Przyglądając się jej obowiązkom, stanowiskom i osiągnięciom, można uznać ją za bizneswoman i to dużego kalibru. Tymczasem Agata Hofman, pomimo kilku dyrektorskich stołków, to właśnie piątkę swoich dzieci stawia na pierwszym miejscu, nie widząc problemu w tym, że czasami dla rodziny zdarza się jej zawalić formalności. Edukacja, wychowanie, otwartość, proste, a zarazem nieszablonowe podejście do życia… Zapraszamy Was do wywiadu z kobietą, która udowadnia, że konwencjonalne myślenie i życie według narzuconych standardów nierzadko zabija w dzieciach kreatywność, tym samym rzucając je w szpony stagnacji.

Jest dyrektorem przedszkola, alternatywnej szkoły Creogedania, prowadzi projekt Polska Akademia Dzieci, który w samym Gdańsku skupia tysiąc dzieci, dodatkowo jest właścicielem szkoły językowej, współtworzyła także projekt GratoSfera.pl Kamila Maciaszka, ale przede wszystkim jest mamą, i jak mówi, to właśnie ta rola jest fundamentalna w życiu i ją uszczęśliwia! Przedstawiamy Agatę Hofman. Ostrzegamy! Ten wywiad może mocno namieszać Wam w głowach…

Zacznijmy od początku. Na co dzień prowadzisz szkołę, przedszkole, ale to nie jest koniec listy Twoich obowiązków?

Kiedy rozpoczynam oficjalne spotkania czy wykłady, przedstawiam się tak: „Nazywam się Agata. Jestem dyrektorem przedszkola i szkoły, prowadzę uczelnię dla dzieci, gdzie mogą one bezpłatnie przyjść i poprowadzić swoje własne wykłady, prowadzę również grant, który ma promować swobodną zabawę w Europie. Gdybym miała siebie opisać jednym słowem, powiedziałabym, że przede wszystkim jestem mamą. To jest coś, co sprawia, że się uśmiecham i że mam rano siłę i energię do działania”. Co jeszcze mogę dodać? Mam mnóstwo czasu! Naprawdę mam go całą masę i ludzie, z którymi się spotykam, często pytają się mnie, jak to jest możliwe? To proste – wszystko, co najważniejsze, mam u siebie w centrum, a najważniejsza jest moja piątka dzieci. Moi przyjaciele, znajomi czy współpracownicy wiedzą, że bardzo często nie odbieram telefonów. Przyzwyczaili się, że najbezpieczniej jest wysłać sms i poczekać na moją odpowiedź, bo kiedy spędzam czas z dziećmi, mój telefon jest wyłączony. Zdarza mi się nawet zawalać niektóre rzeczy, bo akurat jest ładna pogoda i idziemy z dziećmi na spacer (śmiech). Rodzina to mój priorytet.

Można mieć masę czasu, mając tyle obowiązków i tak liczną rodzinę?

Tak, o ile ma się właśnie uporządkowane w życiu priorytety… Tydzień ma 168 godzin, nawet jak śpimy 56, to zostaje 112, jeśli do tego poświęcamy na pracę około 40 czy 50 kolejnych godzin, to dalej zostaje nam 60 godzin tygodniowo – to bardzo dużo. Mi wystarczy czasami tylko wziąć do ręki książkę i w przerwach od czytania patrzeć, jak moje dzieci się bawią. Czas spędzony z dziećmi jest dla mnie najważniejszy. O 22:00, kiedy śpią, zaczyna się moje życie (śmiech). Wtedy mogę spotkać się z koleżanką, poczytać czy pobyć z samą sobą. No i poranki, o godzinie 6:15 mam taką małą chwilę dla siebie. Czasami poczytam wybrany fragment Pisma Świętego, czasami nie robię nic, ale uwielbiam te moje poranne chwile sam na sam.

Masz na koncie wiele imponujących osiągnięć, coś czasami Ci się nie udaje?

Całe mnóstwo rzeczy (śmiech). Znacznie więcej rzeczy mi się nie udaje, niż udaje. Kiedyś napisałam fajną grę komputerową, proponowano mi nawet jej wydanie – gra leży. Zrobiłam projekt zawodowego uniwersytetu dla dzieci, pracowałam nad nim przez rok – nie wyszło. Na dwadzieścia projektów, które napisałam, tak naprawdę tylko dwa wyszły. Napisałam dwie książki, które nie są fajne, ale napisałam też jedną fajną i nie jest ona wydana. Mogę mnożyć swoje porażki (śmiech). Myślę, że to jest trochę tak, że robiąc w życiu jedne rzeczy, bierzemy pod uwagę, że inne mogą nam nie wyjść. Dla mnie największym sukcesem jest relacja z moją piątką dzieci.

Swoje dzieci uczyłaś w domu. Edukacja domowa była dobrym pomysłem?

Przy edukacji domowej zdaliśmy sobie sprawę z tego, że kiedy dziecko wychowuje się w takiej konwencji, w której jest więcej swobody, ruchu, w której może budować sobie domy z materacy, jest po prostu łatwiej. Możliwość spędzania tak jakościowego czasu z dziećmi jest dla mnie bezcenna. Od urodzenia mówiłam do dzieci po angielsku. Z chłopakami mam angielskie weekendy, z resztą – angielskie piątki. To dało dzieciom później ogromną łatwość w nauce języków. Dwie godziny nauki dziennie w domu pozwoliły dzieciom przejść przez normę programową. Dzięki temu resztę czasu mogły poświęcić na rozwijanie swoich pasji, a to one powinny być w życiu najważniejsze.

Pojawiły się jakieś minusy edukacji domowej?

Pomimo tego, że dzieci jest piątka i że mają siebie, widziałam, że mają zbyt mało czasu na relacje zewnętrzne, na przyjaźnie, kłótnie czy zwykłe spotkania z rówieśnikami. Kiedy widzę ich teraz, kiedy chodzą do 12-osobowych klas, obserwuję, że obecnie te relacje są bliższe i głębsze. Dzieciaki przyprowadzają do domu koleżanki czy kolegów, wcześniej im tego brakowało i to było właśnie największym mankamentem edukacji domowej. Na pewno dla mnie i dla taty dzieci była ona również bardzo czasochłonna.

Rozstałaś się ze swoim mężem. Rozstanie traktujesz jak swego rodzaju porażkę?

Powiedziałabym, że decyzja o rozstaniu i to, że mieszkamy osobno, to jeden z moich największych życiowych sukcesów. Czekam teraz na kolejne, kiedy będziemy już w stanie ze sobą spokojnie rozmawiać. Uczymy się tego od podstaw, krok po kroku.

Jak wygląda wasze życie rodzinne?

U mnie w domu nie ma WiFi. Bardzo staram się ograniczać technologię. Na moim biurku jest wielki miszmasz. Ostatnio mój znajomy stwierdził, że to jest chyba najpiękniejsze miejsce w naszym domu (śmiech). Tam są zapalniczki, młotki, śrubki – dosłownie wszystko. To właśnie w tym miejscu mój najmłodszy syn, 9-letni Tymek, przeprowadza swoje eksperymenty. Robi jakieś urządzenia do roztapiania wosku czy buduje zawieszane skarbonki do trzymania groszówek. Dzięki temu, że w naszym domu technologia jest tak bardzo ograniczona, dzieciaki realnie nawiązują ze sobą relacje. Oczywiście nie chodzi o to, aby tworzyć sztuczne sytuacje. Wieczorem obejrzymy jakiś program czy film, ale staram się, aby czas dzieciaków był czasem jakościowym. Chcę, by zawsze mogły przyjść do mnie się przytulić, porozmawiać, rozpakować pralkę, zrobić ze mną kolację albo robić tzw. nic. Takie zasady panują u mnie w domu, u taty dzieci jest inaczej. Nie ma za dużo tej technologii, ale jest dostęp do telewizji czy internetu. Szanuję to, ale w swoim domu trzymam się swoich zasad.

Dzieci się nie buntują?

Dla mnie jest to niezwykłe, bo naprawdę czuję się szanowana przez moje dzieci. Widzę to szczególnie u moich starszych synów. Moje dzieci widzą, jaka jestem, a ja nie staram się ukrywać swoich niedoskonałości. Nie jestem osobą idealną. Korzystam z podgrzewaczy tytoniu i dzieci o tym wiedzą. Kiedy wychodzę zapalić, uśmiechają się porozumiewawczo. Staram się nie tworzyć przed nimi obrazu osoby idealnej, bo daleko mi do ideału. Tego samego oczekuję też od nich. Nie chcę, aby mówiły mi o sobie wszystko i dzieliły się swoją prywatnością, ale chcę, by miały komfort bycia sobą. Chcę, by wiedziały, że mogą się wkurzyć, obrazić, i że mogą czuć się swobodnie w moim towarzystwie. Nie chce mieć dzieci idealnych, tylko autentyczne, takie, jakimi są. Ostatnio mój szesnastoletni syn spytał mnie, czy wyjedziemy we dwójkę, na taki wyjazd matka – syn. Szesnastolatek! Z matką! To było dla mnie coś niezwykłego (śmiech). Wyjechaliśmy. Wsiedliśmy w TLK, podróż była koszmarna, zgubiliśmy peron, był straszny ścisk w pociągu, spaliśmy łącznie 1,5 godziny, ale dojechaliśmy na miejsce. Spędziliśmy bite 8 godzin na rollercoasterach w Energylandii. To, że mój szesnastoletni syn chce ze mną spędzać czas i razem potrafimy się świetnie bawić, ale też szczerze porozmawiać, to dla mnie jak wygrana w totka. Nie zawsze wszystko jest idealnie, ale z ręką na sercu mogę powiedzieć, że nigdy w życiu nie byłam szczęśliwsza.

Jakie są dzieci?

Łucyjka ma 6 lat i rządzi. Gdyby gdziekolwiek była dyrektorem, wszyscy by się zwolnili w ciągu jednego dnia. Jest przesłodka, ale to ona musi decydować. Tymek jest dzieckiem na pozór bardziej skrytym. On tworzy, on konstruuje, uwielbia ogień i różne rzeczy, które śmierdzą. Mój zmywacz był już miliony razy zużyty, a w wannie mam wypaloną wielką plamę. To chłopiec, który bardzo głęboko się angażuje. Jestem przeszczęsliwą mamą, bo w tym roku odkryliśmy jego pasję – Tymek przepięknie maluje. Skupia się na tym, fajnie łapie proporcje, eksperymentuje z kreską. Coraz lepiej idzie mu też z nawiązywaniem relacji. To ważne, bo przez jakiś czas musieliśmy pracować nad zachowaniami przemocowymi, ale udało się nam z tego wyjść. Zuzanka jest takim aniołem naszej rodziny. Wszystkimi się opiekuje. Niestety, był taki moment, kiedy czuła się zbyt odpowiedzialna za młodsze rodzeństwo, ale ten ostatni rok przyniósł dla nas ulgę, a Zuzanka nauczyła się nawet trochę broić. Potrafi wyrzucić rodzeństwo z pokoju, zrobić coś dla siebie czy obrazić się. Nauczyła się czuć komfortowo ze wszystkimi swoimi emocjami. Jest kochaną i wrażliwą dziewczynką, od urodzenia była raczej obserwatorem niż aktywnym uczestnikiem. Jaśko to nasz model. Ze znajomymi prowadzi sklep z ciuchami na Instagramie, który ma kilkanaście tysięcy followersów. Jest bardzo zaradny. No i Szymon. Szymon jest bystrzakiem. Miał 1,5 roku, kiedy czytał po polsku i po angielsku. Trzy razy z rzędu zajął pierwsze miejsce w Odysei Umysłów w Polsce, i drugie, trzecie i szóste na świecie. Potrafi pomieszać kostki Rubika i z zamkniętymi oczami w ciągu 10 minut ponownie je ułożyć. To ciągle dla mnie szokujące, kiedy patrzę, jak on to robi (śmiech). Ułożył sobie algorytm – do każdego ruchu kostką przypisał słowo i układając je, tworzy opowiadanie. Sposób jego myślenia jest naprawdę nieszablonowy, a to udało się uzyskać dzięki edukacji domowej.

Twoje dzieci są wybitne?

Czy ja wiem… Myślę, że każdy z nas taki jest, o ile nie jesteśmy uzależnieni od tego, kto jak na nas patrzy, jak nas ocenia, co trzeba zrobić, a czego nie wolno robić. Nie patrzę na to w ten sposób. Jaśko jest bardzo zdolnym perkusistą, uczy się grać od 3. roku życia i można powiedzieć, że jest wybitny, tak samo, jak Szymon, tylko w innej dziedzinie. Wszyscy jesteśmy w czymś wybitni.

Nie ma dzieci, które nie mają pasji?

Nie, absolutnie nie! Chyba nie ma na świecie dziecka, które nie chce poznawać rzeczywistości, które nie chce zachwycać się prawdą. Dziecka, które nie chce się uczyć, badać, zgłębiać i to bez względu na to, czy jest widome, czy niewidome, pełnosprawne czy nie. Chęć poznawania świata jest czymś, z czym się rodzimy, czymś, co nam towarzyszy. Niestety dwanaście lat edukacji systemowej, która opiera się tylko i wyłącznie na ocenach, która pokazuje, że to my, dorośli, decydujemy o tym, co dzieci powinny wiedzieć, a czego nie i tylko ta wiedza jest tą dobrą, skutecznie zabija chęć poznawania. Przecież każdy z nas ma w sobie w wieku kilku lat tak wysoki potencjał kreatywny, który zachwyca nas – dorosłych. Nagle po dwunastoletnim systemie edukacyjnym, gdzie jesteśmy ładowani w rozfragmentaryzowane przestrzenie – tu matematyka, tam historia, tam polski – oczekuje się od nas, że zbudujemy całościowy obraz świata, będziemy zachwycać się codziennością, a do tego będziemy stabilni emocjonalnie przy tak ogromnych zmianach technologicznych… To jest paradoks.

Oceny krzywdzą?

Są szkodliwie w momencie, kiedy są wykorzystywane jako jedyne narzędzie sprawdzające, czy uczeń opanował dany obszar tematyczny. Jeśli tylko oceny są tym kryterium, dzieciaki uzależniają się od opinii zewnętrznych. Każde z dzieci ma jakiegoś bzika, obojętnie, czy jest to piłka, taniec, czy dinozaury… Kiedy idą do szkoły, dowiadują się, czego i jak mają się uczyć. Jeśli tego nie zrobią dokładnie tak, jak im kazano, dostają jedynkę czy trójkę. Z biegiem lat czują się tą jedynką czy trójką. Nie neguję testów, dobrze jest sprawdzić swoją wiedzę, natomiast jeśli stają się one centrum edukacji, oduczamy się tego, co naprawdę nas interesuje. Jeśli dziecko ma się odnaleźć i poradzić sobie w przyszłości, musi przede wszystkim mieć solidne poczucie własnej wartości. Musi wiedzieć, że bez względu na to, czy dostanie piątkę, czy tróję – jest wartościowe. Dopiero wtedy możemy mówić o solidnym fundamencie dla przyszłości.

Jesteś wrogiem technologi?

Działam trochę ekstremalnie. Staram się trzymać dzieci z dala od telewizora czy komórek, jęczę synom, żeby pomogli mi rozpakować zmywarkę czy zrobić burgery. Uśmiechają się, bo wiedzą, że robię to, by odciągnąć ich od telefonów. W tej chwili technologia jest częścią rzeczywistości, ale dla mnie najważniejsze jest to, by człowiek miał kontakt z samym sobą. Żebyśmy potrafili znaleźć w ciągu dnia ten moment, w którym się zatrzymujemy i ciągle wiemy, co jest dla nas ważne. Powtarzam dzieciom, że jakość naszego życia jest zależna od relacji. Jeśli technologia nie przeszkadza w budowaniu wartościowych i jakościowych relacji z rodziną, przyjaciółmi, chłopakiem czy dziewczyną, nie demonizowałabym jej za bardzo. Kiedy jednak prowadzę jakąś głęboką i ważną rozmowę z moimi dziećmi, a któreś z nich sięga po telefon, staram się to wyłapywać. Tłumaczę, że niezależnie od tego, co w życiu osiągną i ile pieniędzy będą mieli, to sposób, w jaki będą traktować innego człowieka, słuchać go, czy rozumieć, będzie zaburzony przez takie sięganie po telefon. Sama, kiedy wracam do domu, odkładam telefon, wyciszam go i nie ma mnie. Ktokolwiek nowy mnie poznaje, uczy się tego, że popołudniami po prostu mnie nie ma, bo to jest mój czas z rodziną. Taki świat pokazuję swoim dzieciom. Gdy dorosną, podejmą decyzję, czy chcą kontynuować takie życie, czy nie.

Jesteście nietypową rodziną, inni dawali Wam to odczuć?

Wielokrotnie. Mama, która jest Polką i mówi do dzieci po angielsku? Po co? Dzieci, które uczyły się w domu? Na szczęście teraz moje dzieci uczą się w szkole alternatywnej i raczej nie spotykają się ze środowiskiem, które by je za cokolwiek piętnowało. Wśród swoich szkolnych znajomych może je jedynie odróżniać kwestia finansów, bo w tej sferze rzeczywiście trochę słabiej funkcjonujemy, ale nie jest to dla nich specjalnym problemem. Mój najstarszy syn, który już jest w liceum, mówi wręcz, że czuje się wolny i niezależny od ocen innych, że może być sobą i się tego nie boi.

W Twoim domu są kary?

Nie mam kar, mamy za to bardzo dużo rozmów, którymi dzieci czasami są już zmęczone (śmiech).

Kiedy pojawiają się jakieś kłótnie, rozmawiamy i mnożymy rozwiązania. Dzieciaki czasami godzą się, żebym tylko dała im już spokój (śmiech).

Plany, marzenia?

Żyję bez oczekiwań. Część rzeczy w moim życiu wychodzi, część nie, ale moja egzystencja nie jest od tego uzależniona. Mam poczucie wewnętrznego spokoju, nie muszę stosować się do odgórnych wymogów. Mam prawo coś zawalić i nie wzbudza to we mnie poczucie winy. Jest mi dobrze z tym, kim jestem. Mam też szczególny komfort codzienności, którą sobie buduję. Jestem szczęśliwa, bo mam siły unieść 20-minutowy wrzask mojego syna, albo przytulić córę, kiedy nie wyjdzie jej jakieś opowiadanie. Mierzenie się z rzeczywistością bez wielkich marzeń i ustawicznego czekania, aż coś się spełni, opieranie życia na wartościowych relacjach, spotkania z ludźmi, którzy chcą i potrafią słuchać – to wszystko sprawia, że naprawdę jestem szczęśliwa.


Wywiad: Katarzyna Paluch

Zdjęcia: Michał Zawer/ Lolove Studio

Produkcja: Anna Waluda/ Lolove Studio

Makijaż: Marzena Niewiarowska STYLab Laboratorium Stylu

Fryzura: Bartosz Marcinkowski/ Barber Zone Wojciech Karwat

Stylizacje: Marika Kłuskiewicz i Katarzyna Paluch

Salon Pawo Gdańsk Alfa Centrum

Banana Kids

Edukacja okalecza?
3 (60%) 2 votes

Polacane:

O Autorze

Mat. Redakcyjne

Magazyn Together - Rodzinna strona Trójmiasta

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany