, że chcę dalej śpiewać, i tak się zaczęło. Oczywiście, śpiewanie nie było jakimś balastem, bo bardzo je kochałam. Była to droga, którą jak najbardziej chciałam wybrać, natomiast nie wiedziałam, jak się potoczą moje losy.

M.M.: W wieku 12 lat była to dojrzała decyzja, bo dla większości tak młodych ludzi śpiewanie jest najwyżej uprzyjemnianiem czasu, a nie celem samym w sobie. Jest Pani jednak nie tylko piosenkarką, ale i mamą dwojga dzieci. Udaje się Pani pogodzić obowiązki zawodowe z macierzyństwem?

M.T.: Szczerze mówiąc, gdyby nie nasza babcia, czyli moja mama, nie byłoby to możliwe. Bardzo podziwiam kobiety, które godzą życie zawodowe z wychowywaniem dzieci, nie mając wsparcia swoich rodziców. Też korzystam z instytucji, takich jak przedszkole czy szkoła, ale nie zdecydowałam się powierzyć, na przykład, półrocznego dziecka opiekunce. Nie twierdzę, że jest to zła opcja, bo niektórzy mają pracę, która zmusza ich do takich decyzji. Na szczęście, nie musiałam dokonywać takich wyborów, ponieważ wykonuję tak zwany wolny zawód i mogę zadecydować, czy dzisiaj idę do pracy, czy też nie. To pozwoliło mi spokojnie i bezstresowo spędzać z dziećmi większość czasu w domu. Czasami bywa, że się mijamy i chociaż mam wolny dzień, mój syn z tego nie korzysta, bo jest w szkole, a z kolei ja wieczorem muszę jechać na koncert. Jakoś udaje się nam to sprytnie organizować – z mężem i moją mamą, która jest najczęstszym gościem w naszym domu. Myślę, że już przebrnęliśmy wspólnie przez najgorszy etap. Trzeba mieć trochę więcej rąk, ale dzięki temu stałam się nieco bardziej zorganizowana.

M.M.: Macierzyństwo roztacza nowe perspektywy?

M.T.: Tak, bo dopiero teraz widzę, jak wiele czasu marnowałam w życiu, nie będąc jeszcze mamą. Dużo czasu przepływało mi przez palce i wiele można było zrobić.

M.M.: Ma Pani jakąś radę dla kobiet, które nie potrafią zorganizować własnego czasu, będąc zaangażowanymi w wychowanie dzieci?

M.T.: Nie, nie odważę się nic powiedzieć, bo wiem, jak jest ciężko. Każdy ma swoje życie, problemy, pracę… Mamy różne dzieci, różne są możliwości pomocy. Nie wszyscy mają takie wsparcie ze strony rodziców jak ja. Moja mama jest bardzo oddaną osobą, jeśli chodzi o wnuki, a wychowała w sumie siedmioro dzieci. Nie chcę więc teoretyzować na temat innych, którzy mają problemy, bo nawet nie przystaje mi się mądrzyć. Każda mama jest na swój sposób najlepsza na świecie i sama decyduje o tym, ile czasu poświęca pracy, a ile dzieciom. Bardzo szanuję mamy, które potrafią porzucić swoją pracę i pozostać z dziećmi w domu, bo wychowywanie dzieci jest jednak najcięższą pracą. Praca zawodowa jest w pewnym sensie ucieczką. Będąc non-stop w domu, każdy marzy o tym, żeby choć na chwilę uciec do biura i pogadać z koleżanką przy kawie albo porobić coś, co rozwija nas wewnętrznie. Na pewno są tutaj dwie strony medalu.

M.M. Pani dzieci pójdą w Pani ślady? Lubią muzykę, śpiew?

M.T.: Moje dzieci bardzo lubią śpiewać. Krzyś nawet zaistniał na mojej płycie, w intro do jednego utworu – zachęcam wszystkich do posłuchania. Wtedy miał jeszcze 3 lata. Tyle mogę powiedzieć o Krzysiu. Maja jest jeszcze za mała, ale uwielbia tańczyć i na dzisiaj stawiam, że będzie tancerką [śmiech – red.]. Krzyś pewnie sam wybierze sobie przyszłość. Na razie bardziej jest sportowcem. Muzyka jest naturalną rzeczą w naszym domu. Sama od dziecka się nie uczyłam, dlatego serdecznie go namawiam, żeby jak najwcześniej zaczął uczyć się gry na pianinie, nawet dla siebie, nie ze względów zawodowych. To bardzo rozwija i jest fajną umiejętnością na przyszłość. Nie robiłam takich rzeczy w dzieciństwie, a im jest się starszym, tym trudniej nauczyć się czegoś nowego. Moje dzieci pewnie zresztą same wiedzą najlepiej, czego chcą i mają swoje zdanie.

M.M.: Dzieci w show-biznesie to również ciekawy i obszerny temat. Mówi się, że im wcześniej zaczynają istnieć w mediach, tym lepiej.

M.T.: Tak się mówi, ale zależy dla kogo lepiej…

M.M.: Podobno lepiej dla ich przyszłego wizerunku scenicznego. Są przykłady gwiazd i gwiazdeczek, jak Britney Spears, które zaczynały udaną karierę w bardzo młodym wieku.

M.T.: To prawda, ale ich kariera z czasów dzieciństwa nie musi się przekładać na późniejszą sławę. Wiele dzieci bierze udział w programach telewizyjnych, a później słuch o nich ginie. To tak jak nasi dawniejsi idole z czasów „Fasolek”… Oglądałam niedawno koncert z ich udziałem – okazuje się, że ci ludzie obecnie zajmują się czymś całkiem innym niż śpiewanie, a przecież kiedyś byli swego rodzaju gwiazdami! A zatem różnie to bywa. Myślę, że ten drugi krok – od dziecka do gwiazdy – jest trudniejszy, choćby z racji tego, że się zasmakowało małej sławy w dzieciństwie…

M.M.: …i wody sodowej, która może uderzyć do głowy.

M.T.: Dokładnie tak. Znam kilka takich przykładów.

M.M.: Jakie są Pani plany na najbliższą przyszłość?

M.T.: Chciałabym się skupić na najtrudniejszej rzeczy, czyli promocji płyty, oraz na trasie koncertowej. Marzy mi się duży koncert promocyjny. W zasadzie od marzeń zaczynam trochę przechodzić do czynów, ale jest to tak duże przedsięwzięcie, że potrzebuję kilku miesięcy na przygotowanie, a przede wszystkim dużo środków i wsparcia sponsorów, co jest rzeczą trudną. Poza będę grać koncerty, bo to jest główny cel w moim życiu – wyjść z muzyką do publiczności. W tej chwili jest już materiał. To moja druga płyta, więc nie muszę się opierać na piosenkach „znanych i lubianych”. Po kilku koncertach, które udało mi się zagrać, widzę, że odbiór moich utworów premierowych jest jak najbardziej pozytywny. Okazuje się, że ludzie też czasami potrzebują czegoś nowego i potrafią świetnie się bawić przy utworach mniej znanych. Kilka razy usłyszałam wręcz opinię, że niepotrzebnie zaśpiewałam covery, bo reszta koncertu była bardzo dobra. To chyba jest najbardziej krzepiące dla osoby, którą organizatorzy koncertów nieraz prawie zmuszają do wykonywania coverów, na zasadzie: „graj to, co ludzie lubią, co znają z telewizji!”. Tyle tylko, że odtwarzanie cudzych dokonań już kompletnie nie sprawia mi przyjemności… Z reguły wybieram drogę, która jest mi bliska – wolę nie zarobić, ale zrobić coś, co sprawia mi radość.

M.M.: Pozostaje mi więc życzyć takiej właśnie samorealizacji i ogromnej satysfakcji z własnej twórczości! Dziękuję za rozmowę.

 

Magdalena Tul – wiele czasu marnowałam w życiu, nie będąc mamą
Oceń ten post

O Autorze

Michał Mikołajczak

Urodziłem się w 1977 roku, w Grudziądzu, ale od 25 lat mieszkam w Trójmieście – początkowo w Gdańsku, a obecnie w Sopocie. Ukończyłem filologię polską na Uniwersytecie Gdańskim. Z zawodu i zamiłowania jestem redaktorem. Jak przystało na urodzonego humanistę, mam bardzo wszechstronne zainteresowania. Szczególnie interesują mnie: kryminalistyka, współczesna historia Polski, medycyna (zwłaszcza psychiatria), a także kultura popularna lat 80. i transport. Wolne chwile spędzam z rodziną, najczęściej na oglądaniu filmów grozy.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany