Oczywiście mogłem pojechać taksówką. Alternatywnie autobusem, gdyby udało mi się wydedukować gdzie i jak się go łapie, jak się za niego płaci i gdzie właściwie wysiąść. Ale pierwsza wycieczka dokądkolwiek, nawet wyjątkowo nudnymi ulicami wyjątkowo nudnego miasta, ma to do siebie, że na swój sposób zchwyca na każdym dosłownie kroku. Każdy mijany mieszkaniec jest wart uwagi, każdy sklepik czy jadłodajnia warta odwiedzenia, czy choćby rzutu okiem. Nie ma zresztą co wymieniać, na tym etapie chłonie się dosłownie wszystko. Każdym zmysłem, przez cały czas. Pierwsze dni, może nawet pierwsze tygodnie pobytu w nowym miejscu są też pięknym czasem emigranckiego miesiąca miodowego, czasem, kiedy umysł jest w fazie porządkowania rzeczywistości, dopiero tworzy ramy, w których będzie mógł sprawnie funkcjonować, tworzy stereotypy. Po jakimś czasie wszystko powszednieje, chcąc nie chcąc przestaje się zwracać uwagę na wszystkie te magiczne drobiazgi.

 

W drogę więc, nie traćmy czasu na filozofowanie. Analiza mapy wykazała, że konsekwentne poruszanie się w kierunku południowym, a na ewentualnych rozdrożach nie dających takiej możliwości wybieranie dróg prowadzących na południowy-zachód lub zachód, powinno, po jakichś siedmiu kilometrach, doprowadzić mnie w okolice China Town w Lanmadaw. W obliczu tego planu, i w obliczu braku obdarzonej supermocą orientacji w terenie małżonki u boku, potrzebowałem kompasu. Na szczęście znam siebie i swoje ułomności nie od dziś, kompas więc na nowo odkrywanych terenach, nawet zurbanizowanych, noszę ze sobą praktycznie zawsze.

 

Droga zdawała się wciąż prowadzić przez przedmieścia. Ma to dla poszukującego strawy niebanalne konsekwencje dwojakiego rodzaju, związanego z dwoma podstawowymi typami przedmieść. Mamy zatem przedmieścia typu sypialnianego. Po obu stronach drogi ciągną się pustawe osiedla mieszkalne, które zapewne mają swoje jadłodajnie, ale by do nich dotrzeć, należałoby zboczyć z obranej trasy, czego nie chciałem robić. Drugi typ przedmieść to brudne i zatłoczone skupiska maleńkich sklepików, straganików i herbaciarni, jakby wioski w mieście. Da się tam zjeść, ale raczej nie ma co liczyć na przytulną knajpkę oferującą nie tylko dobre jedzenie, ale i, jakże ważne na tym etapie, menu w języku angielskim lub z obrazkami. No i spokojne miejsce, by nacieszyć się miejscowymi przysmakami. Postanowiłem z konkretnym posiłkiem poczekać, a w międzyczasie znów wystawić na próbę swoje wnętrzności i spróbować przekąsek ze straganów. Wybierałem, trudno ukryć, trochę na chybił trafił, miejscowy Dionizos był jednak dla mnie wyjątkowo łaskawy. Najpierw skosztowałem czegoś, co okazało się być bananem w cieście. Następnie, na innym straganie, kupiłem coś pomiędzy naleśnikiem a omletem, coś trochę przesadnie nasiąkniętego olejem, który sprzedawca pociął nożyczkami na kawałki, wrzucił do foliowej torebki i wręczył mi razem z wykałaczką. Na koniec skusiłem się na sajgonki. Żadna z przekąsek nie kosztowała więcej niż parędziesiąt groszy za porcję, a dzięki nim mogłem wreszcie nieco trzeźwiej spojrzeć na miasto, przez które maszerowałem.

 

Parę lat temu zakazano poruszania się po Yangonie motorami i skuterami. Ponoć to wina jakiegoś cyklisty, który bezczelnie rozbił się o limuzynę jednego z generałów czy innego rządowego vipa. Nie mam pojęcia, co stało się ze wszystkimi jednośladami silnikowymi, fakt faktem jednak, że zakaz najwyraźniej jest egzekwowany. Dziwne pod tym względem wrażenie robi Yangon na tle innych miast azjatyckich, jezdnie i pobocza wydają się jakby mniej zatłoczone, rzadziej też kierowcy samochodów używają klaksonów, podstawowego azjatyckiego środka komunikacji pośród użytkowników dróg.
A skoro przy drogach jesteśmy – na samej drodze nawet, bo chodniki są tu podobnie niepopularne jak w starej dobrej Jakarcie – warto poświęcić moment organizacji ruchu. O prowadzeniu pojazdów z kierownicą po prawej stronie po prawej stronie drogi już było. Teraz więc o znakach drogowych. Znaków drogowych nie ma. Teraz o sygnalizacji świetlnej. Widziałem kilka dosłownie sygnalizatorów, na największych skrzyżowaniach. To teraz o oświetleniu dróg. Oświetlenia dróg prawie nie ma. Gdybyście lecieli kiedyś, jak mnie wypadło, z Bangkoku do Yangonu wieczorową porą, wyjrzyjcie przez okienko podczas startu i podczas lądowania. Bangkok emanuje typową metropolitalną łuną tysięcy świateł wszelakiego rodzaju. Podczas lądowania w Yangonie – to nie norweski Torp 120 kilometrów od Oslo, lotnisko jest praktycznie w mieście – ma się wrażenie, że coś się musiało popsuć i ląduje się awaryjnie w środku dżungli… No to na koniec o przejściach dla pieszych. Żart. W Downtown, jak określa się tu z amerykańska centrum, pewno są, ale nie ma ich, bez względu na poziom ruchu pieszego, który bywa bardzo wysoki, na tych kilku kilometrach, które dzielą ów Downtown od Thingangyun, mojej dzielnicy. Żeby przejść przez ulicę należy, jak w starych grach komputerowych, pokonywać po jednym pasie na raz, uważając by nie rozjechała nas kawalkada samochodów, autobusów i ciężarówek przed nami i za nami. Można też, alternatywnie, poczekać, aż droga się zakorkuje, najłatwiej o to w okolicach skrzyżowań, i sprawnie przemknąć pomiędzy stojącymi pojazdami. Koncept pierwszeństwa pieszego na drodze nie tylko nie jest w Yangonie – ani zresztą w żadnym innym miejscu w Azji, w którym byłem, może poza Hongkongiem – uznawany, ten koncept po prostu nie istnieje w tutejszej świadomości. Jest tak niedorzeczny, że jest nie tylko nie do pojęcia, ale w ogóle nie do wyobrażenia sobie w najbardziej wykręconych narkotycznych wizjach. Jesteś pieszo, ja jestem samochodem, jeśli dojdzie do kolizji, ty ucierpisz bardziej, więc się orientuj, tyle. Ja jestem ciężarówką, ty samochodem, więc, rozumując w ten sam sposób, to ty musisz uważać. No, chyba że jesteś lokalnym watażką. Wtedy, jeśli przeżyjesz i będziesz w stanie o tym opowiedzieć, możesz banować cały ruch uliczny w Yangonie.

 

 

Pełna wersja tekstu dostępna na stronie michaelgluszek.blogspot.com.

Masz uwagi, pytania? Napisz do autora na adres michael.gluszek@wp.pl.

O Autorze

Michał Głuszek

Tanatopsycholog, reporter, nauczyciel, instruktor jogi, podróżnik. Gdańszczanin, ktory ostatnich kilka lat życia marnował między innymi w Chinach, Syrii, Indonezji i Mongolii Wewnętrznej. Od kilku miesięcy, wraz z żoną i synem, mieszka w Birmie. Dumnie dzierży kaganek oświaty w jednej z yangońskich szkół, zgłębia, ze zmiennym powodzeniem, tajniki jogi, włóczy się po okolicy, czyta ponure książki, zastanawia się nad tym, jaki to wszystko ma sens i – jakkolwiek niedorzeczne by to nie było – o wszystkim tym pisze.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany