O działalności Fundacji Wspólnota Gdańska, zbliżającym się święcie dzielnicy VIVA OLIVA, akcji „Skarby Oliwian” oraz idei łączenia sił, aby wspólnie robić coś dobrego – z Andrzejem Stelmasiewiczem, prezesem zarządu Fundacji Wspólnota Gdańska, rozmawia Urszula Abucewicz.

Ruszają Gdańskie Dni Sąsiadów 2016. Spotkania, festyny, święta ulicy i pikniki będą się odbywały w różnych dzielnicach do 30 czerwca. Jednym ze współorganizatorów tego wydarzenia jest Fundacja Wspólnota Gdańska.

Tak, to prawda. Fundacja Wspólnota Gdańska jest współorganizatorem Gdańskich Dni Sąsiadów, wspólnie z Instytutem Kultury Miejskiej oraz innymi agendami miejskimi. Podkreślam ten fakt, ponieważ jest to dobry przykład, że miasto i organizacja pozarządowa, zupełnie od tego miasta niezależna, mogą zebrać siły i wspólnie zrobić coś dobrego.

Od lat tworzy Pan Fundację Wspólnota Gdańska, która podejmuje wiele ciekawych działań i inicjatyw. Jednym z nich jest VIVA OLIVA, czyli święto dzielnicy, które odbędzie się 11 czerwca.

Święto dzielnicy VIVA OLIVA zapoczątkowaliśmy kilka lat temu. Jego idea polega na tym, żeby integrować mieszkańców dzielnicy. Zapraszamy oliwian do współpracy, aby pokazali to, co mają najlepszego. W każdej edycji VIVA OLIVA bierze udział kilkudziesięciu partnerów. Są wśród nich właściwie wszystkie placówki edukacyjne, od przedszkola do liceum, szpital marynarki wojennej, przychodnia weterynaryjna, a także artyści, rzemieślnicy, lokalni gastronomicy. Ich wszystkich zapraszamy i oferujemy możliwość prezentacji indywidualnej jako części prezentacji całodzielnicowej na Placu Inwalidów Wojennych, naprzeciwko wejścia do Parku Oliwskiego. Tutaj stawiamy kilkadziesiąt namiotów i w każdym z nich mieści się jakaś instytucja bądź placówka. Oprócz tego zaplanowaliśmy specjalną strefę gastronomiczną, w której oliwscy gastronomicy zaprezentują swoje popisowe dania. Oprócz tego Święto Oliwy to Korowód Oliwski. Mieszkańcy dzielnicy pod własnymi sztandarami wędrują ulicami swojej dzielnicy. Korowód zaczyna się na Placu Inwalidów Wojennych, a potem (i jednocześnie dziękuję wszystkim osobom zajmującym się transportem miejskim i drogami oraz bezpieczeństwem, że nam na to pozwalają) pójdziemy ulicami Kaprów, Wita Stwosza, chodnikiem wzdłuż Grunwaldzkiej, Opata Jacka Rybińskiego i wracamy na Plac Inwalidów. Nie jest to może wielki pochód, ale buduje poczucie wspólnoty. Każdy, choć pod własnym sztandarem, idzie we wspólnym pochodzie, a nie osobno.

Fundacja Wspólnota Gdańska jest również pomysłodawcą ciekawej akcji „Skarby Oliwian”, która cieszy się bardzo dużym zainteresowaniem…

Rzeczywiście, choć jestem niepohamowany w swoich marzeniach i chciałbym, żeby jeszcze więcej ludzi przynosiło do nas swoje pamiątki. Nie odkryliśmy żadnej Ameryki – tego typu inicjatywy są podejmowane wszędzie na świecie, ale w Oliwie akurat nikt na to nie wpadł. Prosimy mieszkańców Oliwy – bądź osób, które kiedyś były związane z Oliwą – żeby dzieliły się z nami swoimi skarbami, rodzinnymi pamiątkami, przy czym, co bardzo podkreślam, my ich nie bierzemy, tylko je fotografujemy. Zatem bardzo prosimy osoby, które mają skarby związane z Oliwą, aby podzieliły się z nami swoimi pamiątkami, ale także historią. Nie liczy się zdjęcie bez opowiedzianej historii. To jest bardzo ważne. Bo pamiątka bez historii jest ważna tylko dla jej właściciela, natomiast historia – może stać się wartością dla wielu innych osób, które utożsamiają się z dzielnicą. To jest właśnie budowanie osobistej, a nie pompatycznej, pomnikowej historii dzielnicy.

I co dalej się dzieje z tymi zdjęciami i historiami?

My te opowieści zbieramy, opracowujemy redakcyjnie, technicznie i umieszczamy na stronie internetowej VIVA OLIWA. Tam są wszystkie umieszczone historie, ale oprócz tego co jakiś czas wydajemy książkę pt. „Skarby Oliwian”. Pierwszy tom mamy już za sobą. Premiera odbyła się 23 kwietnia, podczas plenerowego świętowania Oliwskiego Święta Książki. Teraz trwa drugi etap – do 10 czerwca; znowu zbieramy pamiątki, podkreślając, że ich zbieranie polega na fotografowaniu. I na Święcie Oliwy chcielibyśmy tę akcję podsumować, choćby słownie, bo nie będzie czasu, żeby wszystko opracować. Jednocześnie rozpocznie się trzeci etap. Do końca roku chcemy wydać drugą książkę, w której zawarte będą te skarby. I potem będzie kolejny etap, i kolejny, tyle że dzielony na te okresy, bo jeżeli się jakiś projekt uruchamia, który trwa bez żadnych wykrzykników (rok, dwa czy 15 lat), to się po prostu nudzi. A nam bardzo zależy, by nie było nudy, ale też na tym, aby osoby, które podzieliły się z nami swoimi skarbami, pokazać publicznie – tak też było 23 kwietnia 2016 roku. To była piękna uroczystość. Byli niemal wszyscy ofiarodawcy pamiątek – każdy z nich dostał pięć książek, żeby miał nie tylko dla siebie, ale też i dla innych. Była wystawa w Galerii Sztuki Warzywniak, ale również w innych punktach Oliwy, między innymi w restauracji Classic i Kafe Delfin – tych miejsc było więcej. Nie tylko ludzie odwiedzający Galerię Warzywniak mogli je oglądać, ale także i ci, którzy chodzili po oliwskich ulicach.

Jest Pan przedsiębiorcą, a stworzył Pan Fundację i cały czas ją rozwija. Co Panu daje tego typu działalność?

My, dzieci komunizmu, w końcu urodziłem się w 1954 roku, byliśmy żywieni cały czas wielkimi ideami, że żyje się po coś. Mam porządny życiorys – stałem tam, gdzie trzeba – ale przesiąknąłem tym sposobem myślenia. To jest jedna przyczyna. A druga? Może obserwacja świata, próba analizy, refleksji i zrozumienia? I stąd ta moja refleksja, że dążenie do własnego, prywatnego szczęścia, bez zwracania uwagi na ludzi wokół, wydaje mi się niezrozumiałe i nieefektywne. Jeśli się przyjrzeć rzeczywistości, to można zauważyć, że indywidualnie ludzie osiągają małe sukcesiki, ale dopiero gdy stworzą większą grupę, osiągają sukcesy. Jestem zdania, że lepiej mieć 1% od wielkiego sukcesu niż 100% od jakiegoś malutkiego. To jest dla wielu ludzi problem, ponieważ wielu z nas woli mieć 100% od malutkiego, ale własnego – w ten sposób się dowartościowują. Ja nie mam z tym problemu.

Przez większość swojego życia byłem normalnym, narzekającym, krytykującym wszystko Polakiem, ale w 2005 roku stwierdziłem, że nie chce mi się już więcej narzekać i pomyślałem „Stelmasiewicz, skoro jesteś taki mądry i krytykujesz innych, to zrób coś lepiej”. I tak to się zaczęło. A gdy próbowałem zrobić lepiej, okazało się, że krytykowanie jest bardzo proste, zwłaszcza gdy nie ponosi się za to żadnej odpowiedzialności. Natomiast zbudowanie czegoś… To wymaga ciężkiej, naprawdę ciężkiej pracy. Bo gdy mówimy o jakimś wydarzeniu kulturalnym, sportowym czy artystycznym, to widzimy sam czubek góry lodowej. Dostrzegamy samo święto, natomiast nie widzimy całej pracy, która jest potrzebna po to, aby doszło do realizacji tego wydarzenia. Dopiero kiedy zaczynasz i próbujesz coś zrobić, wtedy się przekonujesz, że sprawy wcale nie są tak łatwe jak się wydają, szczególnie gdy zależy ci na tym, żeby współpracować z innymi ludźmi. Bardzo często mówię, że zbudowanie najwyższego budynku świata czy najdłuższej autostrady to jest banał, w porównaniu ze zbudowaniem wspólnoty ludzi.

Dlaczego to jest takie ważne dla Pana?

System komunistyczny, ale również system faszystowski i inne totalitaryzmy, starały się ludzi ujednolicić, żeby wszyscy byli tacy sami. Na szczęście, oba te systemy mamy już za sobą. I teraz to wahadło przesunęło się w drugą stronę. Bardzo była podkreślana wyjątkowość i indywidualność każdej osoby, każdego człowieka – mam już swoje lata, jestem wolny od wszelkich ekstremizmów i zgodnie z grecką zasadą złotego środka, widzę, że racja jest rzeczywiście gdzieś pośrodku. Powinniśmy dbać o własną podmiotowość. Każdy człowiek – duży, mały – powinien uczyć się szanowania innych ludzi. Ale jednocześnie powinien budować wspólnotę bazującą na wspólnych wartościach, otwartą na współpracy z innymi wspólnotami: narodowymi, religijnymi, światopoglądowymi.

Wiadomo, że mała organizacja pozarządowa nie zbawi świata. Ale nie o to tu chodzi, żeby każdy zbawiał świat. Można coś zrobić na własnej ulicy, na własnej klatce schodowej – to też jest wielką wartością. Często mówię, że Wspólnota Gdańska nie zbawia świata, ale jest tym ziarenkiem piasku na plaży, których są miliardy. Wydaje się, że to pojedyncze ziarenko jest bez znaczenia; może i tak, pojedyncze może i nie nic nie znaczy. Ale pięć, dziesięć, milion ziarenek – to co innego. Ten milion składa się z pojedynczych ziarenek, dlatego pielęgnuję to moje ziarenko i staram się zostawić po sobie jakiś ślad.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Urszula Abucewicz

Podobne

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany