Tekst: Michał Mikołajczak



Faworyzowanie niektórych uczniów, brak równego traktowania, domniemana podejrzliwość wobec danego ucznia – takie zarzuty, słuszne lub niesłuszne, od lat można usłyszeć pod adresem nauczycieli. Sytuacja jeszcze bardziej się komplikuje, gdy rodzic jest jednocześnie nauczycielem własnego dziecka.

W potrzasku obiektywizmu

Nieczęsto się zdarza, że rodzice uczą własne dziecko. Na ogół sami dbają o to, by nie dopuścić do takiej skomplikowanej sytuacji i przepisują swoje pociechy do innych szkół – tych, które nie są już miejscem ich pracy. Niemniej rodzic jako nauczyciel nie są przypadkiem fikcyjnym, znanym wyłącznie ze scenariuszy filmowych czy kart powieści. Takie sytuacje rzeczywiście się zdarzają. Trudno powiedzieć, kto intensywniej odczuwa dyskomfort w takim układzie: rodzic czy dziecko. Bo nie da się ukryć, że jest to sytuacja szczególna dla obu stron.

Rodzic, który jest zarazem nauczycielem, musi traktować własne dziecko tak jak każdego innego ucznia. Nie może być tu mowy o jakiejkolwiek taryfie ulgowej. Co więcej, jest zobowiązany do całkowitego obiektywizmu w ocenie jego postępów w nauce i zachowania na tle klasy. To wszystko oczywista teoria. A co z praktyką? Wiadomo, że rodzicom nie zawsze się udaje utrzymać optymalną perspektywę w w obiektywnej ocenie dziecka. Czasami brakuje im dystansu, co jest oczywiście pochodną silnych związków emocjonalnych. Bezcenny dystans często zachowują właśnie nauczyciele, dzięki czemu potrafią dostrzec różnego rodzaju problemy, które (celowo lub bezwiednie) pomijają rodzice. Ale rodzic-nauczyciel?

„Wyłączyć” rodzicielstwo?

Czy nauczyciel może zatem przez chwilę przestać być rodzicem wobec ucznia, który jest jego dzieckiem? No cóż, rodzicem po prostu się jest – nie można mówić, że się nim bywa. Nie da się „wyłączyć” rodzicielstwa, również na czas wykonywania czynności zawodowych. Nawet najbardziej profesjonalny nauczyciel nie przestanie więc nagle odczuwać silnych związków z dzieckiem, tylko dlatego, że powstała między nimi relacja uczeń–pedagog. To normalne. Co więcej, należy przypuszczać, że nadmierny formalizm i usilne podkreślanie pozycji zawodowej mogą się przyczyniać do osłabienia naturalnej więzi z dzieckiem. Może ono poczuć się odtrącone, co dotyczy zwłaszcza małych dzieci, nie do końca rozumiejąc, że obowiązków rodzica-nauczyciela nie da się gładko pogodzić z powinnościami zawodowymi w sali lekcyjnej.

„Co będzie na sprawdzianie?”

Uczniowie, których rodzice są zarazem nauczycielami, również mają prawo czuć się niezręcznie, i to w wielu wymiarach. Po pierwsze, muszą pokonać naturalną barierę przywiązania do rodzica i skupić się na treściach, które przekazuje im jako nauczyciel, a zatem – nauczyć się całkiem nowej formy dystansu. Po drugie, czasami pojawia się presja ze strony otoczenia. Koleżanki i koledzy z klasy mogą przecież oczekiwać informacji „z pierwszej ręki”, na przykład odnośnie do zakresu zagadnień, które pojawią się na sprawdzianie; mogą też wywierać presję związaną z wymuszaniem oczekiwanych zachowań (np. zaniechanie odpytywania, przełożenie kartkówki). Po trzecie, dziecko, którego rodzic jest nauczycielem, ciągle przebywa na pozycji cenzurowanej. Wciąż musi udowadniać, że ma dokładnie te same obowiązki, co reszta klasy. A powody mogą być różne. Rówieśnicy mogą przecież podejrzewać niedozwoloną pomoc ze strony rodzica-nauczyciela w zupełnie neutralnych sytuacjach. Każdy pozytywny stopień może rzucać cień podejrzeń.
Agata, która była uczennicą własnej mamy w klasach VII i VIII szkoły podstawowej w latach 90., tak wspomina ten okres: Wszyscy w szkole wiedzieli, że moja mama uczy chemii w naszej szkole. Nie dało się przecież utrzymać tego w tajemnicy. Zresztą – po co? To przecież żaden wstyd! Sama chodziłam z różnymi prywatnymi sprawami do pokoju nauczycielskiego, gdy była taka potrzeba, choć mama tego nie lubiła. Ale gdy już było wiadomo, że moja klasa będzie miała z nią lekcje od początku nowego roku szkolnego, mimo wszystko czułam się dziwnie. W domu dużo rozmawialiśmy na ten temat – nie byłam już małym dzieckiem, więc teoretycznie powinnam zrozumieć tę nową sytuację. We wrześniu miałam jednak ochotę ciężko się rozchorować i schować gdzieś do szafy.
Czy obawy Agaty nie były jednak przesadzone, skoro wszyscy i tak wiedzieli, że jej mama jest nauczycielką? Niestety, nie do końca…
Przeczuwałam, że będzie kiepsko, a po pierwszych tygodniach jeszcze tylko się przekonałam, że… miałam rację. Pierwsze lekcje chemii były dla mnie koszmarem. Na nic zdały się moje tłumaczenia, że nie wiem więcej niż inni. Nagabywanie o „załatwienie pytań na sprawdzian” były normą. Ciągła podejrzliwość i złośliwość były czasami nie do zniesienia. Sytuacja trochę się poprawiła, gdy dostałam „pałę” z kartkówki. Innym razem – przyznaję: całkiem celowo – zgłosiłam nieprzygotowanie. Pod koniec pierwszego półrocza klasa powoli zaczęła się przyzwyczajać do tej sytuacji. Niektórzy nawet zaczęli mi w pewnym sensie współczuć, bo dość szybko się okazało, że nie mam żadnych ulg. A jestem urodzoną humanistką i nigdy nie przepadałam za chemią. Słowem: stało się znośnie, niekiedy wręcz zabawnie. Zresztą nauczyłam się inaczej patrzeć na moją mamę w klasie. Mimo wszystko chyba jednak wolałabym nie powtarzać tego etapu mojej edukacji…

Zrozumieć swoje role

Układ nauczyciel-rodzic i dziecko-uczeń może wywoływać wiele nietypowych sytuacji, do których obie strony nie do końca będą mogły się przygotować. Jednak dążąc do zachowania zdrowych relacji rodzinnych, nie można zapominać o wspomnianym wcześniej dystansie poza domem, co dotyczy i dziecka, i rodzica. Rodzice, którzy wiedzą, że będą uczyć własne dzieci, muszą starannie przygotować ich na ewentualne trudności oraz uświadomić im, że egzekwowanie wiedzy nie oznacza odtrącenia i ochłodzenia uczuć. Dziecko musi zrozumieć, że w szkole jest przede wszystkim uczniem – niezależnie od tego, kto je uczy – nie ma więc prawa oczekiwać czy wręcz żądać szczególnych względów. Tej samej granicy nie mogą również przekraczać rodzice-nauczyciele. Potrzebna jest w tym wymiarze żelazna konsekwencja, ponieważ łatwo można ulec szantażowi emocjonalnemu dziecka. Kluczowe jest dogłębne zrozumienie ról, które trzeba odgrywać w szkole.

Podobne

O Autorze

Michał Mikołajczak

Urodziłem się w 1977 roku, w Grudziądzu, ale od 25 lat mieszkam w Trójmieście – początkowo w Gdańsku, a obecnie w Sopocie. Ukończyłem filologię polską na Uniwersytecie Gdańskim. Z zawodu i zamiłowania jestem redaktorem. Jak przystało na urodzonego humanistę, mam bardzo wszechstronne zainteresowania. Szczególnie interesują mnie: kryminalistyka, współczesna historia Polski, medycyna (zwłaszcza psychiatria), a także kultura popularna lat 80. i transport. Wolne chwile spędzam z rodziną, najczęściej na oglądaniu filmów grozy.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany