Parę się już tych Gwiazdek na podróżniczych pagonach zebrało… Jakkolwiek jednak modne nie byłoby w dzisiejszych kolekcjonerskich czasach kolekcjonowanie egzotycznych przygód, w spędzaniu Bożego Narodzenia z dala od domu i przyjaciół nie ma chyba niczego godnego pozazdroszczenia. Rzecz w tym, że w okresie okołoświątecznym ceny biletów do Europy szybują. Dla nauczycieli z importu okres ten wiąże się poza tym zwykle z najdłuższymi obok wakacji letnich feriami: wypada, można powiedzieć, wykorzystać je na eksplorowanie okolicy, na które w roku szkolnym czasu brakuje. Tym bardziej, że w większości Azji Południowo-Wschodniej grudzień to miesiąc pogody wyjątkowo sprzyjającej podróżom – pogody relatywnie chłodnej i bezdeszczowej.

Krajać więc trzeba, jak materii staje. W Chinach ratowaliśmy wigilijną atmosferę produktami z niezawodnej nawet na Dalekim Wschodzie Ikei. W Kambodży ratowaliśmy Olivera, który jeszcze w Tajlandii nabawił się kokosowego zatrucia pokarmowego, zestawem z KFC. Niewiele brakowało, a Boże Narodzenie w zeszłym roku świętowalibyśmy w towarzystwie celników na granicy Dom Kralor – Voeung Kam między Kambodżą a Laosem. Ostatecznie udało nam się późnym wieczorem dotrzeć na Don Det, jedną z czterech tysięcy wysp Si Phan Dong, i tuż przed zamknięciem złożyć iście świąteczne zamówienie w małej indyjskiej knajpce…

Istotnie, dochodzę do wniosku, przeglądając w przedświątecznej atmosferze notatki z podróży, parę się już tych Gwiazdek zebrało. Z każdą łączy się moc wspomnień; najintensywniejsze przywołuje chyba Wigilia spędzona na morzu w drodze z Balikpapan na Borneo do Makasaru na Celebes. Oto, co z pożółkłych notatek wygrzebałem.

KM. Madani Nusantara, Cieśnina Makasar, Wigilia Bożego Narodzenia 2011, dziewiąta

Od pięciu godzin jesteśmy na morzu; wypłynęliśmy z, bagatela, czterogodzinnym opóźnieniem. Płyniemy przez ciemność tak gęstą, że czerń wody zupełnie zlewa się z czernią nieba. O ile jest jakaś woda i jakieś niebo, kto je tam wie. Wydaje się, jakbyśmy brnęli przez pradawny ocean ciemności, z którego świat jeszcze się nie wyłonił. Nagle krwistoczerwony błysk rozrywa noc. Wydawało mi się? Po chwili dziwna czerwień znów rozkwita płomieniem. I jeszcze raz. Patrzę przed siebie, urzeczony. Pytam kapitana, który też wyszedł na papierosa, co to za światła. Burza. Musi być bardzo daleko, za horyzontem. Najwyraźniej jednak jest tam gdzieś horyzont. I zza niego połyskuje ta niesamowita poświata, która zdaje się wyłaniać z ciemności bajeczne, niewyobrażalnie wysokie góry. Chciałoby się zatrzymać ten widok choć na chwilę, przyjrzeć mu się dokładniej, wrażenie jest jednak ulotne. Jak wszystko, co piękne onirycznym pięknem. Czeka się więc na jeszcze jeden błysk, i jeszcze jeden, i jeszcze; nie sposób przestać. I nie sposób zapomnieć. Jedna z najwspanialszych rzeczy, jakie w życiu widziałem.

Proza życia. Klasa ekonomi jest megasłaba. Nie ma kameralnej kabiny dwuosobowej, jak w klasie pierwszej. Nie ma kabiny czteroosobowej, jak w klasie drugiej. Nie ma nawet kilkudziesięcioosobowej sali, w której każdy ma swoją mikroskopijną leżankę wciśniętą między dwie inne leżanki, taki morski Ryanair, jak w klasie trzeciej. Jest brudna podłoga bez wyznaczonych miejsc. I prawo buszu. Każdy kawałek jest cenny. Żeby go podbić, należy położyć na nim swój bagaż. To jednak taktyka zawodna, lepiej kupić za 5000 rupii kawałek mocnej foliowej plecionki, takiej, z jakiej robi się worki na ziemniaki. Albo, jeszcze lepiej, wynająć matę za 10 000. Najwyżej punktowane są kawałki podłogi w kątach, ale leżąc pod ścianą też można być z siebie dumnym. Nam udało się wygrać nagrodę główną. Zajęliśmy obszerny korytarz na pokładzie z kabinami pierwszej klasy. Tubylcy chyba nie mieli śmiałości. Jesteśmy praktycznie sami: nasza trójka plus Daniel, Francuz, który popłynął z nami, i jeden sympatycznie milczący Indonezyjczyk. Nie jest gorąco i duszno, jak na niższych pokładach. Nie jest też tak ogłuszająco głośno, choć z dołu słychać muzykę: klawisze, mdły kobiecy głos, jakieś diskoindo.

Pozwolę sobie porzucić w tym momencie notatki, bo jak dziś pamiętam, o czym wtedy, siedząc na macie pod ścianą obok śpiących Renaty i Olivera, rozmyślałem. Rozmyślałem o tym, że trudno, bardzo trudno, człowiekowi wyrosłemu w kulturze zachdniej nie pogrążyć się w tej sytuacji w pewnej melancholii. Skromny kawałek pokładu zamiast rozświetlonego choinkowymi lampkami pokoju. Indonezyjska dyskoteka zamiast kolęd. Zamiast pierogów, karpia i makowca – pudełko ryżu okraszonego kilkoma plasterkami gotowanej drobiowej wątróbki. Nostalgia ściska gardło i tyle, trzeba to sobie szczerze powiedzieć. Jeśli jednak nieco głębiej się nad tym zastanowić: jakie to ma znaczenie? Nieważne, jak daleko od domu jesteś – rozmyślałem dalej – nieważne, jak jesteś brudny i zmęczony; nieważne, jaki muzyczny dramat sączy się z gośników. Liczy się to, i tylko to, kto zajmuje kawałek podłogi obok ciebie.

A w tej kwestii byłem i jestem wyjątkowym szczęściarzem. Nie wiem jeszcze, gdzie i w jakich warunkach przyjdzie mi spędzać Wigilię i Święta w tym roku. Gdzie by to jednak nie było: Wesołych Świąt, moi dzielni towarzysze podróży. I wesołych Świąt Wy, których mi tu jeszcze brakuje. Jakoś byśmy się pomieścili.

Więcej tekstów autora na stronach togethermagazyn.pl i michaelgluszek.blogspot.com.

Masz uwagi, pytania? Napisz do autora na adres michael.gluszek@wp.pl.

O Autorze

Michał Głuszek

Tanatopsycholog, reporter, nauczyciel, instruktor jogi, podróżnik. Gdańszczanin, ktory ostatnich kilka lat życia marnował między innymi w Chinach, Syrii, Indonezji i Mongolii Wewnętrznej. Od kilku miesięcy, wraz z żoną i synem, mieszka w Birmie. Dumnie dzierży kaganek oświaty w jednej z yangońskich szkół, zgłębia, ze zmiennym powodzeniem, tajniki jogi, włóczy się po okolicy, czyta ponure książki, zastanawia się nad tym, jaki to wszystko ma sens i – jakkolwiek niedorzeczne by to nie było – o wszystkim tym pisze.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany