Po raz pierwszy odwiedziłem szkołę w piątek, nazajutrz po przybyciu do Birmy. Ostatnią rzeczą, której spodziewałem się w poniedziałek z samego rana był atak księgowej. Nawet nie wiedziałem, że to księgowa, skąd miałem wiedzieć, w każdym razie jakaś niewiasta wyskakuje z biura i mówi, że mam do niej przyjść. Czemu by nie właściwie. Podążam, zdejmuję, za przykładem, sandały, wchodzę do biura, a ona wyciąga jakieś druczki i zaczyna je wypełniać. Robi się nieco kafkowsko. Po czym wyciąga pieniądze. Ja na to mangowe oczy i czekam na wyjaśnienie. Oto i ono następuje. Byłem w szkole w piątek, 28 czerwca. Później była sobota, 29 czerwca i niedziela, 30 czerwca. Łącznie trzy dni z trzydziestu dni w miesiącu, w związku z czym oto i moje dziesięć procent miesięcznego wynagrodzenia. Za pokręcenie się po szkole, odebranie dyplomu powitalnego i dwa dni weekendu. Szok jest tak konkretny, że dopiero po jakimś czasie uświadamiam sobie, że tak właściwie to mój kontrakt miał zacząć obowiązywać od pierwszego lipca…

Dzień szkolny zaczyna się o 6:50-7:00 od witania uczniów. Grono pedagogiczne, przede wszystkim blade twarze, które rodzice płacący 4000 dolarów rocznie czesnego życzą sobie oglądać, gromadzi się przy bramie i staje przed niełatwym z początku zadaniem wykrzesania z siebie entuzjastycznych okrzyków ‘good morning!’ i ‘how are you?’ Kiedy nie zna się jeszcze ani uczniów, ani nauczycieli, wydaje się to nieco sztuczne i mocno wymuszone, po jakimś czasie jednak, kiedy wreszcie można się przywitać po imieniu, entuzjazm staje się bardziej naturalny. Nic nie stoi na przeszkodzie, by pojawić się pod gejtem z kubkiem przydziałowej kawy 3in1 i, dla draki, zamiast ‘good morning!’ rzucać uczniom chińskim ‘zao shang hao!’.

O 7:10 wrota zostają zamknięte a nauczyciele rozchodzą się do dwóch pokojów nauczycielskich. Ja i Patt mamy swoje biureczka na parterze, Mark na pierwszym piętrze. Przez następne 20 minut, do 7:30, uczniowie w swoich klasach oddają się, pod okiem miejscowych class teacherek, lekturze dowolnych tekstów w języku angielskim. Część czyta, zrobiłem rekonesans, komiksy Monkey King albo mangi Vampire Knight, część powieści graficzne, czyli komiksowe wersje klasyków w stylu Great Expectations Dickensa. Reszta czyta książki, na kindlach albo po bożemu, że tak powiem, w wersjach papierowych. Spektrum jest imponujące, od Captain Underpants i Diary of a Wimpy Kid, przez serię Horrible History, po Bernarda Shaw, choć podejrzewam, że tu akurat musiał nastąpił jakiś błąd systemu przy wyborze lektury. Rzecz w tym, że dzieciaki czytają. Czytają dwadzieścia minut dziennie i, do diabła, efekty widać na pierwszy rzut oka, czy ucha raczej w sumie.

Przez pierwsze dwa tygodnie miałem zajęcia tylko z klasami szóstymi. Codziennie po 60 minut z każdym z dwóch osiemnastoosobowych oddziałów, Primary 6 Bravura i Primary 6 Virtuoso. Potem się to zmieniło, ale nie będę uprzedzać faktów. Skupmy się na klasach szóstych. Tak się składa, że przez ostatni rok szkolny w Polsce miałem zajęcia, ba, byłem nawet wychowawcą klasy szóstej, więc mam świeże porównanie. Nie ma porównania. Nie żeby z dzieciakami w Polsce było coś nie tak, przeciwnie, fajne to były dzieciaki, choć polski system edukacji w klasach 1-5 skutecznie je upupił i pozbawił wszelkiej motywacji do nauki. Fakt jednak faktem, że tutejsi szóstoklasiści i tutejsze szóstoklasistki w kontekście znajomości języka i umiejętności używania go są o lata świetlne wyżej, niż uczniowie szkoły polskiej, z którymi tak naprawdę bardziej sensowne niż tłuczenie zgodnej z programem gramy wydawało się zaczęcie wszystkiego od początku. Dość powiedzieć, że używane w Total podręczniki Nelson English, oparte na cambridge’owskim programie nauczania – programie, zważmy, dla uczniów, dla których angielski jest językiem ojczystym – są dla moich podopiecznych pod wieloma względami zbyt łatwe.

Dobrzy nauczyciele – którzy, czego w Polsce najwyraźniej nie przyjmuje się do wiadomości, muszą kosztować – to klucz do sukcesu edukacyjnego. Codzienne czytanie, czytanie czegokolwiek w języku angielskim, to druga jego składowa. Trójcę, którą w obliczu tego, co tu widzę i słyszę, wypada mi uznać za świętą, zamyka program zajęć komputerowych, nad którym przez pierwsze dwa tygodnie sprawowałem, można powiedzieć, pieczę.

Program składa się z dwóch modułów: Fast ForWord i Reading Mastery, z których każdy ma pięć bodajże poziomów realizowanych przez uczniów w indywidualnym tempie. Niektórzy z moich szóstoklasistów są wciąż na poziomie trzecim, niektórzy już na piątym. Wszyscy mają godzinę zegarową zajęć w laboratorium językowym dziennie. Fast ForWord to ćwiczenia skoncentrowane na słownictwie i rozumieniu tekstu pisanego. Poprzez kilka czy kilkanaście sympatycznych i przyjaznych graficznie gier komputerowych dzieciaki wtłaczają sobie do głów bardzo szeroki zakres słówek, znacząco wykraczający poza podstawowe zwroty z podstawy programowej szkolnictwa polskiego. Reading Mastery polega, w uproszczeniu, na czytaniu tekstu do mikrofonu i korygowaniu swoich błędów zgodnie ze wskazówkami programu. Pewną względną niedoskonałością programu jest to, że jest amerykański, w związku z czym nie jest zbieżny z Cambridge’owskim curriculum, którego się trzymamy na standardowych zajęciach. Trochę mi było głupio, kiedy pierwszego dnia testowałem program, żeby poczuć, o co w nim chodzi, i moje wyniki nie były specjalnie oszałamiające. Okazało się jednak, że angielski angielski Edwarda wypadł według amerykańskich kryteriów podobnie nieoszałamiająco, co przyjąłem, przyznam, z niejaką ulgą.

Główną tak naprawdę z mojej perspektywy, perspektywy nauczyciela przyzwyczajonego do odgrywania w klasie roli gwiazdy, wadą programu jest jego samowystarczalność. Kiedy zapytałem, co właściwie mam robić podczas przydzielonych mi pięciu godzin tygodniowo w Labie, gdzie nota bene oprócz mnie kręciło się cztery do pięciu nauczycielek lokalnych, powiedziano mi, że mam doglądać uczniów i odpowiadać na ewentualne pytania. Przez dwa tygodnie pytań owych pojawiło się dwa. Wydaje mi się, że sensowne wydawałoby się na przykład siedzenie z uczniami, którzy mają kłopoty z jakąś partią materiału i wspomaganie ich podczas pracy z komputerem, ale na to nie pozwalają parametry techniczne stanowisk. Na przysunięcie krzesła zwyczajnie nie ma miejsca. Ostatecznie pod koniec pierwszego tygodnia zacząłem po prostu wykorzystywać czas zajęć komputerowych na przygotowywanie regularnych zajęć lekcyjnych… Na szczęście moje superwajzowanie trwało tylko dwa tygodnie, ale o przyczynach zmiany tego stanu rzeczy – kiedy indziej.

Rozpłynąwszy się tak nad poziomem moich uczniów czuję jednocześnie, że winien jestem Wam i biednej polskiej oświacie wyjaśnienie. Pamiętajmy, że mówimy tu o poziomie uczniów wywodzących się z finansowej elity, bo tylko rodziców takich uczniów stać na opłacenie 4000 dolarów amerykańskich rocznie czesnego, choć to i tak ponoć o połowę mniej, niż liczą sobie inne yangońskie szkoły prywatne. Mimo wszystko, biorąc pod uwagę niezaprzeczalną trzecioświatowość Birmy, dysproporcja poziomów jest przerażająca.

Podsumujmy, dla jasności, mój workload. Dziesięć godzin tygodniowo regularnych zajęć plus pięć godzin leniwego laboratorium językowego. Przeliczając to na 45-minutowe godziny lekcyjne: 22,5. Czyli mniej więcej standardowy polski etat. Akurat, żeby pracować na pełnych obrotach i z pełnym zaangażowaniem. Tyle że przy polksiej pensji trzeba sobie do tego doliczyć jakieś dziesięć dodatkowych lekcji tygodniowo w szkołach językowych, żeby jakoś od biedy przeżyć do pierwszego. Tutaj, pomijając to, że kontrakt zabrania mi jakiejkolwiek pracy poza szkołą, zarabiam tyle samo dolarów, co w Polsce złotówek, więc pracować dodatkowo nie mam po prostu potrzeby. Nie wspominając o tym, że mieszkanie mam przez szkołę opłacone, rachunki mam opłacone, transport do szkoły i ze szkoły mam opłacony, śniadanie i lunch w kantynie mam opłacone, pokojówkę mam opłaconą i podróże wizowe do Tajlandii albo Malezji mam opłacone. Smutne to trochę, bo tak naprawdę chętnie bym się poświęcił pracy w ojczyźnie, no ale do diabła…

Pełna wersja tekstu dostępna na stronie michaelgluszek.blogspot.com.

Masz uwagi, pytania? Napisz do autora na adres michael.gluszek@wp.pl.

O Autorze

Michał Głuszek

Tanatopsycholog, autor reportaży i esejów, instruktor jogi, nauczyciel języka angielskiego, podróżnik. Gdańszczanin, który pół ostatniej dekady spędził między innymi w Chinach, Syrii, Indonezji, Mongolii Wewnętrznej, Birmie i Indiach. Aktualnie znów mieszka, wraz z żoną i synem, w rodzinnym mieście, dzierżąc kaganek oświaty w jednej z sopockich szkół, szkoląc się w zawodzie psychoterapeuty w nurcie psychodynamicznym, prowadząc zajęcia jogi i starając się przy tym znaleźć czas na zgłębianie klasyków literatury, podróże (ostatnio – po Kubie), pisanie – oraz zastanawianie się nad tym, jaki to wszystko ma sens.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany