Wietnam – kraj tysiąca twarzy (cz. 2).

Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia budzicie się na tajemniczej wyspie, podobnie jak Guliwer. Wszystko jest od Was mniejsze – krzesła, stoły, łóżka… Ale musicie się odnaleźć w tym dziwnym świecie, bo przecież z jakiegoś powodu tam się znaleźliście!

Nasze autobusowe podróże Guliwera

Poczuliśmy się jak Guliwer w wietnamskim Open Busie, który jest świetnym rozwiązaniem dla tych wszystkich, którzy chcą na jednym bilecie przejechać kraj z północy na południe lub z powrotem. Taki otwarty bilet pozwala podróżować w nocy (oszczędzamy na hotelach lub hostelach), wysiadać na pośrednich stacjach i spędzać jakiś czas w mijanych miejscowościach (dzień, dwa, tydzień – bilet nie ma daty końcowej), ale przede wszystkim poznawać ciekawych ludzi i poczuć, jak funkcjonuje zwyczajny świat. Skąd porównanie z Guliwerem? Zapomniałam napisać, że w Wietnamie można podróżować autobusem z opcją leżącą – niestety, rozmiarami nie pasowaliśmy do wietnamskich kuszetek autobusowych. Dla Janka było to genialne rozwiązanie – a dla nas? Cóż, Guliwer też nie miał łatwo…

Hue – dawna stolica Wietnamu

Naszym pierwszym przystankiem w drodze na południe było Hue. Dzięki Bogu, nie jest odwiedzane tak tłumnie przez turystów, za to arcyciekawe historycznie, kulinarnie i widokowo. Hue to dawna stolica Wietnamu (do 1945 roku), położone nad rzeką Perłową, 11 km od jej ujścia do Morza Południowochińskiego. W czasie wojny wietnamskiej było wielokrotnie niszczone przez obie walczące strony, a po zakończeniu walk – odbudowane, w czym duży udział (zakazane purpurowe miasto) mieli polscy konserwatorzy pod kierownictwem Kazimierza Kwiatkowskiego. Hue jest miastem wolniejszym niż Hanoi czy Sajgon, dostojnym i kryjącym w sobie wiele niespodzianek – pod warunkiem, że zaufamy intuicji i damy się ponieść nogom. Jego największą atrakcją jest Cesarska Cytadela – dawna siedziba władców Hue, duży kompleks budynków z pałacem cesarskim, zakazanym purpurowym miastem, murami, bramami, świątyniami, sklepami, muzeami i galeriami. Hue to też wspaniała kuchnia, która wykazuje wpływy kuchni królewskiej, gdzie przykładano wyjątkową uwagę do przygotowywania oraz dekoracji potraw. Dania są tu kolorowe i pikantne, z dużą ilością makaronów, ryżu i słodyczy. Po raz pierwszy w życiu właśnie w Hue zjedliśmy żabie udka, które były fantastyczne. Zresztą Wietnamczycy przyrządzają i jedzą prawie wszystko: szczury, węże, ptaki wszelkiej maści, żaby, i to we wszystkich możliwych konfiguracjach. Moim zdaniem warto zaryzykować, aby potem nie żałować.

Równie interesujące są położone tuż pod miastem grobowce cesarzy, które stanowią doskonały przykład wietnamskiej architektury buddyjskiej. Najwygodniej się do nich dostać na motorze/rowerze albo spływając rzeką wynajętą łodzią. My zdecydowaliśmy się na rowery, które oczywiście, jak wiele rzeczy w Wietnamie, nie są oczywiste. W dużej mierze rowery nie służą Wietnamczykom do rekreacji, lecz do transportu ludzi i towarów; są wyposażone w dodatkowe siodełko nad tylnym kołem i oparcie dla nóg. Dzięki tym rozwiązaniom, mogliśmy swobodnie podróżować rowerami z Jankiem, nie mając specjalnego krzesełka dziecięcego.

Hoi An z Chopinem w tle

Z Hue ruszyliśmy dalej. Naszym kolejnym przystankiem było Hoi An – małe, ale urokliwe miasteczko, które od pierwszego momentu przypominało mi nasz Kazimierz nad Wisłą. Ten sam klimat (zawsze mnóstwo turystów), artystyczny blichtr, knajpki nad rzeką (lubi wylewać, więc czasami można jeść kolację z nogami w wodzie), stare kamienice, małe sklepiki z produktami z jedwabiu (Hoi An to dawny port na jedwabnym szlaku), warsztaty, gdzie na Twoich oczach powstają bajeczne lampiony, ryneczek, mała pagoda, jakiś sklepik z pamiątkami i z podróbkami Fiord Nansena i… Chopin w tle. W czasie gdy byliśmy w Wietnamie, w Polsce odbywał się Konkurs Chopinowski, a Wietnamczycy kochają naszego Fryderyka, więc z wielkich, starych tub propagandowych umieszczonych na różnych budynkach płynęła nasza polska muzyka.

Co można jeszcze przeżyć w tym miejscu? Można wypożyczyć rower i poprzez pola ryżowe pojechać na plaże, po drodze zatrzymując się w knajpce na egzotycznego drinka lub szybką przekąskę. Można też, tak jak my, wypożyczyć skuter i wybrać się w Góry Marmurowe.

Góry Marmurowe i okolice

Góry Marmurowe to pięć wapiennych skał nazwanych od nazw pięciu żywiołów: Kim Son – góra metalu, Moc Son – góra drewna, Thuy Son – góra wody, Hoa Son – góra ognia oraz Tho Son – góra ziemi. Góry są połączone skomplikowanym systemem tuneli i jaskiń, które dawniej były używane jako schronienie przez wietnamskich rebeliantów. Wewnątrz jaskiń znajduje się również wiele świątyń buddyjskich, co sprawia, że ten rejon jest częstym miejscem pielgrzymek. Dla turystów atrakcją niewątpliwie są liczne pagody, które spotyka się, wchodząc po kolejnych schodach, na kolejne wzgórze. Ze szczytu najwyższego wzgórza, Thuy Son, rozciąga się cudowny widok na okolice. W pobliżu znajduje się też kamienne miasteczko Non Nuoc, gdzie można kupić dwumetrowy posąg Buddy, Matkę Boską i kamienne lwy do ogródka.

Góry Marmurowe znajdują się w odległości 10 km od Danangu – czwartego co do wielkości miasta w Wietnamie. Nie ma tu żadnych atrakcji, oprócz miejskiego gwaru, ale tuż za miastem zaczyna się pas 30-kilometrowej słynnej plaży China Beach. To tutaj odpoczywali amerykańscy żołnierze podczas wojny. Właśnie ta plaża jest uznawana za jedną z najpiękniejszych na świecie.

Relaks i znacznie więcej

Z Hoi An, po krótkiej przesiadce w Nha Trangu, które jest typowym (plażowo-imprezowym) miejscem wypoczynkowym przyciągającym turystów i Wietnamczyków, dotarliśmy do Mui Ne. To kolejny wietnamski kurort, gdzie można się nauczyć latać na kitach, surfować, gotować lub… nic nie robić, leżąc po prostu na piasku pod błękitnym niebem albo zanurzając się we wzburzone fale Morza Południowochińskiego. Można też wypożyczyć skuter i zobaczyć położone w pobliżu wioski rybackie, przyjrzeć się pracy rybaków, zadać sobie pytanie, jak się utrzymują na wodzie w swoich małych, okrągłych zrobionych z bambusa łódkach, przyjrzeć się załadunkowi ryb w porcie w Phan Thiet, zjeść fantastyczne owoce morza lub wybrać się na pobliskie czerwone i białe wydmy, zobaczyć tam wschód słońca i zjechać na kawałku plastiku niczym na sankach z wysokiej piaszczystej góry… Na wzgórzu między Mũi Né i Phan Thiết stoją wieże Chăm – wzniesione przez naród, który niegdyś miał tutaj swoje królestwo. Noszą one nazwę „Po Sha Inư”. Wprawdzie zniszczono istniejące w tym miejscu świątynie z VIII wieku, ale zbudowane z czerwonej cegły wieże świątynne szczęśliwie zachowały się do naszych czasów i zostały pięknie odrestaurowane. Z tego miejsca roztacza się wspaniały widok na wybrzeże i Phan Thiết.

Po prostu Sajgon!

Po kilku dniach całkowitego relaksu ruszyliśmy do Sajgonu, gdzie na własnej skórze odczuliśmy polskie znaczenie tego słowa! W Ho Chi Minh City mieszka 8,5 mln ludzi, spośród których większość spędza dzień na ulicy. Upał sprawia, że domy i mieszkania służą jedynie do snu; handel, usługi i spotkania towarzyskie odbywają się głównie pod gołym niebem. Miasto tętni życiem, jest w ciągłym ruchu. Ulicami przelewają się kilkutysięczne fale skuterów. Na chodnikach urządza się towarzyskie imprezy, a ich uczestnicy, siedząc w kucki, do późna w nocy bawią się, jedzą i piją. Nikomu też nie przychodzi do głowy, by widzieć w tym cokolwiek niestosownego. Tak po prostu jest, i już!

Będąc w tym mieście, nie da się zapomnieć o jego historii. Jego początki to mała rybacka osada Prey Nokor, zasiedlona przez chińskich uchodźców. Następnie została przejęta przez władający południem Wietnamu ród Nguyen i zasiedlona przez osadników wietnamskich. W okresie kolonialnym Francuzi uczynili z niej stolicę swoich indochińskich kolonii i zmienili nazwę na „Sajgon”. Po wojnie wietnamskiej, już w ramach Socjalistycznej Republiki, nazwa została zmieniona na „Ho Hi Minh”. Z tej mieszanki wyłania się osobliwe oblicze tego miasta. Francuzi pozostawili po sobie architekturę rodem z Paryża – piękne, zadbane kamienice XIX-wieczne, poczta w stylu kolonialnym, neoromańską Katedrę Notre-Damme ze strzelistymi wieżami, dostojny neoklasyczny gmach Teatru Miejskiego i wiele innych budynków. Chińczycy wznieśli dzielnicę Cholon, gdzie co kilkadziesiąt metrów są buddyjskie świątynie, wszędzie palą się kadzidełka, a w powietrzu unosi się zapach suszonych ziół, przypraw i chińskiej kuchni. Co zostawili Wietnamczycy? Dziwne budynki, szare lub jarmarczno-kolorowe. Domy są zazwyczaj wąskie, wysokie, o kilku kondygnacjach. Na najniższych poziomach, tam gdzie jest najchłodniej, toczy się życie rodzinne mieszkańców Sajgonu – idąc ulicami, trudno nie zaglądać ludziom do domów, zwłaszcza że często na parterze nie ma tradycyjnych okien lub drzwi.

Po Sajgonie można spacerować przez wiele godzin. Można też wybrać się z agencją turystyczną, między innymi do tuneli Vietkongu w Cu Chi lub na wycieczkę po delcie Mekongu. My nie wybraliśmy tych opcji i nie żałujemy. Jedna i druga atrakcja służy typowo wyciąganiu pieniędzy od turystów – dodatkowo na rzece pełno jest insektów, które czynią tę wyprawę mało przyjazną dzieciom.

Zdecydowaliśmy się za to na lot (tanimi liniami) na wyspę Phu Quock, która leży w Zatoce Tajskiej, w pobliżu wybrzeży Kambodży. Wyspa ta jest słynna nie tylko za sprawą pięknych plaż i pysznych owoców morza. Produkuje się tutaj rocznie 6 mln litrów sosu rybnego nuoc mam. Ta szczególna przyprawa wietnamskiej kuchni powstaje wskutek fermentacji sardeli, jest bardzo słona, ma ostry, intensywny zapach, z którym należy się oswoić… Wietnamczycy często używają ją zamiast soli. Ponieważ byliśmy poza sezonem, w absolutnej ciszy i spokoju komplementowaliśmy widoki, cieszyliśmy i wzrok, i żołądki, i dusze.

***

Nasza przygoda z Wietnamem trwała ponad cztery tygodnie. Zobaczyliśmy i przeżyliśmy wiele. Czy wrócimy kiedyś to Wietnamu? Tak. Bo jak można nie wrócić do miejsca, gdzie zostawiło się kawałek serca?

Tekst: Małgorzata Zaremba

Polecane

O Autorze

Mat. Redakcyjne

Magazyn Together - Rodzinna strona Trójmiasta

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany