Od 2017 roku będzie obowiązywała ośmioletnia szkoła powszechna, czteroletnie liceum oraz szkoła branżowa, zamiast szkoły zawodowej. O reformie polskiej edukacji rozmawiamy z Pomorską Kurator Oświaty – Moniką Kończyk.

Wielu rodziców odetchnęło, że nie musi swojego sześcioletniego dziecka posyłać do I klasy…

Rzeczywiście, po ogłoszeniu, że sześciolatki nie są zobligowane do pójścia do szkoły, większość rodziców albo nie posłała swoich dzieci do szkoły, czyli zdecydowała się na pozostawienie ich w przedszkolu, albo zostawiła je w I klasie, aby kontynuowały rok. W jednej ze szkół prywatnych, w której duży wpływ na szkołę mają rodzice, aż 98% z nich podjęło decyzję o pozostawieniu dzieci w I klasie. To świadczy o tym, że nie powinniśmy niczego narzucać rodzicom, jeśli chodzi o rozpoczęcie nauki przez ich dzieci.

A jeśli jednak rodzic stwierdza, że jego dziecko jest emocjonalnie gotowe na podjęcie nauki w I klasie w wieku sześciu lat?

Rodzic ma wybór, czy posłać sześciolatka do I klasy, czy do zerówki. To jest jego decyzja i nie ma tu nakazu pozostawienia dziecka w przedszkolu czy posłania go do szkoły. Może też sam zdecydować, czy pięciolatek pójdzie do zerówki, czy też będzie w dalszym ciągu kontynuować wychowanie przedszkolne. To jest moim zdaniem bardzo dobre, że rodzic, który jest odpowiedzialny za swoje dziecko, ma prawo zdecydować, w jakim charakterze i w jakim kształcie jego pociecha rozpocznie naukę.

Nowa podstawa programowa dla zerówek zakłada, że sześciolatki nauczą się czytać. A do pisania się przygotują.

W nowej, zmienionej podstawie programowej dla kształcenia wczesnoszkolnego duży nacisk położono na umiejętność posługiwania się cyframi i literami. Ma to być powolne wchodzenie w naukę liczenia, czyli zaznajomienie z cyframi oraz składanie liter, czyli nauka czytania.

Nacisk na naukę czytania kładziemy również w klasach I–III. Jest to bardzo ważne, ponieważ dzieci przestają czytać. Technologia cyfrowa zbyt mocno wkracza w nasze życie codzienne, w związku z tym dzieci wolą słuchać niż czytać. Rozwijanie czytelnictwa u dzieci i młodzieży to priorytet – i myślę, że bardzo dobry pomysł.

img_0277

Ma powstać sieć bibliotek wiejskich?

Nie tylko. Będziemy także realizować programy popularyzujące czytelnictwo w naszym kraju. Mamy już Narodowy Program Czytelnictwa, ale będą także projekty „Czytamy w szkole”, „Książka w każdym domu”. To są ważne zadania, ponieważ badania międzynarodowe pokazują, że osoby dorosłe, nie tylko dzieci i młodzież, mają z tym duży problem.

Właściwie po co ta reforma oświaty?

Opracowując reformę, Ministerstwo Edukacji Narodowej wzięło pod uwagę to, co mówią rodzice. Obowiązek, czy wręcz prawny nakaz puszczenia dziecka do szkoły, był moim zdaniem złamaniem współpracy państwa z rodzicami.

Pracując nad reformą oświaty, pomyślano o innej kwestii – szkoła powinna nauczać i wychowywać wspólnie z rodzicami, a także tak uczyć, żeby nie pogubić zdolnych uczniów. Edukację podzielono na etapy: I–VIII z nauczaniem wczesnoszkolnym, czteroletnie liceum oraz pięcioletnie technikum. Wprowadzamy także tzw. szkołę branżową.

Reforma edukacji będzie trwała sześć lat. To nie jest tak, że już jutro wejdzie Pani do nowego budynku, z nową podstawą, z nowymi podręcznikami, z nowymi uczniami i nowymi nauczycielami – cały ten proces będzie się odbywał krocząco, powoli.

Po kolei. Etap I–III zostaje wydłużony o jeden rok. Dlaczego?

Ważną rolę w tym pierwszym etapie szkolnym odgrywa wychowawca. On zna mocne i słabe strony swoich wychowanków. To przy nim dzieci się rozwijają i to on – jako opiekun i współwychowawca – może wprowadzić uczniów w kolejny etap edukacyjny, w którym pojawią się nowe przedmioty i nowi nauczyciele (w IV klasie). Będzie to łagodne wejście do szkoły, a nie drastyczny skok.

Nasze polskie dzieci są bardzo mądre, bardzo dobrze rozwinięte. I moi koledzy z innych krajów europejskich, do których z różnych względów trafiły nasze dzieci, mówią: „Wasze polskie dzieci są cudowne!” Tak, to prawda. Mamy cudowne dzieciaki, tylko musimy je bardzo dobrze przygotować do tego pierwszego etapu zderzenia ze szkołą. Bo on jest najważniejszy. Nauczyciel w tych pierwszych latach nauki jest najważniejszym ogniwem, które buduje później całą świadomość szkolną ucznia. I jeżeli tutaj zostaną jakieś luki, to będą się one tylko pogłębiały.

Szkoła powinna uczyć, jak zdobywać wiedzę przy pomocy nauczyciela, który powinien być mentorem.

I szykuje się też zmiana nazwy. Nie będzie szkoły podstawowej i gimnazjum, a za to będzie szkoła powszechna.

System fiński, który jest uznany za jeden z najlepszych systemów oświatowych na świecie, też ma ośmioletnią szkołę powszechną i również zapewnia dziecku opiekę przez dłuższy czas. Fińscy eksperci zauważają zalety etapowego, powolnego wejścia do szkoły.

Kolejne zmiany dotyczą przedmiotów. Nie będzie, na przykład, przyrody.

Przerabiałam przyrodę ze swoim synem, więc mogę powiedzieć, że przedmiot ten – jako połączenie przedmiotów ścisłych (fizyka, chemia, geografia i biologia) w jedną całość – sprawiał, iż uczeń, który kończył VI klasę, miał papkę informacyjną. Mówię to z perspektywy doświadczonego nauczyciela, który uczył w różnych typach szkół – i w szkole podstawowej, i w gimnazjum, i w liceum; widziałam, jak ta wiedza się dewaluuje.

Ma być również zwiększona liczba godzin historii?

Prowadziłam duży projekt światowy – „Drogi do wolności”. Był on skierowany do szkół wyższego etapu. Rozmawiałam wówczas z nauczycielami, którzy mówili, że polski uczeń nie zna historii lat 80.

Wprowadzenie godzin historii ma polegać przede wszystkim na budowaniu świadomości historycznej, tej najbliższej. Będą, na przykład, realizowane ścieżki historyczne (i wiem, że na pewno już we wrześniu), czyli tzw. żywe lekcje historii w terenie. Nie chodzi tu o zamazywanie historii. Projekt ten ma nas zbliżyć do czasów, które jeszcze są. Przecież my w swoich rodzinach często nie wiemy, co robił nasz dziadek bądź pradziadek.

Uczniowie w małej miejscowości, w ramach projektu, o którym mówiłam, szukali tzw. lokalnego bohatera z lat 80. Początkowo nikogo nie mogli znaleźć, ale gdy zaczęli szukać, okazało się, że mieszka w tej miejscowości jeden pan – nikt właściwie nic o nim nie wiedział, a okazało się, że ten starszy człowiek jest na liście represjonowanych. Najpierw nie chciał z nimi rozmawiać, ale w końcu się zgodził. Okazało się, że jako student został aresztowany podczas rozrzucania ulotek, współpracował nawet z drukarnią podziemną. Został aresztowany i pobity. Nagle młodzież uświadomiła sobie, że ten sąsiad jest bohaterem.

I teraz mam prośbę do rodziców, którzy przeczytają ten wywiad: zapytajcie swoją córkę czy swojego syna, kim jest dla nich bohater. Zapewne mama czy tata usłyszy, że to piosenkarz, piłkarz bądź inny celebryta, ale na pewno nikt z rodziny. A przecież historię mamy w domu. Dlaczego nie zbliżyć pokoleń, nauczając nowoczesnej historii?

W szkole będzie więcej godzin historii, ale też pojawią się ścieżki historyczne oraz tzw. historia mówiona, czyli uczniowie będą nagrywać opowieści i wspomnienia swoich dziadków.

W Gdańsku zlikwidowanych zostanie 46 gimnazjów: w tych placówkach 951 pracowników administracji i obsługi, w sumie 838 etatów, oraz 3405 nauczycieli w wymiarze 1249 etatów. Te zmiany oznaczają także zwolnienie 46 dyrektorów” – to słowa zastępcy prezydenta miasta, Piotra Kowalczuka, opublikowane na Facebooku. Inni eksperci zwracają uwagę, że na budowę gimnazjów wzięto kredyty, które wciąż trzeba spłacać…

Najpierw odpowiem tym osobom, które mówią o likwidacji budynków, etatów i miejsc pracy. Będąc fachowcem, każdy dyrektor powinien odpowiedzieć na pytanie – „od czego zależą etaty nauczycieli?”. Zapewne dyrektor mi odpowie, że od liczby uczniów, czyli dzieci i młodzieży, od tego, czy klasy są podzielone na grupy, czy nie, i od tego, ile jest godzin danego przedmiotu w programie nauczania.

To ja bardzo przepraszam – jeśli chcemy likwidować tę liczbę budynków czy etatów, to znaczy, że dzieci nagle wyjadą? Nie będzie ich? Nagle te dzieci, które są w systemie, wyparują? Nie, one będą. Natomiast istnieje problem demograficzny, o czym wie każdy „oświatowiec”.

Nie rozumiem alarmu, który nie jest istotą sprawy. Na czym bardziej zależy rodzicom? Czy na tym, żeby nazywać szkołę: „podstawowa”, „gimnazjum”, „liceum”, czy żeby dziecko otrzymało dobrą edukację? Dzieciom jest obojętne, czy będą chodziły do budynku nazwanego „gimnazjum”, czy „szkoła powszechna”. Ważne, aby się uczyły w dobrych warunkach i uzyskały wysokojakościową edukację, o którą tak bardzo walczymy.

img_0283

Jak zostaną zagospodarowane budynki po gimnazjach?

To wszystko zależy od organu prowadzącego – od tego, jak będzie chciał kształtować swoją sieć szkół. Już dzisiaj wiemy, że są gimnazja, które nie mają naboru.

Jeśli chodzi o budynki, ze statystyki wynika, że większość szkół podstawowych jest połączonych z gimnazjami. Albo tworzą jedną całość, albo są w jednym budynku, albo – i, proszę mi wierzyć, są takie przykłady – klasy I–III są w jednym budynku, a IV–VI – już w budynku gimnazjalnym, rozpoczęto zatem reformę bez reformy.

Przy analizie gmin wiejskich: 19% szkół podstawowych już jest w jednym budynku z gimnazjami. Aż 34% wszystkich szkół podstawowych funkcjonuje w zespołach, ale są też szkoły podstawowe, które funkcjonują jako samodzielne. W 27% układ szkół składa się z jednego gimnazjum oraz od jednej do czterech szkół podstawowych. Ze statystyk tych wynika, że właściwie ponad 50% placówek jest już w jakimś zespole, w określonym układzie. A minister jasno mówi, że będą przekształcenia szkół, nie ich likwidacja.

Rozmawiałam z wieloma przedstawicielami zarówno gmin wiejskich, jak i powiatów, którzy realistycznie podchodzą do sprawy i twierdzą, że są w stanie kształtować swoją politykę zarówno budynków, czyli infrastruktury, jak i kadrową w oparciu o nowe założenia.

Na początku narzekano na gimnazja, ale teraz już się do nich przyzwyczajono. Skąd właściwie pomysł na ich likwidację?

My patrzymy na gimnazja przez pryzmat wyjątkowych, zdolnych dzieci, a przecież mamy zróżnicowane szkoły tego typu. W jednej placówce skupiają się młodzi ludzie z wybitnymi osiągnięciami widocznymi na testach, ale są też inne szkoły, do których chodzą również superdzieciaki, które może nie mają 100% na wynikach końcowych, ale są utalentowane i kreatywne, choć nie są najlepszymi uczniami. Dla nich to gimnazjum wcale nie musi być taką sielanką. Słyszałam też opinie, że dla uczniów mniej zdolnych – ale nie najgorszych! – gimnazjum było czasem wegetacji, takim przeczekaniem, żeby w liceum móc wybrać sobie właściwą drogę.

Myślę, że w szkole ważna jest podstawa programowa, ale też współpraca pedagoga i psychologa z rodzicem, a ponadto gdy uczeń będzie od zerówki do VIII klasy w znanym otoczeniu, będzie się czuł lepiej. Rozmawiałam z uczniem, który chodził do gimnazjum razem ze szkołą podstawową; na moje pytanie, która szkoła mu się bardziej podobała, odparł, że nie widzi różnicy. Dlaczego? „Bo już wszystkich znałem, miałem przyjaciół, nauczyciele znali moje mocne i słabe strony, więc nie musiałem się przebijać ani niczego udowadniać”.

Jako rodzice zadajmy sobie pytanie: „Czy ważna jest dla mnie nazwa szkoły, do której chodzi moje dziecko, czy raczej to, żeby moja córka uczyła się w bezpiecznej szkole, z zaangażowanymi nauczycielami, z dobrym programem nauczania, z dokształconymi nauczycielami?”. Bo ministerstwo ma przeznaczać więcej środków na dokształcanie nauczycieli. Czy chcemy, że nasze dzieci były być bezpieczne, nauczone i współwychowywane? Czy interesuje nas nazwa, czy raczej zawartość? Książka czy okładka?

A co z zatrudnieniem? Czy nauczyciele gimnazjów będą mogli przejść do liceów?

Tak, jest taka możliwość. Nauczyciel, który posiada wyższe wykształcenie z tytułem magistra oraz z przygotowaniem pedagogicznym jest w pełni wykwalifikowany, żeby znaleźć się w każdym miejscu w systemie. Może podjąć pracę zarówno w szkołach podstawowych, jak i liceach.

Wraz z reformą edukacji przyjdą nowe ramowe programy nauczania, tzw. siatki godzin, pewne etapy kształcenia zostaną wydłużone, np. w technikum, liceum, pojawia się szkoła branżowa z maturą. Trzeba podejść do tego zagadnienia z rozwagą.

Dlaczego reforma dotknęła również etap ponadgimnazjalny?

Okres 2,5 roku kształcenia w liceum jest zbyt krótki, by uczniowie mogli dobrze się przygotować do matury. A zdawalność egzaminu dojrzałości na 30% jest po prostu śmieszna. Uważam, że teraz każdy, bez zbytniego przygotowania, może zdać egzamin choćby z matematyki na 30 procent. Żeby dostać się na medycynę, trzeba mieć 100 procent. To o czymś świadczy. Dlatego czteroletnie liceum, które w pełni przygotowuje do studiów, jest koniecznością.

Przepraszam, że to powiem, ale dzisiaj kształcimy analfabetów życiowych, którzy ani nie znają geografii, ani historii współczesnej. Dzisiaj przeczytanie lektury jest sukcesem, bo uczeń ma znać fragmenty. To tak jakby powiedzieć lekarzowi, żeby znał fragmenty budowy ludzkiego ciała.

Pomysłem nowego rządu są również szkoły branżowe.

Szkoła branżowa ma przygotować ucznia do pracy z jedną lub dwoma kwalifikacjami. Tak naprawdę chodzi nam tu o zmianę sposobu myślenia, o zmianę mentalności. Szkoła zawodowa kojarzy się wielu ludziom negatywnie, a przecież uczniowie, którzy zdobywają jedną lub dwie zawodowe kwalifikacje, to są naprawdę fachowcy, których potrzebujemy. Dzisiaj firmy zabiegają o dobrego pracownika. Ale poza zdobyciem kwalifikacji, uczniowie będą mieli również możliwość podejścia do tzw. matury zawodowej, która będzie umożliwiała zdobycie wyższego wykształcenia zawodowego. Czy podejmą takie wyzwanie? Nie wiadomo.

Czy to będzie oznaczać, że będą również mogli uzyskać tytuł magistra?

Nie znamy jeszcze ustawy czy rozporządzenia. Jestem przekonana, że będzie taka możliwość, tak jak teraz. Dzisiaj uczniowie szkół zawodowych podchodzą do matury w liceum dla dorosłych. A w przyszłości – albo podejdą do matury powszechnej eksternistycznie, albo uczęszczając do liceum dla dorosłych.

Uczeń, który podejmuje naukę w szkole branżowej, stawia na zdobycie zawodu, a jeżeli do tego uzyska wykształcenie wyższe zawodowe, to jest fachowcem. I obserwując współczesną młodzież, można powiedzieć, że dla wielu tytuł inżyniera jest etapem końcowym, ponieważ chcą pracować i mają superfach w ręku.

Podobny system funkcjonuje w Niemczech i Austrii, więc to nie jest tak, że nagle sobie coś takiego wymyśliliśmy.

Co z weryfikacją wiedzy w nowych szkołach? Co z egzaminami i testami?

Nie będzie egzaminów po klasie VI. Jest przygotowywany projekt rozporządzenia (trwają teraz konsultacje społeczne) dotyczący nowych zasad rekrutacji. Powinna być też wzmocniona matura, która ma mieć swoją wartość.

Zostanie zwiększony pułap zdawalności?

Myślę, że zadania będą bardziej wystandaryzowane, żeby co roku były na równym poziomie, bo mówi się, że jednego roku chemia jest trudniejsza, a następnego – biologia. Ponadto, co ważne, uczniowie już mogą zajrzeć do swoich prac i je sfotografować. Tego nigdy nie było. Będzie także kolegium arbitrażowe, do którego będzie można się odwołać. To też podniesie wartość matury.

Testowanie i egzaminowanie naprawdę nie świadczy o wiedzy i umiejętnościach, natomiast jest planowana diagnoza kompetencji po VIII klasie, która wskaże, na jakim etapie umiejętności i rozwoju jest dany uczeń. Zdecydowanie odchodzimy od testowania. Nacisk ma być położony na to, żeby szkoła była bezpieczna, by miała klimat uczenia się, w której uczniowie czują się dobrze. Odnoszę wrażenie, że obecnie testowanie zastąpiło nauczanie. Czas to zmienić.

Rozmawiała: Urszula Abucewicz

Podobne

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany