W zeszłym miesiącu opowiadaliśmy Wam o pierwszym tygodniu naszej miesięcznej podróży po Stanach. Drugi tydzień tej wyprawy upłynął pod znakiem pogoni za widokami i raczej były to piękne widoki, chociaż za niektórymi musieliśmy gonić, a o inne stoczyć bój.

Ostatnio rozstaliśmy się z wami w kempingu nad Virgin River, gdzie przeżyliśmy niezwykłą noc, odludną za to pełną gwiazd i skąpaną nagłym deszczem, który ustał równie nagle jak się pojawił. Stamtąd ruszyliśmy w stronę Ziemi Obiecanej Mormonów: Parku Narodowego Zion, czyli Syjonu. Jadąc tam braliśmy pod uwagę dwie możliwości albo Mormoni przesadzili z tą biblijną symboliką, albo miejsce to jest nie z tej ziemi. Według nas właściwa jest ta druga opcja. Pośród pustyń spieczonych słońcem jakimś cudem przetrwała kraina zielona, pełna życia, różnorodna i nieziemsko piękna: Syjon.
podróż przez amerykę
Wielki Kanion jest tak wielki, że, jak opowiadał pewnie przewodnik tego parku, sam wzrok schodzi na dno siedem dni. No i trzeba przyznać, że bardzo się nie pomylił. Nam wypatrzenie w dole nitki rzeki Kolorado, która wyrzeźbiła ten kanion, zajęło 3 dni. Z Zionu wyjechaliśmy w stronę północnej krawędzi Wielkiego Kanionu, gdzie rozbiliśmy namiot dosłownie 50 metrów od przepaści. Ale to, jeszcze nie była “ta” przepaść. Wielki Kanion jest tak wielki, że mieści w sobie kilka mniejszych kanionów – taka kanionowa incepcja. Z naszego obozowiska roztaczał się widok na Kanion Bright Angel i tą okolicę obraliśmy sobie za cel wędrówek na to popołudnie, a dopiero następnego dnia rankiem mieliśmy stanąć nad Wielkim Kanionem w miejscu gdzie prezentuje się w całej okazałości. Ale kiedy rano otworzyliśmy namiot zobaczyliśmy przed sobą tylko mgłę. No, ale cóż tak też może się zdarzyć.
wielki kanion
Krawędź północną i południową dzieli w najszerszym miejscu 29 kilometrów i na tych dwóch odległych krainach panuje zupełnie inny klimat. Północna krawędź jest zimniejsza, częściej też pada tu deszcz, jest trochę bardziej… jesienna, a na południowym brzegu w tym samym czasie jest lato. Są też inne różnice, na północy jest bardziej dziko, szlaki są w dużej mierze piaszczyste, mniej zadeptane. Południe daje więcej okazji do podziwiania widoków, ale jest też bardziej zurbanizowane i zatłoczone. Widok na Kanion Bright Angel zaostrzył nam apetyt na pejzaże więc ogłosiliśmy wdrożenie planu: Wielki Kanion 2. Nadłożyliśmy około 200 km w jedną stronę i dzień w samochodzie by dogonić widok na Wielki Kanion z południowej krawędzi. I udało się.

Ale to nie koniec naszego wyścigu po widoki, wracając z południowej krawędzi Wielkiego Kanionu w kierunku miejscowości Page w Arizonie przejeżdżaliśmy obok miejsca, które nosi nazwę: Horseshoe Bend. Tu rzeka Kolorado zakręca o 270 stopni. Była godzina 18, a więc tuż przed zachodem słońca. Mieliśmy do przejścia kawałek drogi (dla mniejszych nóżek to nawet kawał), który zamienił się w wyścig ze słońcem, i który przegraliśmy. A ja do tego o mało nie skręciłam nogi. Na miejsce dotarliśmy za późno. Fotografowie zbierali już swoje statywy, turyści wracali. Złota godzina minęła. Ale po chwili słońce, już zza horyzontu, oświetlało chmury pomarańczem i purpurą. A do tego ściana stworzona ze statywów rozstawionych nad przepaścią zyskała kilka luk, przez które można było zobaczyć nieziemski widok.

W Kanionie Antylopy czekał nas również bój o widok, ale była to walka innego rodzaju. Walka z hałasem, turystami i przewodnikami. Miejsce bez porównania do jakiegokolwiek innego, cud natury, co do tego nie ma wątpliwości. Szkoda tylko, że to wyjątkowe spotkanie z kanionem o bajecznej urodzie przypomina bardziej przyspieszony kurs fotografii, do tego głośny i nerwowy. „Czy pani jest z rodziny? Nie. No to proszę się przesunąć” (- tylko że tak naprawdę nie było tam słowa proszę). Na zdjęciach to miejsce wygląda dziko, pusto i pięknie.

Te miejsca i widoki były wprost niesamowite i dobrze, że zostaną na zdjęciach i filmach, bo w pamięci z czasem pewnie trochę zbledną. Ale nigdy nie zapomnę jaki dźwięk wydobył z siebie Igor kiedy stanął na krawędzi Wielkiego Kanionu. Nie zapomnę wyrazu twarzy Grześka wpatrującego się w przepaścią przy Horseshoe Bend, ani z jakim smakiem Igor wypił puszkę Coli, którą dostał w nagrodę za samodzielne przejście dwóch szlaków w Parku Narodowym Zion.

O Autorze

Mat. Redakcyjne

Magazyn Together - Rodzinna strona Trójmiasta

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany