Pewien pan z radia ostatnio zaskoczył karmiące mamy artykułem na temat publicznego karmienia piersią. Zaskoczył, bo nie dość, że panowie nie zwykli na ten temat rozmawiać, to w dodatku nie do końca wykazał się zrozumieniem. Okazało się bowiem, że karmić no ewentualnie można, jeśli już „musimy”, a mamy i ich głodne dzieci nie lubią, jak im ktoś robi łaskę. Niemowlę to niemowlę i nie interesuje go ani niczyj rytm dobowy ani społeczne zasady. Jest głodne i krzyczy, aż dostanie to, czego chce. Mówiłam o tym już nie raz i powtórzę: człowiek głodny, człowiek zły, a taki mały człowiek musi mieć natychmiast zaspokajane potrzeby fizjologiczne, a nie czekać, aż mamie będzie wypadało wyciągnąć pierś na wierzch.

Mama ma prawo wychodzić z domu i jest to dla niej i dla dziecka bardzo zdrowe. I fizycznie i psychicznie. A głód i dorosłego może dopaść nagle, tylko że dorosły pochłonie szybko jakąś kanapkę i z głowy, a maleńkie dziecię czeka na swoje mleczko. Przypadkowym świadkom takiego nagłego napadu niemowlęcego głodu może być nie w smak, że dziecko płacze, ale kiedy okazuje się, że jedynym skutecznym uspokajaczem jest pierś, ich zakłopotanie wzrasta. Czasem osiąga wręcz rangę oburzenia.

Nie jestem fanką wydarzeń typu nurse-in (flashmoby, gdzie zebrane kobiety publicznie karmią piersią), chociaż organizację jednego takiego mam już na swoim koncie. Moje intencje mogły zostać źle odebrane, bo zachęcam mamy do dyskusji na temat publicznego karmienia, żeby trochę sytuację polepszyć, a wiem, że wiele w tej kwestii da się zrobić, bo o to walczy moja akcja. Przy okazji każda mama może swojego malucha nakarmić bo głód nie wybiera, a przecież o karmieniu mowa, więc żaden to wstyd. I kiedy jeden czy drugi pan, a czasem nawet (zazwyczaj jednak bezdzietna) pani, zarzuca karmicielkom, że slogan „karmiące cyce na ulice” to już agresja, wulgarność i ekshibicjonizm, to dostrzegam w tym trochę racji. Tylko, że problem z karmieniem piersią w miejscach publicznych jest taki, że obie strony zdecydowanie przesadzają. Przesadza społeczeństwo, że robi z karmienia coś nienormalnego, brudnego, zboczonego. Bo karmienie takie nie jest. Posądzanie matki o pedofilskie zapędy to poważne oskarżenia, a obawy, że dziecko od ssania piersi będzie skrzywione psychicznie są bezpodstawne. Zresztą i butelki stworzone są na kształt kobiecej piersi, więc „przestępstwo” to samo, tylko inne narzędzia. Może komuś ciężko w to uwierzyć, ale nawet z piersi – dalej jest to tylko jedzenie i to nic wielkiego. Przesadzają też mamy, które obnoszą się z karmieniem na środku miasta, by udowodnić, że im wolno. Wolno, oczywiście, że wolno, ale miejmy w tym umiar.

Mój mąż jest zazdrośnikiem i może stąd moja ostrożność w karmieniu publicznie. Kiedyś też traktowałam swoje piersi jako bardzo intymną część ciała, ale po porodzie przydarzyło mi się tak, że musiałam karmić prawie non stop, a dodatkowo między karmieniami pokarm odciągać. Potrzebowałam zawsze kogoś do opieki nad małym, żeby okiełznać laktacyjne problemy i w praktyce wiele godzin dziennie przesiadywałam z „cyckami na wierzchu”. Tak wyszło, tylko tak było mi wygodnie, ale było to naturalne. Tylko, że nie szłam tak karmić poza domem, bo się krępowałam. W końcu zapanowałam nad sytuacją i już karmię poza domem, ale wolę robić to ostrożnie. Nie udaje mi się nakrywać malucha przy piersi pieluszką ani chustą, synek tego nienawidzi. Za to trzymam się „reguły bikini” i jeśli pokazuję więcej niż pokazałabym w górze od bikini właśnie, to kombinuję, żeby się zakryć. Nie zależy mi na ciekawskich spojrzeniach i komentarzach, tylko na zaspokojeniu potrzeby mojego dziecka.

Myślałam, że jest dla tej sytuacji idealne rozwiązanie: kąciki dla mam. Fajny pomysł, ja bym z takiego z chęcią skorzystała, ale dotarło do mnie, że i tak nie wszystkich to zadowoli. Zawsze znajdzie się grupa konserwatystów, którzy potępią karmienie poza domem w ogóle, jak i mam, które obrażą się, że ogranicza się im wolność wyboru, gdzie mogą karmić. Nie ma idealnego rozwiązania i pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że ludzie zaczną się szanować: żeby mamy pamiętały o tym, że ktoś może się poczuć nieswojo, a by mimowolni towarzysze niemowlęcego posiłku oszczędzili mamie natarczywych spojrzeń. Żeby wszyscy czuli się komfortowo.

O Autorze

Kaja Bluma

W Gdyni mieszkam od kilku lat, tu znalazłam miłość i czuję, że to odpowiednie miejsce dla mojej rodziny. Jestem szczęśliwą żoną i młodą mamą, i chociaż na razie jestem „kurą domową”, odkryłam swoje nowe pasje i dążę do swojej samorealizacji. Spełniam się w wielu aspektach życia i łączę to z macierzyństwem. Staram się wychować synka w duchu rodzicielstwa bliskości, jestem (nie-tradycyjną) feministką i laktywistką. Marzę o dużej, szczęśliwej rodzinie. Matczyna siła i kobiecość fascynują mnie i inspirują do walki o lepsze warunki do bycia mamą we współczesnym, pokręconym świecie.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany