Jesteśmy krajem różnych specjalności. Jedną z nich są długie weekendy. To nie tylko czas wytchnienia, lecz również okres wzmożonego ruchu, a zarazem pretekst do refleksji nad bezpieczeństwem na naszych rodzimych drogach. Statystyki policyjne, mimo akcji prewencyjnych, wciąż mogą przerażać. I za każdym razem pojawia się pytanie: „jak zmniejszyć liczbę ofiar drogowych?”.

Ułańska fantazja

To oczywiście eufemizm, bo najczęściej trzeba mówić po prostu o bezmyślności. Jak wiadomo, każdą podróż można zaplanować z uwzględnieniem bezpiecznego marginesu czasowego. Niemniej gdy obserwujemy kierowców, którzy traktują obowiązujące przepisy jak wyzwanie, a nie normę, można odnieść wrażenie, że jesteśmy narodem wiecznie spóźnionym, pędzącym na oślep albo co najmniej uwielbiającym wyprzedzać „na trzeciego” (kolejna polska specjalność). Gnając wąską szosą powyżej dopuszczalnej prędkości, tak naprawdę zyskujemy niewiele czasu. Co w ten sposób można osiągnąć? Jeśli ktoś jest uzależniony od adrenaliny, to pewnie dodatkową jej dawkę, która się wyzwala np. przy wyprzedzaniu ciężarówek… Wówczas drogi publiczne stają się poligonem doświadczalnym, przestrzenią poszukiwania doznań i – niejako przy okazji – stwarzania śmiertelnego zagrożenia. I tu pojawia się problem: karać czy edukować miłośników mocnych wrażeń na drodze?

Raj dla piratów drogowych?

Systemy represyjne wobec kierowców, którzy lekceważą przepisy kodeksu drogowego, sprawdzają się w wielu krajach Europy. Tymczasem w Polsce, gdzie lubimy ponarzekać na wysokość mandatów, są one wręcz symboliczne. Dla porównania: przekroczenie prędkości o 50 km/h wiąże się w naszym kraju z mandatem w wysokości 400–500 zł, podczas gdy we Francji może być to 1500 euro, a w Wielkiej Brytanii – nawet 3300 euro. Wyjątkowo restrykcyjne prawo panuje w Szwajcarii, gdzie przyjęto zasadę, że mandat może wynieść na 60 dziennych pensji, co może być zawrotną kwotą. W przypadku osoby zarabiającej 100 euro dziennie będzie to 6000 euro (!). Ktoś mógłby twierdzić, że w wymienionych krajach zarobki są nieporównywalnie wyższe. To prawda, ale nawet w państwach o zbliżonej średniej pensji piraci drogowi, który przekraczają wspomnianą prędkość, również są karani dotkliwiej niż w Polsce. Przykładem mogą być Czechy (od 190 euro), Słowacja (od 650 euro) czy Litwa (od 290 euro). Niestety, w pewnym sensie staliśmy się rajem dla piratów drogowych, przynajmniej dla tych z grubszym portfelem.

Strategia przymykania oka

Wielu uczestników ruchu drogowego traktuje obowiązujące przepisy jak wyzwanie, przy czym nie chodzi o ich przestrzeganie, lecz omijanie i naginanie. Klasycznym przykładem jest łamanie ograniczeń prędkości. Skoro ustawodawca dopuszcza błąd prędkościomierza w zakresie 10 km/h, wielu kierujących automatycznie przyspiesza o tę wartość, traktując ją jako dozwoloną… W praktyce nieliczni kierowcy poruszają się w terenie zabudowanym z prędkością 50 km/h. Podobnie wygląda sytuacja poza terenem zabudowanym, gdzie jazda z szybkością 100 km/h jest uznawana niemal za niepisaną normę.
Od czasu wejścia w życie przepisów, które nakazują policjantom zatrzymanie prawa jazdy za przekroczenie prędkości powyżej 50 km/h, można ponoć zaobserwować mniejszą liczbę piratów drogowych. Tyle tylko, że na wielu kierowcach nadal nie robią wrażenia dość niskie mandaty, a nawet punkty karne, skoro nie zagraża im natychmiastowa utrata uprawnień.

Nowe przepisy o ruchu drogowym

Od 1 czerwca obowiązują nowe przepisy o ruchu drogowym, które zostały przegłosowane przez posłów bieżącej kadencji. Zmiana prawa miała zapewnić sądom odpowiednie narzędzia do skutecznej walki z piratami drogowymi. Co się zmieniło?

Krokiem ku stopniowej eliminacji piratów drogowych z polskich dróg ma być zaostrzenie kar dla osób, które wcześniej straciły prawo jazdy i ponownie siadły za kierownicę. Czyn ten będzie zagrożony dwuletnią karą pozbawienia wolności oraz sądowym zakazem prowadzenia pojazdów do 15 lat. Zaostrzenie prawa dotyczy też kierujących, którzy wcześniej wskutek wyroku sądu stracili uprawnienia za przekroczenie o ponad 50 km/h dopuszczalnej prędkości w terenie zabudowanym. Za złamanie sądowego zakazu będzie można trafić do więzienia na 5 lat.

Surowiej karane są osoby prowadzące samochód pod wpływem alkoholu i narkotyków. Jeśli spowodują wypadek ze skutkiem śmiertelnym bądź poważnym uszczerbkiem dla zdrowia, muszą liczyć się z ryzykiem co najmniej 2 lat pozbawienia wolności.
Ucieczka przed policją, do 31 maja 2017 r. traktowana jako wykroczenie, obecnie jest już przestępstwem. Jeśli policjanci podejmą pościg za pojazdem, który nie zatrzymał się do kontroli, jego kierowca może trafić za kratki nawet na 5 lat. Obligatoryjny w takich przypadkach jest też sądowy zakaz prowadzenia pojazdów (1–15 lat).

Warto również wspomnieć, że przestępstwa drogowe obecnie przedawniają się po upływie 3 lat, co stanowi wydłużenie okresu przedawnienia o rok w stosunku do poprzednich uregulowań. Poza tym sądy mogą już przeanalizować historię wykroczeń kierowcy, co ma wpłynąć na adekwatny wymiar kary dla osób, które notorycznie lekceważą przepisy.

Karać, edukować czy wyciągać wnioski?

Czy tegoroczne zaostrzenie przepisów przełoży się na poprawę bezpieczeństwa na drogach? Aby uzyskać odpowiedź na to pytanie, zapewne będziemy musieli poczekać co najmniej kilkanaście miesięcy. Można jednak przypuszczać, na razie intuicyjnie, że jest to krok we właściwą stronę. Skoro za sprawą społecznych kampanii informacyjno-edukacyjnych nie osiągnięto zbyt wiele, być może surowsze karanie będzie skuteczniejszym działaniem. Ale czy sam system kar wystarczy? Na pewno nie. Konieczne jest kompleksowe działanie.

Każdy kierowca wie, że uczy się jeździć przez całe życie. Realia ruchu drogowego zmuszają do pokory nawet osoby, którym się wydaje, że potrafią doskonale prowadzić auto. Szczególne znaczenie powinna mieć edukacja kandydatów na kierowców, jeszcze na etapie szkolenia w ośrodkach nauki jazdy. Póki co, ten element szkolenia, niestety, jest traktowany raczej po macoszemu. Więcej uwagi przykłada się do zadań na placu manewrowym niż choćby do teoretycznego zaznajomienia kursantów ze skutkami przekroczenia prędkości na śliskiej nawierzchni. Być może gdyby większe znaczenie w uzyskaniu upragnionych uprawnień miała odpowiedzialność na drodze, nie zaś umiejętność wykonania wyuczonych manewrów, byłaby ona traktowana bardziej serio.

Zwolennicy karania kierowców wysokimi mandatami twierdzą, że jest to najskuteczniejsze narzędzie dyscyplinujące. Jednak wiadomo, że rozwiązania idealne nie istnieją. Jeśli by tak było, policyjne sekcje ruchu drogowego np. w Szwajcarii, gdzie mandaty są horrendalnie wysokie, nie miałyby racji bytu. A jednak mają. W Polsce, gdzie o szwajcarskich zarobkach możemy jedynie pomarzyć, zapewne zwiększenie wysokości kar finansowych pobudzałoby wyobraźnię. Być może niezłym pomysłem jest uzależnienie wielkości mandatu od stażu kierowcy za kółkiem i jego dochodów. To temat to szerszej dyskusji i analizy. Jedno jest pewne – tylko gruntowna edukacja, w połączeniu ze skutecznym systemem egzekwowania prawa i wyciąganiem wniosków z błędów przeszłości, może poprawić sytuację na polskich drogach.

O Autorze

Michał Mikołajczak

Urodziłem się w 1977 roku, w Grudziądzu, ale od 25 lat mieszkam w Trójmieście – początkowo w Gdańsku, a obecnie w Sopocie. Ukończyłem filologię polską na Uniwersytecie Gdańskim. Z zawodu i zamiłowania jestem redaktorem. Jak przystało na urodzonego humanistę, mam bardzo wszechstronne zainteresowania. Szczególnie interesują mnie: kryminalistyka, współczesna historia Polski, medycyna (zwłaszcza psychiatria), a także kultura popularna lat 80. i transport. Wolne chwile spędzam z rodziną, najczęściej na oglądaniu filmów grozy.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany