Niech żyją sandały, crocsy i klapki Kubota • w uznaniu przyszłych zasług, czyli będziemy expić • pierwsze, i nie ostatnie zapewne, kuszenie autora • dumni przodownicy birmańskiej myśli technicznej • Mr. Mohan z kompletem punktów • z braku białych plam na mapie

 

 

Oddział szkoły Thingangyun znajduje się w okolicy raczej biednej i nie robi z zewnątrz oszałamiającego wrażenia. Ot, wyrasta, niczym niewielki fort, ponad bujną zieleń palm i rzekę błota. Wewnątrz murów natomiast prezentuje się całkiem przyjemnie, brudnawo może nieco i trochę jakby prowizorycznie, ale jakoś swojsko. Otwarty basen natomiast jest zdeycdowanie imponujący: elegancko wykafelkowany i lazaurową tonią błyszczący. Boisko również daje radę. Ale najbardziej na świecie ucieszyło mnie, że przed wejściem do każdego z trzech głównych budynków stoją dziesiątki par butów. Niby pisał Bob, że nie muszę brać eleganckiego obuwia, ale nie uwierzyłem, dopóki nie zobaczyłem i palca nie włożyłem. Nie ma tu indonezyjskiej szopki „jesteśmy tacy megapoważni i uberprofesjonalni, że zakładamy na dziewięć godzin pracy, plus droga do i ze szkoły, eleganckie półbuty i wcale a wcale nie jest nam gorąco”. Owszem, wedle dressing codu mamy nosić długie spodnie i w miarę eleganckie koszule, ale obuć można się w sandały, crocsy czy klapki, które zdejmuje się w progu i dalej śmiga boso. Nawet więc, gdyby ktoś się obuł elegancko, tak czy inaczej rozbuwałby się w progu. Dla mnie bomba, zaraz się człowiek bardziej wakacyjnie czuje i ma więcej twórczej energii. No i bagażu znacząco mniej (bo choć nie dowierzałem, to postanowiłem zabrać ze sobą prócz sandałów tylko buty do biegania). Nie wspominając już o tym – bez sensu jest to wyrażenie, przecież właśnie o tym wspominam – że buty i tak byłyby do wyrzucenia, pewnie jeszcze przed końcem pory deszczowej.

 

[…]

 

Właśnie, zdaje się, wróciwszy z lunchu znalazłem na biurku dyplom opatrzony dwoma mało udanymi fotografiami mojej osoby zrobionymi podczas zwiedzania szkoły. Jak głosi napis, pracownicy szkoły są szczęśliwi i dumni, że mogą ze mną pracować. Jak głosi drugi napis, mają nadzieję, że pomogę im rozwijać szkołę, by osiągnęła kolejny level. Spoko, będziemy expić.
Ach, zapomniałbym. Szkolny spec od IT, zawsze warto się z tymi zuchami trzymać, podłączył mnie do internetu. Sprawa niebłaha, biorąc pod uwagę brak roamingu.

 

W drodze powrotnej ze szkoły postanowiłem przetestować trasę pod kątem możliwości pokonywania jej pieszo, testując przy tym swoją dziurawą jak tutejsze drogi orientację w terenie. Jest nieźle, trafiłem do domu, spacer zajął mi jakieś trzydzieści minut, przy czym po drodze aż dwukrotnie byłem kuszony przez szatana. Po raz pierwszy Belzebub pojawił się przy ulicznym straganiku z grillowanymi szczątkami kurczaka. Skosztuj, zdawał się powtarzać, nie zwracaj uwagi na muchy, które krążą nad ponadziewanymi na patyczki kawałkami mięsa w marynacie. Cóż rzec, jak to zwykle w tego typu opowiastkach bywa, wiedziałem, że źle czynię, ale jak już podszedłem, nie potrafiłem odejść. Zamówiłem trzy szaszłyki za pół dolara wmawiając sobie, że tak jak ciało wypala się w jogicznych asanach i tak jak umysł wypala się w pranayamie, ćwiczeniach oddechowych, tak bakterie, larwy i pasożyty wypalą się w ogniu grillowym. Baśniowym schematom tradycyjnie ulegając, dałem się jeszcze skusić na banany za 20 centów na straganie kawałek dalej. Wybrałem niby takie z niepopękaną skórką, niby jak coś da się obrać, to zwykle jest bezpieczne, ale generalnie nie skomponowałem sobie podręcznikowego posiłku dnia pierwszego. Banany w każdym razie były nieziemskie, nijak niepodobne do naszych. Soczyste, rozpłyające się w ustach, słodkie.

 

Ogień ogniem a skórka skórką, dla pewności zaraz po powrocie do Białego Domu wszystko zalałem solidnym łykiem letniej Żołądkowej Gorzkiej. Z gwinta i chyłkiem, że tak powiem, bo w hallu czekali już na mnie miejscowi technicy elektrycy. Przyszli światło naprawić. Mam konkretne déjà vu zabierając się do tej scenki, bo zawsze, ale to zawsze wygląda to tak samo. Najpierw są oględziny. Chłopaki upewniają się, że światło nie działa. Przecież mnie mogło się pomylić, jestem obcokrajowcem, więc może mi się wydawało, że nie działa, a tak naprawdę działa. Albo chciałem im zrobić żarcik. Hihi. Następnie pokazują sobie nawzajem świetlówkę i wymieniają się uwagami na jej temat, oczywiście w lokalnym narzeczu, z którego wywnioskować da radę tylko tyle, że sprawa jest poważna. Od razu dodam, że nie chodzi tu o naciągnięcie mnie na wymianę całej instalacji, bo to nie ja płacę. Oni po prostu tak mają, że wyglądają, jakby po raz pierszy w życiu widzieli światło inne niż lampa olejowa. Tak też zachowuja się, kiedy zaczynają przy nim majstrować. Wszystko ostrożnie, jakby ich ta świetlówka chciała zagryźć niczym montypajtonowski królik. Chociaż oczywiście prądu nie wyłączyli, bo po co. Wykreceją, wykręcają, zdejmują świetlówkę. Montują nową. Dalej nie działa. Wymontowują, grzebią przy kabelkach próbują znowu. Nic. Po gorącej debacie odkręcają włącznik. Grzebią, kombinują, odkręcają, przykręcają. Po mniej więcej pół godzinie patrzę tak na nich znad komputera i uświadamiam sobie, że typowie nie ten włącznik odkręcili. Pokazuję im, że ten jest do łazienki (chociaż fakt, że trochę mylące jest jego umiejscowienie w pokoju). Eureka. Prawdopodobnie wszystko było ok już na etapie pierwszego mocowania nowej świetlówki, kolesie po prostu nie tym włącznikiem pstrykali. Stwierdzam bekę…

 

Śmichy chichi jedak śmichami chichami, ale Mohan zorganizował ekipę nazajutrz po zgłoszeniu problemu. Więcej, w kuchni pojawił się w iście czarodziejski sposób zbiornik wody pitnej, którego niezbędność grzecznie mu dnia poprzedniego zasugerowałem. Potrójne hip hip hurra zatem dla Mohana, który z kompletem punktów pozostaje liderem, na tym etapie, w klasyfikacji najbardziej ogarniętych szefów ever.

 

Jedną z niedogodności związanych z faktem, że urodziłem się jakieś sto lat za późno jest praktyczny brak możliwości odkrywania białych plam na mapie świata. Z pomocą psychologowi przychodzi w obliczu tego rodzaju frustracji substytucja. Znaczy substytucja przychodzi z pomocą każdemu, ale ja mam na nią fajną nazwę, którą mogę błysnąć w ostatnim paragrafie. Bez kitu, podczas wieczornego joggingu, kiedy tak biegłem sobie w obcisłych gatkach i takiejż koszulce, obserwując przy tym reakcje tubylców, miałem nieodparte wrażenie, że nikt nigdy nie robił tu tego przede mną.

 

Pełna wersja tekstu dostępna na stronie michaelgluszek.blogspot.com.

 

Masz uwagi, pytania? Napisz do autora na adres michael.gluszek@wp.pl.

 

O Autorze

Michał Głuszek

Tanatopsycholog, reporter, nauczyciel, instruktor jogi, podróżnik. Gdańszczanin, ktory ostatnich kilka lat życia marnował między innymi w Chinach, Syrii, Indonezji i Mongolii Wewnętrznej. Od kilku miesięcy, wraz z żoną i synem, mieszka w Birmie. Dumnie dzierży kaganek oświaty w jednej z yangońskich szkół, zgłębia, ze zmiennym powodzeniem, tajniki jogi, włóczy się po okolicy, czyta ponure książki, zastanawia się nad tym, jaki to wszystko ma sens i – jakkolwiek niedorzeczne by to nie było – o wszystkim tym pisze.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany