W 2008 roku zaprzysiężono pierwszego w historii ciemnoskórego prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Wówczas można było mieć nadzieję, że problem rasizmu stopniowo zostanie definitywnie zepchnięty na margines życia społecznego. O jego całkowitym wyeliminowaniu mogli marzyć tylko najwięksi optymiści. Niestety, zjawisko nienawiści rasowej nadal dotyczy niemal całego świata, w tym również Polski.

Nasza rodzima jednolitość

Współczesna Polska jest krajem wybitnie jednolitym rasowo, etnicznie, religijnie i narodowościowo. Wystarczy wspomnieć, że według wyników Narodowego Spisu Powszechnego z 2011 roku narodowość polską zadeklarowało ponad 97% respondentów. Około 90% Polaków to chrześcijanie wyznania rzymskokatolickiego. Do takiego stanu rzeczy przyczyniło się wiele uwarunkowań historycznych i geopolitycznych, łącznie z koszmarem II wojny światowej i masową eksterminacją Żydów – od wieków zamieszkujących polskie ziemie.

Z kolei po II wojnie światowej Polska znalazła się w sferze wpływów Związku Radzieckiego. Przedzielona „żelazną kurtyną” wspólnota polityczna, gospodarcza i militarna, dla zdecydowanej większości Polaków oznaczała w praktyce ścisły izolacjonizm. Nieograniczone przemieszczanie się po świecie było przywilejem dla nielicznych. Napływ przedstawicieli innych nacji do krajów socjalistycznych, nie licząc ograniczonej wymiany studenckiej i dyplomatycznej, również podlegał dużym obostrzeniom. W takich uwarunkowaniach społeczno-politycznych dorastały miliony obywateli Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, poznając osoby innych ras z podręczników geografii, a nieco później – z ekranów telewizorów.

Obcy”, czyli zły

Czy rasizm w polskim wydaniu powinien dziwić? Uwzględniając złożone dzieje współczesne naszego kraju, trzeba stwierdzić, że niekoniecznie… To prawda, że w historii Polski nie brakuje chlubnych kart tolerancji, a wielokulturowość była naszą odwieczną domeną. Jednak obok otwartości zawsze istniał skrajny nacjonalizm, który obecnie staje się jednym z fundamentów rasizmu. W polskich realiach monokulturowych panują niemal idealne warunki do tworzenia ewidentnych uproszczeń i opozycji „swój–obcy”. A jeśli „obcy”, to oczywiście złowrogi, nieznany, zagrażający „normalności”…

Od czasu transformacji ustrojowej z 1989 roku zdążyło już dojrzeć i dorosnąć kolejne pokolenie, dla którego świat bez granic nie jest postulatem, lecz codziennością. Coraz rzadziej zdarzają się sytuacje, w których ciemnoskóra osoba budzi zdziwienie na polskich ulicach, zwłaszcza w dużych miastach. Ludzie innych ras przestają być „osobliwością” i powoli stają się integralną częścią naszego świata. Bardzo powoli. Dopóki żyjemy w stabilnej rzeczywistości, nie wyczuwając zagrożenia z zewnątrz, jesteśmy skłonni akceptować odmienność. Gdy jednak pojawia się niebezpieczeństwo, nasze społeczeństwo monokulturowe szuka jego zewnętrznych źródeł. Te najłatwiej odnaleźć wśród emigrantów. I nie chodzi wyłącznie o ryzyko ataku terrorystycznego, które w Polsce jest relatywnie niskie. Na co dzień koncentrujmy się raczej na utrzymaniu stabilizacji życiowej. Jeśli jest ona zachwiana, na przykład wskutek bezrobocia, wówczas najłatwiej jest wskazać winnego wśród „obcych”. To oni mają być odpowiedzialni za „psucie rynku” czy zajmowanie posad. Nieważne, że ktoś inny tworzył struktury ekonomiczne, w których przyszło nam funkcjonować.

Do worka z napisem „obcy” wrzucamy zatem budowlańców z krajów byłego Związku Radzieckiego, restauratorów z Wietnamu czy Syrii albo studentów z Arabii Saudyjskiej. Tak jest najłatwiej. I nie ma znaczenia, że są dobrymi pracownikami, sumiennymi podatnikami, a często również pożądanymi klientami polskich sklepów, punktów usługowych i restauracji. Ważne, że są inni. Słynny temat uchodźców, mimo że niesłychanie nośny medialnie, nie ma praktycznego przełożenia w polskiej rzeczywistości. Skąd zatem tyle agresji wśród przypadkowych osób o odmiennym kolorze skóry, którzy nie są uchodźcami, lecz, na przykład, studentami? W polskiej mentalności wciąż istnieje syndrom oblężonej twierdzy – trzeba wytropić, zidentyfikować i napiętnować wroga. A najprościej w Polsce można rozpoznać właśnie „obcego” o odmiennym kolorze skóry.

Pułapka zawiści

Zawiść potrafi zamienić życie w koszmar, a w połączeniu z rasizmem może przybrać zastraszające rozmiary. Ciekawym przykładem są studenci z innych krajów, którzy decydują się na edukację w Polsce. Ilu studentów spoza Polski zdecydowało się na edukację w naszym kraju? Według danych Głównego Urzędu Statystycznego – ponad 57 tys., spośród których najliczniejszą grupę stanowili Ukraińcy (ponad 30 tys.) i Białorusini. Jednak to nie przybysze ze Wschodu budzą najwięcej negatywnych emocji.

Portal http://natemat.pl/ opublikował artykuł pt. „Żyją jak pączki w maśle”, który opisuje trudne relacje między polskimi i zagranicznymi studentami. Najtrudniej chyba zaakceptować język nienawiści polskich studentów – przyszłej elity naszego społeczeństwa. Jak możemy przeczytać w przywołanym artykule: „Studenci z Arabii Saudyjskiej trafiają do nas dzięki Programowi Stypendialnemu Króla Abdullaha. Król finansuje studia, wszelkie koszty zamieszkania w innym kraju, a także wydatki na podróże do kraju na czas przerwy w nauce. Z programu korzysta około 140 tysięcy Saudyjczyków – połowa w USA, część w innych krajach Azji. W Europie jest ich kilkanaście tysięcy, z czego w Polsce nieco ponad 850. Trochę więcej, prawie 900, jest studentów z Indii”. To prawda, że studenci z zagranicy nie zawsze potrafią się dostosować do polskich realiów. A ponieważ stać ich na luksusowe życie, nie rozumieją dylematów uboższych kolegów z kraju nad Wisłą. To rodzi wiele konfliktów, które mogą się kończyć incydentami rasistowskimi. I znowu pojawia się syndrom „niebezpiecznego obcego”. Jak zauważa cytowana przez portal http://natemat.pl/ dr Bianka Siwińska: „Liczba ksenofobicznych incydentów rośnie i to jest niepokojące. Wydaje mi się, że jeszcze nie jest to moment, w którym sygnały dotarły do potencjalnych studentów z Azji, odstraszając ich od studiów w Polsce. Ale jest to ten moment, w którym musimy zrobić wszystko, aby tych studentów ochronić”.

Chociaż zagraniczni studenci dla wyższych uczelni są bardzo pożądanymi gośćmi – nie oszukujmy się: przede wszystkim ze względów finansowych, niekoniecznie kulturowych – wielu Polakom wciąż trudno zaakceptować ich obecność. Bo bywają wyniośli, nieprzystępni, bogaci i… reprezentują inną rasę. Co gorsza, ksenofobia zdarza się również wśród wykładowców akademickich, którzy pomijają milczeniem fakt, że kształcenie obcokrajowców może przynieść Polsce wymierne zyski.

Rasizm od piaskownicy…

W sierpniu br. media obiegła bulwersująca informacja – w Przemyślu dorosły mężczyzna wyrzucił z placu zabaw 11-letniego chłopca, który był ciemnoskóry. W jaki sposób 11-latek, na co dzień mieszkający w Wielkiej Brytanii, zagrażał pozostałym, białym dzieciom? W żaden. Po prostu miał inny, „niepasujący” wygląd. Skoro dorosła osoba, która potrafi zracjonalizować wiele kwestii, dopuszcza się niczym nieuzasadnionej agresji, to czego wymagać od dzieci…? Wbrew pozorom, bywają one okrutne, a gdy spotykają się z nową sytuacją, taką jak towarzystwo ciemnoskórego rówieśnika – mogą być jeszcze bardziej bezwzględne, zwłaszcza w grupie. Obserwując na co dzień mniejsze lub większe przejawy ksenofobii dorosłych, nie będą miały zahamowań wobec postaw rasistowskich.

Co jakiś czas media podają informacje o rasistowskich incydentach w środkach komunikacji publicznej, w sklepach czy na ulicach. Z jednej strony zachowania takie należy nagłaśniać, z drugiej jednak – brak wyraźnego piętnowania rasizmu przyczynia się do jego oswojenia. Jeśli incydentów rasistowskich nie powstrzymuje ryzyko odpowiedzialności karnej, trudno przypuszczać, że zostaną one wyhamowane przez bierność społeczną, by nie powiedzieć: „ciche przyzwolenie”. Dopóki nie zmieni się ono w głośny protest, dopóty będziemy musieli się wstydzić polskiej ksenofobii, która zaczyna się już od piaskownicy – przez powielanie nagannych zachowań dorosłych.

Kto jest winien?

Niestety, odpowiedzialność za upowszechnianie zachowań rasistowskich spada na całe społeczeństwo, począwszy od elit. Nie bez winy są również politycy, nauczyciele i hierarchowie kościelni, którzy nie zawsze pamiętają, że chrześcijaństwo nie zna rozgraniczeń ze względu na kolor skóry. Ksiądz Tadeusz Rydzyk, niesmacznie żartując z czarnoskórego misjonarza, który rzekomo „się nie mył”, przeszedł już do historii, choć echa tego żartu nadal pobrzmiewają. I, niestety, wiele osób szczerze rozbawił, chociaż nie brakowało też głosów sprzeciwu.

Na tym polegają nasze małe, codzienne grzeszki ksenofobii. Wprawdzie reagujemy oburzeniem, słysząc o brutalnych atakach na osoby o odmiennym kolorze skóry, ale widzimy nic złego w żartowaniu z cudzej odmienności. „Asfalt”, „małpa”, „bambus”, „brudas” – to przecież tylko słowa… Tylko czy aż? „Miękka” agresja dorosłych, w wymiarze werbalnym, może się przekształcić w zachowania patologiczne. W przyszłości nasze dzieci mogą uznać całkiem poważne zwalczanie „obcych” po prostu za konieczność. Można tego uniknąć, zwłaszcza we współczesnym, otwartym świecie, choć potrzebujemy definitywnej przemiany mentalnej. Czasami wystarczy uświadomić sobie, że „obcy” nie istnieje. Większość problemów, z którymi musimy się zmagać na co dzień, jest prozaicznym wytworem naszych rodzimych okoliczności, bez magicznej interwencji z zewnątrz.

Tekst: Michał Mikołajczak

O Autorze

Michał Mikołajczak

Urodziłem się w 1977 roku, w Grudziądzu, ale od 25 lat mieszkam w Trójmieście – początkowo w Gdańsku, a obecnie w Sopocie. Ukończyłem filologię polską na Uniwersytecie Gdańskim. Z zawodu i zamiłowania jestem redaktorem. Jak przystało na urodzonego humanistę, mam bardzo wszechstronne zainteresowania. Szczególnie interesują mnie: kryminalistyka, współczesna historia Polski, medycyna (zwłaszcza psychiatria), a także kultura popularna lat 80. i transport. Wolne chwile spędzam z rodziną, najczęściej na oglądaniu filmów grozy.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany