Lubimy chwalić się osiągnięciami swoich dzieci. „Moja krew” – to chyba najczęściej powtarzany slogan rodzicielski, gdy mamy powody do rodzicielskiej dumy. A co, jeśli wyczyny naszych pociech są mniej chwalebne? Gdy stopniowo odsuwają się od rodziców? Najczęściej szukamy przyczyn gdzieś daleko, na zewnątrz, zapominając, że „niedaleko pada jabłko od jabłoni”.

Zajmij się czymś”

Szczęśliwe dziecko, które nigdy nie usłyszało od rodzica takiej dyspozycji… Współczesne tempo życia na ogół jest bezlitosne. Po pracy nie mamy ani czasu, ani siły, ani ochoty na jakąkolwiek aktywność. Chciwie wyzyskujemy krótkie chwile wieczornego odpoczynku, aby zregenerować się do kolejnych wyzwań. I tym momencie pojawia się mały człowiek, który żąda uwagi, kreatywności, ma problem z nadmiarem wolnego czasu i nie wie, czym się zająć. To całkiem normalne. Tyle tylko, że my już zdążyliśmy dorosnąć i zapomnieć, czym jest błoga nuda. Konflikt interesów? Wiele na to wskazuje, choć nie zawsze tak właśnie jest.

Czy dziecko za każdym razem wymaga od nas aktywności? Wzmożonego wysiłku i projektowania nowych zabaw, kiedy kompletnie nie mamy na to ochoty? Niekiedy faktycznie tak się zdarza. Częściej jednak jest to manifestowanie potrzeby bliskości. Komunikat i ukryte pytanie „czy jestem dla ciebie ważny?”. A teraz wyobraźmy sobie dialog:

Cześć, tato. O, już jesteś! Pobawisz się ze mną? Zróbmy razem coś fajnego!

Oszalałeś?! Nieee, nie dziś. Nie widzisz, że jestem zmęczony? Idź do siebie i zajmij się czymś

Jak może być odebrana taka odpowiedź? Dla dziecka bywa to komunikat w rodzaju: „przeszkadzasz i utrudniasz – nie jesteś mi potrzebny”. Jeśli sytuacja się powtarza, takie ukryte przesłanie zostanie głęboko zakodowane i być może zinterpretowane w kategoriach odtrącenia. Skutki mogą być brzemienne. A wszystko zaczyna się od niewinnego zmęczenia i zniechęcenia.

Gdzie jest moje dziecko?”

To pytanie często zadają sobie rodzice nastolatków. Niby patrzą na młodego człowieka, który jest ich dzieckiem, lecz widzą niemal obcą osobę. Aby wspomnieć miłe, kochające, układne dziecko, przeglądają stare zdjęcia sprzed lat. Rzeczywistość jawi się już zgoła odmiennie. Nastolatek zaczyna intensywnie żyć swoim życiem – oczywiście nieudolnym, w naiwnym poczuciu własnej nieomylności. Ale to już jego życie, od którego zaczyna stopniowo odsuwać rodziców. Ich rady, uwagi i rozterki przestają mieć znaczenie, podobnie jak rodzicielska troska. Młody człowiek staje się cyniczny, opryskliwy, szorstki i zamknięty w sobie. Odpływa na własny biegun, do którego najczęściej nie potrafią już dotrzeć rodzice. Role się odwracają i tym razem to oni mają prawo czuć się odtrąceni.

Duże i małe odtrącenia

Zanim zaczniemy dywagacje na temat trudnej młodzieży, z którą zawsze są problemy, warto się zastanowić, w którym momencie popełniliśmy błąd. A może całą serię błędów? Czy zawsze potrafiliśmy odpowiednio odczytać zakamuflowane pytanie małego dziecka „czy jestem ci potrzebny?”. Oczywiście trudno przypuszczać, że nasze dziecko po kilkunastu latach będzie pamiętać, co się jednorazowo zdarzyło w październikową środę, gdy po ciężkim dniu wróciliśmy do domu. Chcieliśmy się zdrzemnąć, a ono szarpało nas za rękaw, żądając uwagi. Powiedzieliśmy stanowczo: „Jesteś nieznośny! Masz nowe klocki, to idź je układać!”. Raz się zdarzyło… Dobrze, może dwa razy – nie chciało się nam przecież jechać do zoo. Zaraz, zaraz, była jeszcze sytuacja, w której woleliśmy jeszcze pooglądać teleturniej niż iść pograć w kosza. A później… No, nieważne, ale trochę tego się nazbierało.

Tak tworzymy małe odtrącenia, które mogą się przekształcić w całkiem poważne dramaty. Nawet jeśli dziecko nie odbiera naszej niechęci w kategoriach odstawienia na boczny tor, może się poczuć marginalizowane. Nie ma w tym nic dziwnego. Małe dzieci na ogół nie potrafią racjonalnie wytłumaczyć naszego braku entuzjazmu zmęczeniem. Każda chwila, którą spędzamy wspólnie z dzieckiem, przyczynia się do budowania zdrowych relacji w przyszłości. To długofalowa inwestycja, która na pewno ma głębszy sens. Natomiast codzienna marginalizacja – nawet całkowicie niezamierzona przez rodziców – prędzej czy później się zemści. Dziecko, czując się niepotrzebne i odtrącone, będzie przejawiać zaniżone poczucie własnej wartości; gdy zacznie dorastać, poszuka środowiska, w którym odnajdzie upragnioną akceptację. I nie będzie już tam miejsca dla rodziców. Tę przepaść naprawdę trudno jest później zasypać.

W poszukiwaniu złotego środka

Wiemy już, że czasami trzeba się głęboko zastanowić, zanim odmówimy dziecku drobnych przyjemności. Czy to oznacza, że mamy bezkrytycznie zgadzać się na jego wszelkie żądania? Oczywiście, że nie. Wiele życzeń dzieci bywa dalekich od zdrowego rozsądku, czasami wręcz absurdalnych z punktu widzenia rodzica. Ważne jest, by wysłuchać, co dziecko ma do powiedzenia. I uczyć słuchania, wymiany myśli, podtrzymywać kontakt, a tym samym – budować poczucie wartości u dziecka. Powinno wiedzieć, że interesuje nas to, co chce nam przekazać. Ale powinno również zapoznać się z naszą odpowiedzią. W ten sposób nie wychowamy „małego terrorysty”, który zawsze postawi na swoim, a w przyszłości – będzie zręcznie manipulował rodzicami, doskonale znając ich słabości.

Brak płaszczyzny kontaktu z dziećmi to jedno z najczęstszych zaniechań rodzicielskich. I, niestety, najbardziej brzemiennych w skutkach. W powszechnym mniemaniu najsłabszym kontakt z dziećmi występuje w rozbitych rodzinach, czego powody są oczywiste. Tymczasem wiele na pozór przykładnych rodzin, które żyją pod jednym dachem, coraz bardziej się od siebie oddala. W dużej mierze na własne życzenie. To prawda, że nikt nie sprezentuje nam dodatkowych godzin, w czasie których będziemy mogli pobyć ze swoimi dziećmi. Wszystko zależy od naszej organizacji. Istnieje też inna prawda – nikt nas nie zwolni nawet na jeden dzień z powinności bycia rodzicem. Zapewnienie dziecku materialnej egzystencji, nawet jest ona komfortowa, to tylko minimum, które może nie wystarczyć do budowania trwałych relacji. Warto pamiętać, że historia odtrącenia może się powtórzyć po latach. Tym razem poszkodowani będą rodzice. Może tak być, lecz nie musi…

Tekst: Michał Mikołajczak

O Autorze

Michał Mikołajczak

Urodziłem się w 1977 roku, w Grudziądzu, ale od 25 lat mieszkam w Trójmieście – początkowo w Gdańsku, a obecnie w Sopocie. Ukończyłem filologię polską na Uniwersytecie Gdańskim. Z zawodu i zamiłowania jestem redaktorem. Jak przystało na urodzonego humanistę, mam bardzo wszechstronne zainteresowania. Szczególnie interesują mnie: kryminalistyka, współczesna historia Polski, medycyna (zwłaszcza psychiatria), a także kultura popularna lat 80. i transport. Wolne chwile spędzam z rodziną, najczęściej na oglądaniu filmów grozy.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany