Do końca życia doczesnego – oraz życia po życiu – nie zapomnę rozczarowania, poczucia, że zostałam oszukana i niedoinformowana w kwestii macierzyństwa. Takie uczucia zmiażdżyły mnie jak walec, żabę, tuż po pierwszym porodzie.

Po urodzeniu pierwszego dziecka dość szybko się okazało, że wszystko co mi się wydawało… to mi się tylko wydawało. Otóż wspominam okres noworodkowy obydwojga moich dzieci, jako koszmar z ulicy Wiązów i nie sądzę, bym zdecydowała się raz jeszcze to powtórzyć. Przy drugim dziecku ten żal i poczucie oszukania były mniejsze, bo już raz to przeszłam, niemniej nadal nie mogłam i do dziś nie mogę wyjść z podziwu, jak strasznie na ten temat wszyscy milczą. Bo macierzyństwo to taka utopia. Piękna, zadbana mama ciężarna, śliczne sesje noworodkowe. Dzidziuś różowiutki, śpi sobie na futerku z barana w czapeczce żabki, półnagi, rozanielony…

I tylko nikt nie mówi, że po urodzeniu dziecka powyżej 4 kg nie idzie… chodzić. Nie widziałam w „Barwach Szczęścia”, żeby któraś sexi-mama chodziła w bluzce z „twarogowym deseniem”, od okna do drzwi i od drzwi do okna, dyndając potomka ryczącego do granic decybeli bezpiecznych dla słuchu w ataku kolki. Ani nawet w Leśnej Górze prawdy nie mówili!

Nie czytałam w internecie, nigdzie, żeby była jakaś chandra, jakieś rozchwianie emocjonalne czy gorsze dni. Nie powiedziano mi, że dziecko będzie na mnie wisieć całe dnie i noce, że nie będę mogła umyć zębów i nastawić prania. Generalnie wiedza na temat dyskomfortów macierzyństwa zamyka się w mediach, na wzmiance o nieprzespanych nocach i ewentualnie o depresji poporodowej. O reszcie atrakcji media milczą jak zaczarowane.

Ja się nawet dziwiłam, czemu te dziewczyny – młode mamy, takie zapuszczone w dresach i z nadwagą – sfrustrowane zgłaszają się do tych telewizyjnych metamorfoz. Bo o tym, dlaczego ona jest w stanie, to już nikt nie mówił, tylko jak to zrobić, żeby ją przywrócić do życia. Może najprościej byłoby ją do tego przygotować. Może wiedziałaby, czego się spodziewać, zorganizowała sobie pomoc, nastawiła się psychicznie; czasu w sumie trochę na to jest. Mniej cała ta sytuacja wczesnomacierzyńska byłaby zaskakująca.

Media nadal milczą, a wokół mnie wciąż jak grzyby po deszczu wyrastają świeżo upieczone mamy, z poczuciem ogromnego żalu i zdziwienia, które wynikają właśnie z niedoinformowania i błędnych oczekiwań.
Oczywiście słyszałam o dzieciach, które tylko jedzą, śpią i się uśmiechają. Ale dla mnie to są „legendy miejskie” (o czarnej wołdze też słyszałam, a nikt mnie nie porwał). Mam inne doświadczenia, totalnie różniące się od tego ideału noworodka. Nikt mi nie powiedział, że mój dom zamieni się w stajnię Augiasza, będę popłakiwać po kątach z braku pokarmu i własnych wyobrażeń. Zderzenie ich z zastaną rzeczywistością naprawdę może dobić, a już w najlepszym razie – mocno zdziwić.

A depresja przyjaciółką naszą chętnie by została. Tylko czeka, żeby wpaść i rozgościć się na naszej kanapie życia. Nie wolno jej pozwolić!
Wciąż z wizerunku matki w społeczeństwie kapie lukier i uwielbienie. Nie wolno, nie godzi się, nie przystoi mamie powiedzieć, że czas noworodztwa jej dzieci to jedne z najbardziej traumatycznych doświadczeń w życiu. Trzeba mówić, że to najwspanialsze, co mnie spotkało, najpiękniejsze! Uwielbiam nie spać, z bólu, ze strachu, z niemocy i z kolki. Przez zaparcia lub biegunki – wcale nie własne. Jeśli opowiadam o moich doświadczeniach koleżankom – nie-mamom albo ciężarnym – oburzają się. Dostaję zawsze burę, że to się tak nie godzi, że mam nie straszyć macierzyństwem. A potem podcieram nosy, dzielę się kontaktami do zdobycia kropli na kolkę i pocieszam, że to mija.

Macierzyństwo nie jest magią (chyba, że czarną), a już na pewno nie po porodzie. Potrzeba ogromnych pokładów sił, by to wszystko znieść i przeżyć. Mówi się o wsparciu rodziny, ojca dziecka – fajnie, owszem, ważna rzecz, ale dopóki same w sobie nie odnajdziemy jakiejś pierwotnej siły, same ze sobą nie przepracujemy tych emocji, nie pomoże nawet Święta Rodzina. Łatwiej byłoby nie oczekiwać sielanki, a być przygotowanym na trudy i znoje niż się rozczarować.

Wszystko mija, choć dni wloką się niemiłosiernie – mija. Z każdym dniem dziecko jest starsze, a my – bogatsze o wiedzę i doświadczenie, mądrzejsze.
Codziennie, kładąc się spać, kończąc dzień, wierzymy, że nadejdzie lepszy świt. On nadejdzie – to pewne. Niestety, niekoniecznie już jutro. Dlatego tak ważne jest, by kobiety, dziewczyny, były świadome tego, co naprawdę może je czekać po porodzie. Na ten temat trzeba mówić dużo i głośno, a choć żyjemy w tak medialnym świecie, wciąż milczy on na ten temat. Budujemy sobie słuszne wyobrażenie, dzięki blogerkom, które zaczynają mówić szczerze i wprost, jak to naprawdę bywa w tym pierwszym zderzeniu kobiety z macierzyństwem, ale to wciąż za mało.

Pewien bardzo mądry lekarz ginekolog, w słowach niezwykle oszczędny, na moje „Panie doktorze, a tu mnie boli, a tam, a czy ta ciąża się utrzyma, a to dziecko takie wielkie, a to wszystko takie trudne” rzekł był: „Ciąża i macierzyństwo to nie jest magiczny czas” – i dodał po mazowiecku: „Proszęł Panioł”.

O Autorze

Iwona Kosińska

Dziennikarka, której prawdziwą radością jest pisanie. Od prawie trzech lat jest mamą dwójki dzieci. Od półtora roku zjawisko opisuje blaski i cienie macierzyństwa na swoim blogu (www.kosikosiniaczki.pl). Od sześciu lat mieszka w Trójmieście, od dwóch lat – w Gdyni. Uważa, że życie jest ciągłą podróżą, a jego różne epizody – przystankami.

Jedna odpowiedź

  1. Sylwia

    ja swoje macierzyństwo wspomina bardzo dobrze sama pochodze z wielodzietnej rodziny,urodziłam czwórkę dzieci ma 46 lat ma juzż prawie dorosłe dziec nikt mi nie pomagał przy dzieciach mąż pracował żadko mi pomagał przy dzieciach ja zaimowałam sie domem dziecmi sprzataniem ciagle byłam sama zdziecmi ale nie żałuje bo mam wspniałe dzieci które się kochaja szanują innych i potrawia pomagac sobie nawzajem i innym

    Odpowiedz

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany