W momencie, gdy słońce schowało się za horyzontem, w nogi i głowy Gildii wstąpiły nowe siły. Po pierwsze, dlatego, że upał wyraźnie zelżał. Po drugie, dlatego, że wszyscy poczuli się trochę nieswojo. Wprawdzie dysponując latarkami, trzymając się szosy i na każdym rozdrożu konsultując z kompasem i mapą, powinni być zupełnie bezpieczni, ale… Gdy zapada zmrok, nie można już polegać na wzroku, zmyśle, do którego mamy największe zaufanie. Wtedy włącza się wyobraźnia, dopowiadając to, czego oczy nie widzą. To nawet najodważniejszych napełnia niepewnością.
Najodważniejszych – a cóż dopiero biednego małego Poe Kwę, który im robiło się szarzej, tym szybciej starał się przebierać nogami, by nie zostać w tyle. Oli co chwila łypał za siebie lewym okiem – by upewnić się, że Poe Kwa wciąż człapie za nimi i by upewnić się, że nikt – ani nic – nie podąża ich tropem.
Wtem do wyczulonych uszu Oliego dobiegł ryk – ryk silników. Początkowo odległy, z sekundy na sekundę stawał się coraz głośniejszy. Coś zbliżało się z naprzeciwka bardzo szybko. A nawet kilka „cosiów”.

– Motory! – wyszeptał Oli. Było za późno, by zrobić cokolwiek innego niż udawać, jak to się mówi, Greków. Pięciu dryblasów zatrzymało koło nich trzy motory i dwa skutery. Wyłączyli silniki. Zapadła złowroga cisza.
– Ej, dzieciaki! – jeden z podejrzanych, zapewne przywódca, zsiadł z motoru i zbliżył się do nich. Miał czarne długawe włosy wypadające spod czerwonej chusty, rzadki zarost i krosty na policzkach. – Gdzie jest najbliższa większa pagoda? Albo klasztor?
– Kyatkalat, dalej w tę samą stronę – odparł zgodnie z prawdą Zwe, który wziął na siebie rolę przywódcy.
– Byliśmy tam wcześniej. Co jeszcze? No dalej, patałachy! Duża świątynia, żeby było w niej dużo mnichów!
Po czole Zwego spłynęła ciężka kropla potu. Musiał bardzo się starać, by nie wspomnieć o pagodzie w Latkanie, która wciąż figurowała na liście ich potencjalnie ważnych lokacji.

– Co tam kombinujesz? Gadaj zaraz! – nieprzyjemną twarz zbója wykrzywił bardzo nieprzyjemny grymas.
– Ogród Tysiąca Buddów! – wykrzyknął Zwe radośnie. – Ogród Tysiąca Buddów! Kawałek za Kyatkalat.
Dryblas zmierzył Zwego wzrokiem, starając się ocenić, czy ten nie wyprowadza go na manowce.
– A ten to co? – ruchem głowy wskazał na Oliego, który przez całą rozmowę starał się pozostawać w cieniu i nie rzucać w oczy, wiedząc, że łatwo może stać się obiektem zaczepek, na które teraz zdecydowanie nie mieli czasu. – To obcokrajowiec?
– Nie, nie, skądże. To jeden z nas… kaleka. I… albinos.
– Albinos? Tfu, do diabła! Chcesz sprowadzić na nas pecha? Chłopaki, nic tu po nas!
Oli do krwi prawie zagryzł wargi, żeby nie parsknąć śmiechem dopóty, dopóki czerwone tylne światła motorów i skuterów pozostawały w zasięgu wzroku.
– Albinos? Genialne! Stres, widzę, dobrze robi ci na mózg! – Oli klepnął Zwego po plecach.
– To jeszcze nic! Mamy ich z głowy na pół nocy, jeśli utkną w Ogrodzie Tysiąca Buddów, szukając tam pagody i mnichów. Tym bardziej, że na motorach i skuterach tam nie wjadą!

– Trzykrotne hip hip hurra dla Zwego, pogromcy gangu U Po Kyina – Mohan aż podskoczył z radości.
– Czy… czy… czy to znaczy, że to był… gang U Po Kyina?– zakwilił Poe Kwa, który wcześniej nie zdawał sobie chyba sprawy z powagi sytuacji.
– Na to, niestety, wygląda – wyjaśnił Oli. – I nie cieszyłbym się przedwcześnie. Po pierwsze, Ogród Tysiąca Buddów znajduje się między nami a Latkaną. Szanse na ponowne spotkanie z gangiem są niemałe. Po drugie, oni prawdopodobnie właśnie wracali z Jaskini Nietoperzy. To znaczy, że albo czegoś się tam dowiedzieli i mają nad nami dużą przewagę, albo niczego się nie dowiedzieli, wobec czego i my tracimy prawdopodobnie czas, idąc tam. Jesteśmy w kropce…
Nagle nad grupą przemknął cień, cień bez cienia wątpliwości widoczny i wyczuwalny, mimo wciąż gęstniejącej ciemności. Wszyscy jednocześnie w trwodze zadarli głowy w górę, by ułamek sekundy później jednocześnie otworzyć usta ze zdziwienia. Oto po niebie sunął olbrzymi wąż, kordon popiskujących cicho nietoperzy. Trudno powiedzieć, ile ich było. W każdym momencie nad głowami naszych bohaterów i bohaterek przelatywało, niezgrabnie machając skrzydłami, setki krwiożerczych ssaków, a wydłużona chmura zdawała się ciągnąć kilometrami.
– Chmura! Obłok! Obłok nietoperzy! – wykrzyknął Mohan.
– Ależ ze mnie niefafa! – Zwe pacnął się dłonią po czole. – Oczywiście! Nigdy ich nie widziałem, ale dziadek opowiadał mi, że co wieczór lecą na żer w rejon miasteczka Mawlamyine.

– Mapa i kompas – rzucił Oli do Sana. – Dziwne… Lecą na południe. Myint Mya, co za dziury wyszukałeś na południe stąd?
– Tylko jaskinię Sadan – zaraportował Myint Myat. – I… tak, to by było na tyle, jeśli chodzi o internet. Koniec.
– Nawet jeśli to w jaskini Sadan ukryty jest garnek, wciąż nie mamy pojęcia, o jakie wieże chodzi i kim jest dwunasty mnich. – skonstatowała Hnin Phyu. – Poza tym to kawał drogi stąd. No i mamy gang U Po Kyina na karku. Może najrozsądniej byłoby odpuścić.
– Wieże, niewykluczone, rozpoznamy, gdy je zobaczymy. Bez wskazówek od mnicha jednak… – Oli popadł w zamyślenie nie dokończywszy myśli.
– Dobra, już prawie noc: nie ma sensu stać w miejscu i debatować. Decyzja, panie i panowie. Co robimy? – podsumowała Eaint.

Jeśli uważasz, że lepiej udać się w kierunku Latkany by wypytać tamtejszych mnichów o „dwunastego mnicha” z zagadki lub po prostu wrócić do domu dziadka Zwego, przejdź do rozdziału 7.
Jeśli uważasz, że nie ma czasu do stracenia i Gildia powinna skierować się na południe, prosto do jaskini Sadan, przejdź do rozdziału 12.

Podobne

O Autorze

Michał Głuszek

Tanatopsycholog, reporter, nauczyciel, instruktor jogi, podróżnik. Gdańszczanin, ktory ostatnich kilka lat życia marnował między innymi w Chinach, Syrii, Indonezji i Mongolii Wewnętrznej. Od kilku miesięcy, wraz z żoną i synem, mieszka w Birmie. Dumnie dzierży kaganek oświaty w jednej z yangońskich szkół, zgłębia, ze zmiennym powodzeniem, tajniki jogi, włóczy się po okolicy, czyta ponure książki, zastanawia się nad tym, jaki to wszystko ma sens i – jakkolwiek niedorzeczne by to nie było – o wszystkim tym pisze.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany