Problemy na linii uczeń–nauczyciel są tak stare jak sam system współczesnej edukacji. Bolączką bywa rutynowe, schematyczne podejście pedagogów do każdego ucznia i pozbawianie go prawa do indywidualności. Równie powszechne jest poszukiwanie winy za uczniowskie niepowodzenia wyłącznie po stronie nauczycieli, łącznie z całą serią „teorii spiskowych”. Jak to na ogół bywa, prawda najczęściej leży pośrodku.

Zło konieczne”

Obowiązek szkolny niewątpliwie stanowi jedną z ważniejszych zdobyczy nowożytnej cywilizacji. Jednak już samo słowo „obowiązek” może budzić skojarzenia z określeniem „przymus”, zresztą… całkiem słuszne. Zgodnie z Ustawą z dnia 7 września 1991 r. o systemie oświaty, osoby do ukończenia 18. roku życia podlegają obowiązkowi szkolnemu, natomiast na rodziców, którzy uchylają się od jego realizacji, może być nałożona grzywna w trybie administracyjnym.

Abstrahując od oczywistych korzyści wynikających z powszechnej edukacji, nie da się pominąć sytuacji kryzysowych, które są rezultatem „przymusu edukacyjnego”. I nie chodzi wyłącznie o niemal już tradycyjną niechęć uczniów do systematycznego pogłębiania wiedzy. Ogniskiem wielu konfliktów jest wzajemne postrzeganie uczniów i nauczycieli. Obie grupy funkcjonują w obrębie silnie sformalizowanego systemu, gdzie każdy uczestnik ma swoje ściśle określone miejsce i rolę do odegrania. Wszędzie tam, gdzie pojawia się funkcjonowanie systemowe, istnieją również kategoria „zła koniecznego”. Tak rodzą się antagonizmy. Nauczyciele stają się zatem funkcjonariuszami, którzy w ramach swoich prerogatyw stosują metody opresyjne, uczniowie zaś – niezdyscyplinowaną i anonimową masą, nad którą trzeba zapanować z wykorzystaniem wszelkich sił i środków. Co gorsza, obie strony są na siebie skazane. Skądś to znamy? Jeśli nie z autopsji, to z całkiem nieodległych przykładów.

Nie umiesz? No to masz problem

Nowoczesna oświata w założeniach powinna opierać się na poszanowaniu indywidualności każdego ucznia jako osoby. Powinnością szkoły powinno być wspieranie rozwój jego talentów i zainteresowań, pochylanie się nad problemami i potrzebami, zapewnianie kompleksowej opieki niemal w każdej dziedzinie życia. Tyle, jeśli chodzi o postulaty – w praktyce bywa różnie. Oczywiście wielu nauczycieli stara się realizować swoją misję w ten właśnie sposób, wychodząc poza utarte schematy. Niemniej wciąż nie brakuje pedagogów, dla których uczeń jest jedynie numerem w dzienniku, z którego szkoła czepie zysk w postaci subwencji oświatowej. Trzeba uczciwie przyznać, że w ostatnich kilkunastu latach wiele zmieniło się pod tym względem na lepsze. To jednak nie oznacza, że sytuacja jest idealna. Niestety, nie jest.

Przedmiotowe traktowanie uczniów negatywnie rzutuje na cały proces edukacyjno-wychowawczy. Nie tylko odbiera młodym ludziom ich poczucie wartości, ale utrudnia, a czasami wręcz uniemożliwia, zgłębianie wiedzy. Na przykład, część nauczycieli wybiera drogę na skróty, bezrefleksyjnie przekazując na lekcjach jedynie niezbędne minimum wiadomości; całą resztę uczniowie powinni przyswoić już we własnym zakresie. Co więcej, uczeń musi stawić się na lekcji przygotowany, de facto – wcześniej samodzielnie opanować materiał, który dopiero będzie omawiany. To wszystko przypomina system nauki eksternistycznej, a wizyty w szkole stają się konieczne tylko po to, by się dowiedzieć, w jakim zakresie trzeba przygotować się do zajęć, ewentualnie – zaliczyć sprawdzian.

W razie niepowodzeń wina spada na ucznia. Negatywne oceny stają się jego problemem i nie stanowią powodu do niepokoju dla nauczyciela. Rzecz jasna, nie wszyscy uczniowie przyswajają materiał w jednakowym czasie. W uczniu budzi się poczucie winy, odżywa frustracja, zwłaszcza gdy źle wypada na tle rówieśników. Tymczasem brak postępów w nauce, mimo dobrej woli i samodzielnej pracy ucznia, powinien być ostrzeżeniem przede wszystkim dla nauczyciela – sygnałem poważniejszego problemu, który należy rozwiązać wspólnymi siłami. Niestety, nie zawsze tak się dzieje, co może rodzić opłakane skutki.

Gdy pojawia się problem

Wielu rodziców zdążyło się już uodpornić na teorie spiskowe typu: „pan jest złośliwy, uwziął się na mnie”. I nic dziwnego, bo u ich podłoża najczęściej leży niechęć do nauki, by nie powiedzieć – pospolite lenistwo. Najczęściej, lecz zawsze. Zdarzają się bowiem realne sytuacje, w których nauczyciel ewidentnie łamie prawa ucznia, ignoruje jego potrzeby (np. nie poczuwa się do obowiązku wyjaśniania na lekcji trudniejszych zagadnień) lub wręcz go obraża. Co można zrobić w sytuacji, w której przypuszczamy, że konflikt między nauczycielem a uczniem sam się nie rozwiąże, a wręcz będzie eskalował?

Na pewno nie warto iść po linii najmniejszego oporu, przenosząc dziecko do innej klasy bądź szkoły. Takie działanie wiąże się z dodatkowym stresem i obciążeniem dla dziecka. Pierwszym krokiem powinna być raczej szczera rozmowa z wychowawcą. Nie warto również bać się konfrontacji z nauczycielem. Do próby rozwiązania problemu powinni się włączyć dyrektor szkoły; jeśli nauczyciel nie ma świadomości, że kłopoty ucznia powinny być również i jego problemami, dyrekcja powinna już to wiedzieć.

W sytuacjach konfliktowych emocje są złym doradcą. Straszenie nauczyciela skargą do kuratorium najczęściej tylko oddala realne rozwiązanie problemu. Zresztą kurator oświaty sprawuje bezpośredni nadzór nad dyrekcją placówki, a nie nad poszczególnymi nauczycielami. Jeśli będzie taka potrzeba (np. wskutek licznych skarg rodziców), dyrektor może uruchomić wewnętrzne procedury kontroli danego nauczyciela, jednak na pewno naiwnością będzie oczekiwanie, że wydali go ze szkoły. Powód jest prozaiczny – w szkołach publicznych i w innych publicznych placówkach systemu oświaty nauczyciele są zatrudniani na mocy Ustawy z dnia 26 stycznia 1982 r. (Karta Nauczyciela), która dość skutecznie chroni stosunek pracy. Sektor publiczny obejmuje 87,9% wszystkich etatów nauczycielskich, z których znaczna większość (63,9%) znajduje się w placówkach pozostających w gestii gmin (dane GUS z 2016 r.). Jedynie nauczycieli ze szkół niepublicznych obowiązują powszechnie obowiązujących przepisów prawa pracy lub Kodeksu cywilnego. Tak naprawdę rozwiązanie stosunku pracy w przypadku nauczyciela jest możliwe w nielicznych przypadkach (np.: na wniosek samego zainteresowanego, w razie niestawienia się na badanie kontrolne, w przypadku likwidacji placówki). Warto zatem powalczyć o kompromisowe rozstrzygnięcia, zamiast żądać zwolnienia pedagoga, który nie potrafi porozumieć się z uczniem.

Zrozumieć drugą stroną

Nigdy nie było, nie ma i nie będzie szkół idealnych. Tam gdzie spotykają się różne osobowości, prędzej czy później dochodzi do konfliktów, zwłaszcza w systemie zhierarchizowanym. Różnorodne uchybienia dotyczą zarówno uczniów, jak i nauczycieli. Z praktyki wiadomo, że w przypadku większość szkolnych konfliktów racja i wina leżą po obu stronach. Byłoby dobrze, gdyby zarówno nauczyciele, jak i uczniowie na co dzień pamiętali o tym, że druga strona jest ważną częścią istniejącego systemu. Nie można z niego wyeliminować żadnej ze stron, nawet gdybyśmy bardzo chcieli. A co da się zrobić? Na pewno popracować nad zrozumieniem tej przeciwnej strony. Uczeń ma prawo oczekiwać pomocy od nauczyciela, a nauczyciel – szacunku. Każdy z uczniów jest indywidualną jednostką, która zasługuje na uwagę, nauczyciele zaś są tylko ludźmi, nie maszynami do nauczania. Być może nigdy nie trzeba by gasić większości szkolnych pożarów, gdyby wszyscy chcieli pamiętać o tych oczywistościach.

Tekst: Michał Mikołajczak

Podobne

O Autorze

Michał Mikołajczak

Urodziłem się w 1977 roku, w Grudziądzu, ale od 25 lat mieszkam w Trójmieście – początkowo w Gdańsku, a obecnie w Sopocie. Ukończyłem filologię polską na Uniwersytecie Gdańskim. Z zawodu i zamiłowania jestem redaktorem. Jak przystało na urodzonego humanistę, mam bardzo wszechstronne zainteresowania. Szczególnie interesują mnie: kryminalistyka, współczesna historia Polski, medycyna (zwłaszcza psychiatria), a także kultura popularna lat 80. i transport. Wolne chwile spędzam z rodziną, najczęściej na oglądaniu filmów grozy.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany