W okresie międzywojennym Gdynia była nie tylko polskim „oknem na świat”, lecz fenomenem, który nie miał precedensu w naszych dziejach. To tutaj, dzięki marzeniom i ciężkiej pracy, powstało nowoczesne miasto i port, a wizje nowej przyszłości nabierały realnych kształtów. O tym, w jaki sposób utrwalić tę niezwykłą historię, rozmawiamy z Jackiem Friedrichem – dyrektorem Muzeum Miasta Gdyni.

Czy rzeczywiście istnieje fenomen Gdyni? Może to jedynie zwykła historia napisana przez zwykłych ludzi w określonym czasie i miejscu?

Jacek Friedrich: Każde miasto jest fenomenem, chociaż akurat fenomen Gdyni jest szczególny. Przecież to jest niesamowicie fascynujące, że najstarsi gdynianie są starsi od swego miasta. Ile jest takich miast w Europie? I w tym właśnie widzę istotę gdyńskiego fenomenu – to, że jej początki obejmujemy pamięcią, jeśli nie własną, to dziadków, sąsiadów, znajomych… I druga rzecz – w Gdyni bardzo silne jest poczucie, że się samemu to miasto budowało, albo przynajmniej ma się w rodzinie pradziadka czy wuja, który tworzył Gdynię. To też wcale nie jest takie powszechne w naszym kraju, tak potwornie przeoranym przez historię. A co do zwykłych ludzi – w każdym wydarzeniu biorą udział różni ludzie: czasem bardzo wyjątkowi, czasem ci, o których się mówi właśnie: „zwykli ludzie”, a najczęściej i jedni, i drudzy. I Gdynia jest doskonałym dowodem na to, że dopiero z ich współdziałania rodzi się coś ważnego.

Nawiązując do tytułu wystawy: idea dzieła otwartego inspiruje do interakcji z odbiorcą, stymuluje pewien wysiłek intelektualny…

img_4593

J.F.: Przygotowując wystawę, myślimy o widzach, zastanawiamy się, co może być dla nich ważne, ciekawe, nieznane, budujące, wzruszające. Oczywiście czerpiemy z tego, co nas samych wzrusza i ciekawi, ale że nad wystawą pracuje właściwie cały nasz zespół, to każdego porusza trochę coś innego. I z widzami jest podobnie – też każdy ma inne oczekiwania, odmienną wrażliwość, inną wiedzę o Gdyni, o historii w ogóle. To wszystko przynosi ze sobą do muzeum i z tym wszystkim zaczyna oglądać naszą wystawę. Albo się spotkamy, albo nie. To spotkanie to właśnie ta interakcja, o którą nam chodzi. A takiej interakcji nie da się całkowicie „zaprojektować”, chociaż trzeba robić wszystko, żeby się przytrafiła.

Jaką aktywność mogą podjąć goście odwiedzający Muzeum Miasta Gdyni?

J.F.: Najważniejsza aktywność gościa każdego muzeum to praca wyobraźni. Chcielibyśmy, żeby nasze historie uruchamiały w głowie widza jakiś ciąg dalszy, by otwierały się na inne historie, inne przedmioty, inne obrazy, żeby łączyły je w sposób być może wcale przez nas nieprzewidziany.

Jak narodził się pomysł aktywnego uczestnictwa mieszkańców Gdyni w wystawie? Skąd taka koncepcja?

J.F.: To właściwie oczywiste. Skoro opowiadamy o wydarzeniach sprzed 30, 50 czy 80 lat, to byłoby żal nie sięgnąć do wspomnień ludzi, którzy byli świadkami, a często uczestnikami tych wydarzeń. Oczywiście nie zawsze jest to możliwe. Czasem musi przemówić przedmiot – niekiedy całkiem skromny, ale związany z czyimś życiem, z jakimś dramatycznym albo radosnym wydarzeniem. Przedmioty mają w sobie potężną zdolność ożywiania wyobraźni. A gdyńskie przedmioty mają przecież w swoich domach gdynianie. No więc poprosiliśmy, żeby się nimi podzielili z nami i z tymi wszystkimi, którzy przyjdą na naszą wystawę.

Jakiego rodzaju ekspozycja będzie tworzyć dominantę wystawy?

J.F.: Nie wiem, czy da się wskazać jedną dominantę. Historia Gdyni ma wiele wątków, i tak też będzie na naszej wystawie. Podobnie z samą ekspozycją: będą przedmioty, dokumenty, relacje gdynian, fotografie, fragmenty filmów, trochę multimediów, nieliczne, ale też niezwykłe dzieła sztuki.

Ile trwały prace nad wystawą?

J.F.: Jeszcze trwają. W muzeum zawsze pracuje się do ostatniej chwili, czasem świetny pomysł przychodzi do głowy dopiero przy montażu. Chociaż muszę przyznać, że wystawa stała rządzi się swoimi prawami, tu pole do improwizacji jest mniejsze niż przy wystawach czasowych. A odpowiadając wprost: od pierwszych pomysłów do otwarcia to będzie pewnie około dwa i pół roku.

Tradycyjna rola muzeów do niedawna sprowadzała się przede wszystkim do funkcji ekspozycyjnej, a więc „pasywnego” przedstawiania historii. Czy działania Muzeum Miasta Gdyni wpisują się w nurt przełamywania tego schematu?

J.F.: Szczerze mówiąc, nie wiem. Jeśli chodzi o ekspozycję, to nie jestem zwolennikiem jakichś szaleństw, żonglerki i stawania na głowie. W gruncie rzeczy najważniejsza jest porządnie i uczciwie opowiedziana historia, a sposób jej przedstawienia jest wtedy dobry, gdy tej historii nie zabija. Natomiast zdecydowanie uważam, że można i warto w muzeach robić wiele różnych rzeczy – nam bardzo zależy na muzealnej edukacji, i wcale nie tylko dla dzieci. Ale dzisiaj to już chyba raczej norma, a nie awangarda [uśmiech – red.].

Nurt historii to nie tylko doniosłe wydarzenia, które zmieniają bieg dziejów, ale również mikrohistorie setek i tysięcy osób. Jak sprawić, by taka narracja była atrakcyjna dla odbiorcy?

J.F.: Myślę, że ważne są tu dwie rzeczy. Po pierwsze, widz powinien się w jakiś sposób utożsamić z bohaterem takiej mikrohistorii albo przynajmniej nim się zainteresować. Czasem może tu zadziałać podobieństwo do naszych własnych losów i doświadczeń, niekiedy odwrotnie – właśnie całkowita odmienność (tu nie ma chyba dużej różnicy pomiędzy wystawą muzealną a książką czy filmem). Po drugie (i tutaj już widzę różnicę), te mikrohistorie powinny stanowić część większej całości. Powinny więc być tak dobrane, żeby niepowtarzalny los pojedynczego człowieka równocześnie odzwierciedlał losy jakiejś większej grupy – zawodowej, narodowej, wyznaniowej, pokoleniowej…

Jeśli takie połączenie jest udane, to zaczynamy lepiej rozumieć dane zjawisko, jakiś wycinek rzeczywistości. A lepsze rozumienie rzeczywistości – tak mi się zdaje – jest sprawą dla odbiorcy atrakcyjną.

Jakie są plany działania Muzeum Miasta Gdyni na najbliższą przyszłość?

J.F.: Otworzyć wystawę stałą, chwilę się nią pocieszyć, a potem się wyspać, bo wyspany muzealnik działa lepiej.

Dziękuję za rozmowę.

img_4552

Tekst i wywiad: Michał Mikołajczak

Podobne

O Autorze

Michał Mikołajczak

Urodziłem się w 1977 roku, w Grudziądzu, ale od 25 lat mieszkam w Trójmieście – początkowo w Gdańsku, a obecnie w Sopocie. Ukończyłem filologię polską na Uniwersytecie Gdańskim. Z zawodu i zamiłowania jestem redaktorem. Jak przystało na urodzonego humanistę, mam bardzo wszechstronne zainteresowania. Szczególnie interesują mnie: kryminalistyka, współczesna historia Polski, medycyna (zwłaszcza psychiatria), a także kultura popularna lat 80. i transport. Wolne chwile spędzam z rodziną, najczęściej na oglądaniu filmów grozy.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany