Natura daje i natura odbiera. Rankiem 8 marca tego roku silny sztorm zniszczył malowniczy most skalny nad Morzem Śródziemnym i zarazem jeden z symboli Malty – Lazurowe Okno. Już wcześniej erozja „nagryzała” konstrukcję, ale wiosenna burza dopełniła zniszczenia.

Na Malcie zapanowała żałoba: Lazurowe Okno było na niemal każdej pocztówce i w każdym katalogu biur podróży. Na szczęście dla Malty i jej turystyki, Lazurowe Okno nie było jedynym miejscem, dla którego warto odwiedzić to wyspiarskie państewko.
Malta w liczbach nie robi wielkiego wrażenia – 316 km2 powierzchni i 445 tys. mieszkańców. Ale niech Was nie zmylą pozory – na tej niewielkiej przestrzeni kryje się mnóstwo perełek. W rzeczywistości Malta to wiele wysp. Największe i najbardziej znane są trzy – właśnie Malta, Gozo, gdzie znajdowało się nieszczęsne Lazurowe Okno oraz mieszczące się pomiędzy nimi miniaturowe Comino, gdzie na stałe mieszka jedna rodzina. Stolicą jest Valletta, która króluje w rankingu zarówno najmniejszej, jak i najbardziej na południe położonej stolicy europejskiej. Dodatkowo całe miasto jest wpisane na światową listę dziedzictwa UNESCO i już parę chwil tam spędzonych utwierdzi Was o słuszności tej decyzji. Valletta to labirynt wąskich, uroczych uliczek z monumentalną katedrą św. Pawła, fortem Saint Elmo oraz zapewniającymi zapierające dech w piersi widoki ogrodami – Upper i Lower Barraca Gardens. To także tętniące życiem miasteczko, pełne knajpek, sklepików z rękodziełem i kotów. Warto dotrzeć do Valletty promem ze Sliemy – widok z łodzi na panoramę miasta jest zachwycający.

Podczas wycieczki w głąb wyspy polecam odwiedzić bliźniacze miasta Rabat i Mdina. Rabat słynie z katakumb, znajdują się tam aż dwa podziemne cmentarze, św. Pawła i św. Anny, szczególnie przyjazne latem, gdy upał daje się we znaki. Jest tu także kościół św. Pawła położony nad grotą skalną, gdzie według przypowieści mieszkał święty, po tym jak jego statek rozbił się u wybrzeży Malty. Mdina to dawna stolica i tzw. ciche miasto. Ciche, bo – do tej właściwie fortecy, otoczonej fosą i murami – zakaz wjazdu mają samochody, z wyłączeniem mieszkańców. Z naturalnych zabytków obowiązkowa jest Blue Grotta. Wypływa się niewielkimi łódeczkami do wypełnionych krystalicznie czystym, lazurowym morzem grot. Z niezliczonych plaż najlepszą sławą cieszą się Paradise Bay – rzeczywiście coś a la raj szczególnie o zachodzie słońca – oraz Mellieha Bay, szeroka i piaszczysta plaża idealna zwłaszcza dla rodzin z dzieciakami.

Wszystko to – łącznie z Lazurowym Oknem, które wtedy jeszcze stało niewzruszone odbijającymi się z hukiem falami – odwiedziłam we wrześniu 2015 roku wraz z siostrą i siostrzenicą. To był taki babski wypad. Mała miała wtedy raptem dziewięć miesięcy. Wylot miałyśmy bezpośrednio z Gdańska. Na Malcie czekało na nas uprzednio wynajęte auto oraz apartament w centrum Valletty. Zdecydowanie polecam wynająć auto, gdyż system autobusowy na wyspie rządzi się swoimi, niemożliwymi do zgłębienia prawami. Można czekać i godzinę na autobus, by potem ujrzeć nadjeżdżające dwa naraz. Samochodem jest szybko, ale też ciut stresująco. Panuje ruch lewostronny oraz typowy dla południa Europy drogowy temperament. Spędziłyśmy na Malcie 10 dni. Wystarczająco, by w nieśpiesznym tempie wszystko zwiedzić i poleniuchować na plaży. A niespieszne tempo było wskazane – trzeba dostosować plan wycieczki do pór drzemki i posiłków malucha. Właśnie: „plan” to kluczowe słowo. Żeby w miarę bezstresowo spędzić urlop, należy wcześniej obmyślić, gdzie pojechać, sprawdzić czasy przejazdu i przede wszystkim możliwe miejsce do nakarmienia i przewijania dziecka. Tak by potem nie wylądować z płaczącym z głodu maluszkiem gdzieś koło rzymskich ruin w skwierczącym upale.

Panuje przekonanie, że z małym dzieckiem trudno odpocząć na wakacjach. Osobiście mój babski wypad na Maltę uważam za nader udany. Zobaczyłam wszystko, co trzeba i naładowałam baterie na polską zimową pluchę. Wieczorami, kiedy mała już spała, ładowałyśmy ją do wózka i na chwilę szłyśmy na miasto na kieliszek wina i siostrzane ploteczki. Nie byłyśmy jedyne ze śpiącym dzieckiem w wózku – to bardzo w śródziemnomorskim stylu. Kiedy zaskakiwała nas sytuacja, np. nagła potrzeba wymiany pieluchy małej, gdy w pobliżu brak toalety, po prostu improwizowałyśmy. Podkład z wózka na kamienny chodnik, tzw. szybka akcja – i po kłopocie. Zaplanowałyśmy to, co mogłyśmy i starałyśmy nie przejmować się tym, co było nie do przewidzenia. I przede wszystkim nie robić sobie wyrzutów z małych perturbacji. Z tego, że akurat musiałyśmy wcześniej skończyć zwiedzanie muzeum, bo mała była głodna, albo że trochę skróciłyśmy jej drzemkę czy że ubrudziła się czekoladowymi lodami. Najważniejsze bowiem w wakacjach – czy to z dzieckiem, czy ze znajomymi, czy z narzeczonym – to „wrzucić na luz”.

Tekst: Urszula Poszumska

O Autorze

Mat. Redakcyjne

Magazyn Together - Rodzinna strona Trójmiasta

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany