Rozdział 6

Nim Gildia dotarła w okolice Latkany, tak wszyscy jej członkowie, jak i członkinie, po wielokroć zdążyli przekląć w duchu Sprytnego Włóczęgę, jego złoto, podróżowanie i przygody w ogóle. Ciemno było, choć oko wykol, do tego z masywu Zwekabin zeszła gęsta jak mleko mgła. Mimo wspomagania się latarkami, ośmioro wędrowców co i rusz potykało się i wpadało na siebie.
Kiedy naprawdę niewiele brakowało, by przyjaciele od wzajemnego oskarżania się o wymyślenie „tej głupiej wyprawy” przeszli do rękoczynów, Mohan, który szedł na przedzie, odwrócił się nagle. Wesołe ogniki błysnęły w jego oczach.
– Dobra nasza, widzę świątynię, jesteśmy prawie na miejscu! – oznajmił. – Zaraz porozmawiamy z mnichem i wszystkiego się dowiemy! – ciągnął, wciąż idąc tyłem. – Haha! – zaśmiał się dźwięcznie.
W tym momencie dał się słyszeć głuchy dźwięk, coś jakby wiklinowa piłka chinlone uderzyła w ceglany mur, po którym nastąpił żałosny jęk Mohana.
– Co jest, Mo? – Sam nerwowo zamachał latarką jak mieczem świetlnym, po czym, najwyraźniej coś spostrzegłszy, wydał z siebie wysoki pisk.
Chaos zapanował w szeregach Gildii. Wszyscy zaczęli bez ładu i składu biegać i świecić latarkami.
– Duchy, duchy atakują – zawołał Poe Kwa i rzucił się na ziemię, chowając twarz w dłoniach.
– Mój tablet? Gdzie mój tablet? – Myint Myat chwycił Eaint za ramiona i zaczął nią potrząsać.
– Patrzcie na te oczy! Ogry z gór! – zapłakał Zwe.
– Spokój! Ogarnijcie się natychmiast! – Oli rzadko podnosił głos, ale kiedy to robił, cisza następowała momentalnie i ze stuprocentową skutecznością. – A teraz spójrzcie, co, czy raczej kto, znokautował Mohana i wszystkich was pozbawił rozumu. – Błysk złości w jego oku przeszedł teraz w pobłażliwe rozbawienie.
– Mnich! To posąg mnicha! – nie mogła uwierzyć Hnin Phyu.
– I jest ich więcej! Są ich dziesiątki! – głos Sana wciąż brzmiał dziwnie wysoko.
Istotnie, wzdłuż drogi prowadzącej do pagody położonej w pobliżu Latkany ustawiono posągi mnichów. Posągi, dodać należy, naturalnej wielkości, pomalowane, błyszczące szeroko otwartymi oczami. Nie ma się co dziwić, że w ciemności i mgle nasi przyjaciele wzięli je za żywe istoty. Rzeźby ustawione co kilka metrów układały się w długą na kilkaset metrów procesję przedstawiającą mnichów podczas porannego marszu, podczas którego zbierają dary do metalowych misek.
– A nawet setki… – San nie mógł dojść do siebie.
– Nam potrzeba tylko jednego – uśmiechnął się Oli.
– Dwunastego! –Hnin Phyu ruszyła przed siebie żwawo, każdego kolejnego mijanego mnicha dotykając palcem wskazującym.
– Chwila prawdy… – oczy Zwe błyszczały z podniecenia. Hnin Phyu odważnie włożyła dłoń do miski dwunastego mnicha.
– Bingo, w misce jest jakieś puzderko!
Puzderko było mocno zaśniedziałe i ledwie dało się otworzyć, złożony kawałek grubego papieru w jego wnętrzu był jednak nienaruszony. Piętnaścioro oczu przez chwilę zachłannie pochłaniało jego treść.

Trzy wieże – wody krople: jedna z nich skarb chowa,
Złoto starsze niż błękit, najstarsza – różowa,
Skarbu nie ma w najmłodszej – próżna chyba mowa,
Nie szuka złota w złotej żadna tęga głowa.
Zatańcz z wieżą rozważnie – rada ma takowa,
Jeśli raz błąd popełnisz, nie zaczniesz od nowa.

– Przybieżył z pomocą, nie ma co… – żachnął się Zwe.
– Słyszeliście? – Oli podniósł głowę znad kartki i nastawił uszu. – Silniki. Wyłączyć latarki.
– W krzaki! – Eaint zareagowała błyskawicznie.
Nikomu nie trzeba było powtarzać tego dwukrotnie. Wszyscy rzucili się w zarośla w poszukiwaniu najlepszej kryjówki, by następnie z dystansu obserwować, co się stanie.
Najpierw pojawiły się światła. Pięć reflektorów. Następnie z ciemności wyłoniły się trzy motory i dwa skutery. Jeźdźcy zatrzymali się przy dwunastym mnichu i wyłączyli silniki. Dokładnie obejrzeli posąg, po czym oderwali od niego misę. Wytrząsnąć z niej na drogę mogli jednak tylko zeschłe liście. Widocznie zdenerwowani, poczęli pokrzykiwać na siebie, niedbale przetrząsając okolicę. Nasi bohaterowie przypadli do ziemi i wstrzymali oddechy na tak długo, jak tylko mogli.
– Dobra, pojechali – Mohan otrzepał się z liści i zaczął odrywać od swoich spodenek jakieś złośliwe kolczaste pnącze.
– Było blisko… – San rozejrzał się wokół. Na drodze leżały łupiny po rozbitej mniszej misce. – Wszyscy cali?
Z zarośli wyłaniały się kolejne sylwetki: Eaint, Zwe, Hnin Phyu, Myint Myat, Oli.
– Coś jest nie tak. Jest nas siódemka. Kogoś brakuje… – zauważyła Eaint.
– Poe Kwa! Porwali Poe Kwę! – Sam aż przysiadł na ziemi z wrażenia, a z jego oczu popłynęły łzy.

Jeśli uważasz, że nadeszła najwyższa pora, by wrócić do domu dziadka Zwego i oddać sprawę w ręce dorosłych, przejdź do rozdziału 8.
Jeśli sądzisz, że trzeba jak najszybciej i za wszelką cenę ratować Poe Kwę, przejdź do rozdziału 11.

Podobne

O Autorze

Michał Głuszek

Tanatopsycholog, reporter, nauczyciel, instruktor jogi, podróżnik. Gdańszczanin, ktory ostatnich kilka lat życia marnował między innymi w Chinach, Syrii, Indonezji i Mongolii Wewnętrznej. Od kilku miesięcy, wraz z żoną i synem, mieszka w Birmie. Dumnie dzierży kaganek oświaty w jednej z yangońskich szkół, zgłębia, ze zmiennym powodzeniem, tajniki jogi, włóczy się po okolicy, czyta ponure książki, zastanawia się nad tym, jaki to wszystko ma sens i – jakkolwiek niedorzeczne by to nie było – o wszystkim tym pisze.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany