Zanim siedem lat temu wyruszyliśmy z żoną i synem w świat, by w jego najbardziej egzotycznych zakątkach uczyć języka angielskiego, przez cztery lata pracowałem w jednym z gdańskich centrów Helen Doron. Między rokiem szkolnym spędzonym w południowych Chinach i rokiem szkolnym we wciąż jeszcze wtedy spokojnej Syrii, pracowałem dla HD przez kolejny rok. Te pół dekady ukształtowało mnie jako nauczyciela. Regularne szkolenia i setki godzin planowania zajęć i pracy z dziećmi w różnym wieku przyniosły umiejętności i doświadczenie, które procentowało i procentuje w najlepszych szkołach pod każdą szerokością geograficzną. Kiedy poproszono mnie o podzielenie się swoimi refleksjami na temat metody Helen Doron, nie wahałem się ani chwili.

Czy to aby nie jakaś nowa podejrzana moda?

Jedną z bardziej powszechnych obaw, które żywią współcześni świadomi rodzice wobec wczesnej edukacji lingwistycznej jest sceptycyzm wobec tej, w ich odczuciu, swego rodzaju naukowej i społecznej nowinki. „Nowoczesna metoda”, „w świetle najnowszych badań”, „amerykańscy naukowcy dowiedli” to jedne z najbardziej wyświechtanych sformułowań, które według mnie wcale nie brzmią przekonująco. Sama obawa jest jednak zupełnie bezpodstawna. Kluczową rolę doświadczeń dzieciństwa dla późniejszego rozwoju przybliżył światu zachodniemu Freud. Naukę przez doświadczanie propagowali ojcowie – i matki – nowoczesnej edukacji opartej na doświadczaniu: Piaget, Steiner, Lewin, Montessori. Ale i oni przecież zjawiska nie stworzyli, tak jak Darwin nie stworzył ewolucji. Wnikliwie spojrzeli po prostu na proces uczenia się dziecka, w tym na proces uczenia się języka, proces tak stary, jak sam gatunek ludzki. Ten właśnie proces Helen Doron postanowiła w latach osiemdziesiątych XX wieku przełożyć na nauczanie angielskiego, stając się jedną z najważniejszych propagatorek metody zwanej immersive learning, czyli nauki przez „zanurzenie” w języku.

Ale czy to nie za wcześnie?

Dziecko nie uczy się języka ojczystego gombrowiczowsko wtłoczone w szkolną ławkę, uczy się go w sposób bierny od momentu, kiedy zaczyna funkcjonować jego zmysł słuchu, czyli jeszcze w łonie matki. W ciągu pierwszych dwóch – trzech lat życia osłuchuje się z melodią języka, zaczyna rozróżniać dźwięki, wreszcie powtarza je, składa z nich pierwsze słowa a potem zdania.

Obserwując swoich uczniów, szczególnie w Azji, nie mam wątpliwości, że planując wczesną edukację swoich dzieci należy być ostrożnym. Kilkulatkowie, którzy zaraz po ostatnim dzwonku w przedszkolu czy szkole wiezieni są na kolejne kilka godzin zajęć popołudniowych, niekoniecznie wyrosną na ciekawych świata, kreatywnych i szczęśliwych dorosłych. Jakkolwiek obawa rodziców przed zaprzęgnięciem dziecka w ten toksyczny wyścig szczurów jest więc godna najwyższego uznania, wyjaśnić należy, że niebezpieczeństwo nie leży w samym uczeniu się, tkwi ono w niedostosowanych do wieku ucznia metodach. Dziecko od pierwszych chwil swojego życia, uczy się przez interakcję z otoczeniem. Uczy się przez zabawę.

Zrozumienie tej trywialnej w gruncie rzeczy prawdy, przełożenie jej na spójną metodę nauczania i rozpowszechnienie jej w świecie jest wielkim sukcesem Helen Doron. Czasy Prousta, kiedy rodzice z bólem musieli wybierać między spędzaniem z dzieckiem czasu a zapewnieniem mu solidnej edukacji dawno odeszły do lamusa. Najmłodsze dzieci biorą udział w zajęciach HD razem z rodzicami, którzy mają okazję nie tylko obserwować proces uczenia się, ale brać w nim czynny udział. Często przy okazji odświeżając swój własny angielski. Dzieci po półgodzinnych lub czterdziestopięciominutowych, zależnie od wieku, zajęciach opartych na zróżnicowanych aktywnościach angażujących wszystkie ich zmysły i aktywujących wszystkie, w tym ruchowy, typy inteligencji i sposoby przetwarzania bodźców, nie są zmęczone. Wychodzą z centrum nie mogąc się doczekać następnego tygodnia.

Wielką rolę odgrywa tu nacisk na sprawne posługiwanie się przez nauczycieli positive feedback, czyli wzmocnieniami pozytywnymi. Każdy mały sukces dziecka na zajęciach jest dostrzegany i celebrowany pochwałami i małymi nagrodami. W ten sposób kształtowane zainteresowanie dziecka światem i otwartość przekładają się na brak zahamowań w posługiwaniu się językiem obcym, zrozumienie, ze popełnianie błędów jest czymś zupełnie naturalnym.

Dzieci uwielbiają zajęcia Helen Doron z jednego jeszcze powodu. Są one doskonałą okazją do socjalizacji z rówieśnikami, której brakuje większości polskich dzieci w wieku przed przedszkolnym. Cotygodniowe spotkania z grupą są bezbolesnym a przy tym bardzo skutecznym przygotowaniem do przedszkola i szkoły.

Ale moje dziecko nie mówi jeszcze po polsku!

Zwróćmy uwagę, że kiedy dziecko zaczyna wypowiadać po polsku pierwsze słowa i zdania, jego bierna znajomość języka jest na znacznie wyższym poziomie niż możliwości artykulacji. Pierwszym etapem jest rozumienie, dopiero po nim przychodzi posługiwanie się. Można powiedzieć, że kiedy dziecko zaczyna mówić po polsku, już od dawna ten język zna. Na tym opiera się pomysł na bilingualną edukację Helen Doron. Dziecko osłuchując się w domu z będącymi integralną częścią kursu nagraniami i bawiąc się po angielsku na zajęciach poznaje język mimo że jeszcze nie potrafi użyć go do aktywnej komunikacji. Kiedy jednak zacznie mówić, będzie mówiło w sposób naturalny i z bezbłędnym akcentem, którego nabycie w późniejszych stadiach rozwoju jest praktycznie niemożliwe.

Czy dziecko nie będzie myliło języków?

Nauka języka angielskiego znacznie łatwiej przychodzi uczniom, z którymi pracowałem w Syrii niż tym, z którymi miałem do czynienia w Chinach. Lingwistyczna przepaść dzieląca mandaryński i angielski? Dlaczego zatem dzieci posługujące się na co dzień równie egzotycznym co chiński językiem birmańskim również przyswajają angielski łatwiej niż Chińczycy? Kluczem do zrozumienia tego fenomenu jest multilingualne środowisko. Dzieci na Bliskim Wschodzie od najmłodszych lat zanurzone są w języku arabskim, bardzo zróżnicowanym regionalnie, armeńskim, kurdyjskim, tureckim. Jako że społeczeństwa tamtejsze od wieków oparte były na handlu międzynarodowym a później turystyce, posługiwanie się kilkoma językami w stopniu komunikatywnym jest normą. Podobnie rzecz się ma w Birmie, gdzie prócz birmańskiego w użyciu są między innymi chiński, hindi, tamilski i co najmniej kilka języków mniejszości etnicznych. W Chinach natomiast promuje się posługiwanie się wystandaryzowanym chińskim mandaryńskim. Ot i cały sekret wyjątkowych predyspozycji językowych niektórych społeczności.

Nie, nawet jeśli dwuletnie dziecko najpierw przyswoi sobie wymowę słowa truck a dopiero później znacznie bardziej wymagającego polskiego odpowiednika – „ciężarówka”, szybko nauczy się rozpoznawać kontekst językowy, w którym w danym momencie funkcjonuje. Ułatwia to zasada English only obowiązująca na zajęciach Helen Doron. W sali lekcyjnej wszyscy, również rodzice, posługują się tylko językiem angielskim. W domu używa się, zasadniczo, języka polskiego. Dla dziecka jest to znacznie prostsze do zrozumienia, niż mogłoby się wydawać.

Polska jest pod względem językowym bardzo homogeniczna. Namiastka więc bilingualności, którą niesie ze sobą codzienne osłuchiwanie się z anglojęzycznymi nagraniami Helen Doron i udział w cotygodniowych lekcjach, jest nie do przecenienia.

Czy to naprawdę działa?

Kiedy siedem lat temu rozpoczęliśmy swoją nauczycielsko-podróżniczą przygodę w Azji, Oliver, nasz syn, miał cztery i pół roku. Za sobą miał dwa lata nauki metodą Helen Doron. Przed sobą – perspektywę siedmiu godzin dziennie w chińskim przedszkolu, gdzie jedynym obcokrajowcem był chłopiec z Korei Południowej a po angielsku nie mówił nikt.

Bariera językowa zaczęła padać po kilku tygodniach. Choć ja i moja żona regularnie uczęszczaliśmy na lekcje chińskiego, Oliver szybko zostawił nas daleko w tyle. Zadziwiające? Ani trochę. Po pierwsze, dziecko z uwagi na budowę i funkcjonowanie swojego mózgu na tym etapie życia przyswaja język szybciej, szczególnie kiedy jest nim otoczone. Po drugie, zajęcia w Helen Doron wyrobiły w nim niezwykle cenną lingwistyczną otwartość. To, według mnie, największa wartość tej metody. Nie 500 angielskich słówek, które uczniowie opanowują w ciągu pierwszego roku, ale samo żywe zainteresowanie różnorodnością językową i umiejętność przyswajania sobie nowych języków . Jakichkolwiek języków, które w danym momencie będą im w życiu potrzebne.

Czy i kiedy?

Czy i kiedy zatem – odpowiedzmy sobie wreszcie na zadane w tytule pytanie – uczyć dziecko języków? Tak, uczyć. Najlepiej od teraz. Z pełnym przekonaniem i odpowiedzialnością polecam wybrać się na lekcję pokazową, wciąż, zdaję się, w Helen Doron bezpłatną i samodzielnie doświadczyć jej rewelacyjnych – choć wcale przecież nie zaskakujących – efektów.

O Autorze

Michał Głuszek

Tanatopsycholog, reporter, nauczyciel, instruktor jogi, podróżnik. Gdańszczanin, ktory ostatnich kilka lat życia marnował między innymi w Chinach, Syrii, Indonezji i Mongolii Wewnętrznej. Od kilku miesięcy, wraz z żoną i synem, mieszka w Birmie. Dumnie dzierży kaganek oświaty w jednej z yangońskich szkół, zgłębia, ze zmiennym powodzeniem, tajniki jogi, włóczy się po okolicy, czyta ponure książki, zastanawia się nad tym, jaki to wszystko ma sens i – jakkolwiek niedorzeczne by to nie było – o wszystkim tym pisze.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany