Jesteśmy w środku wakacji. Rodzice się głowią, w jaki sposób zapewnić czas swoim pociechom, by nie tylko odpoczęły, ale też rozwinęły się, nauczyły się nowych umiejętności, zobaczyły skrawek innego świata. O tym, czego tak naprawdę potrzebują nasze dzieci, jak spędzać z nimi wolny czas – rozmawiamy z Katarzyną Hall, byłą minister edukacji narodowej oraz prezeską Stowarzyszenia „Dobra Edukacja”.

Po co są wakacje?

Wbrew pozorom, to nie jest takie łatwe pytanie, ponieważ o tym, jak wygląda ten wolny czas, decyduje choćby to, na jakim jesteśmy etapie i w jakim miejscu zawodowo się znajdujemy. Przez całe moje życie zawodowo jestem związana z edukacją, od wielu lat na szczeblu zarządzającym, i zawsze się śmieję, że ta praca w oświacie jest taką pracą sezonową. Przyznam, że lubię ten czas, ponieważ to świetny moment na planowanie przyszłego roku szkolnego.

Ale na razie zostawmy szkołę. Od jednej z nauczycielek usłyszałam, że te dwa miesiące wolnego to niezbędny czas na odpoczynek psychiczny…

Takie przerwy są w pracy uczniów i nauczycieli potrzebne i do tego rytmu pracy jesteśmy przyzwyczajeni. Oczywiście można się zastanawiać, czy powinno być więcej krótszych przerw, czy jedna dłuższa. W różnych krajach jest to różnie rozwiązane – wszystko ma swoje plusy i minusy. Kiedyś rok szkolny zaczynał się u nas 20 sierpnia. Można rozważać różne pomysły. Choćby u naszych sąsiadów, na Ukrainie, gdy kończy się edukacja, w czerwcu zaczynają się egzaminy. Tak to działa, taki mają system. U nich się to sprawdza.

A jaką rolę odgrywają wakacje dla dzieci?

Uczą się – i wypoczywać, i współdziałać, i podejmować pierwsze wyzwania. Bo jeśli pojadą na obóz po raz pierwszy bez rodziców, to jest to dla nich bardzo trudne, a zarazem ciekawe doświadczenie. I nasze pociechy bardzo różnie to znoszą. Są dzieci, które się tym zachłystują i świetnie się czują poza domem, ale są i takie, dla których jest to bardzo trudne.

I dzwonią do mamy…

Te telefony czasem nie wychodzą dzieciom na dobre. Odnoszę wrażenie, że niektórzy współcześni rodzice stali się nadmiernie kontrolujący, a przecież wyjazd po raz pierwszy bez mamy to bardzo ważny moment. To jest bardzo istotne i warto dać dzieciom na to szansę. Myślę też, że wyjazd na obóz, np. harcerski, może być dobry dla uspołecznienia młodych ludzi, którzy w ten sposób mogą się nauczyć różnych form współdziałania.

Czy w wakacje powinniśmy dzieci zapisywać na kolejne kursy, obozy językowe? Czy poświęcić ten czas na podnoszenie kwalifikacji?

Młodzi ludzie są różni, mają różne pasje i zainteresowania. Nagrodą za dobry wynik, np. w olimpiadzie informatycznej, może być letni obóz, na którym pasjonaci o specyficznych zainteresowaniach spotykają wybitnych naukowców, profesorów, z którymi wspólnie rozwiązują ciekawe zadania. Dla nich jest to realizacja pasji, rozwój zainteresowań i coś bardzo ciekawego, ponieważ oni tym żyją i chętnie w ten sposób spędzą czas. Ale wysłanie na taki obóz dziecka, które nie lubi informatyki, byłoby karą. Trzeba się mocno zastanowić nad tym, co jest dla kogo dobre.

IMG_9791

Czyli nie przekreślać podczas wakacji działań związanych z nauką?

Zdecydowanie nie, ale jeśli nauka jest pasją dziecka. Na przykład, Krajowy Fundusz na Rzecz Dzieci organizuje letnie formy współpracy naukowców i swoich podopiecznych. Młodzież o określonych zainteresowaniach i zdolnościach chętnie korzysta z takich form i jest to dla niej rodzaj nagrody. Niekoniecznie musi to być obóz informatyczny – równie dobrze obóz żeglarski, wspinaczkowy, gdy ktoś pasjonuje się tymi dziedzinami. Są różne pomysły na spędzanie wolnego czasu i każdy może mieć swoje osobiste preferencje. Tego też się uczymy – jak wypoczywać, jak spędzać czas.

Natomiast dość krytycznie odnoszę się do tendencji, które zauważam u niektórych rodziców, lokujących swoje ambicje w dzieciach, bez przerwy wożących je na różnego rodzaju dodatkowe aktywności. Bo to nie dotyczy tylko wakacji i kolejnego superletniego kursu, ale całego roku szkolnego. Gdy dziecko kończy lekcje, które są często czasem ciężkiej pracy dla niego, to potem – po tych sześciu czy siedmiu godzinach dużego wysiłku intelektualnego – jest zawożone na kolejne kursy i dodatkowe zajęcia. Dobrze, gdy samo jest pasjonatem i chętnie tam uczęszcza. Ale jeśli jest to realizacja ambicji rodziców, którzy chcą, żeby ich dziecko chodziło na trzy kursy językowe, choć jest dyslektykiem, bardzo się przy tym męczy i robi raczej słabe postępy, to może lepiej poszukać w nim innych mocnych stron. Inna kwestia jest taka, że ten młody człowiek ma często zbyt mało wolnego czasu, a więc również za mało czasu na faktyczne odkrycie swoich pasji i zainteresowań. To jest problem – to niby bardzo dobrze się uczące dziecko, uczęszczające na różne dodatkowe zajęcia, nie jest ani szczęśliwe, ani nie do końca wie, co je interesuje.

Wbrew pozorom, na etapie szkoły podstawowej najbardziej produktywnym i dobrym czasem dla dzieci może być ponudzenie się.

Coraz częściej psychologowie właśnie o tym mówią. Żeby pozwolić dziecku na nudę…

Warto się trochę ponudzić, zrobić coś z niczego. Dzieci czasami z patyka, koca i garnka potrafią stworzyć coś kreatywnego, uruchamiają fantazję. Taki swobodny czas daje szansę na odkrycie tego, co mnie ciekawi, co mnie bawi, co robię z przyjemnością, czy lubię lepić, majsterkować, a może wycinać, rzeźbić, budować? Możemy być pasjonatami różnych rzeczy. Ale powinniśmy mieć czas, żeby posmakować różnych aktywności, niekoniecznie zaplanowanych co do minuty.

Jaka powinna być rola rodziców? Czy podpowiadać, że z tego koca, patyka i garnka można stworzyć, na przykład, teatr? Czy rodzic raczej powinien pozostać obserwatorem?

I jedno, i drugie. Myślę, że cenny jest czas spędzany w sposób swobodny przez rodziców z dziećmi. Okazuje się, że znacznie więcej damy swoim dzieciom, ofiarowując im zwyczajnie swój czas i uwagę. Zadając pytanie, odpowiadając na nie, rozmawiając, a nie tylko wioząc na zorganizowane formy aktywności. Tego rodzica jest często zbyt mało w życiu dziecka. Właśnie takiego uważnego, słuchającego.

Ale rodzice są często bardzo zapracowani. I trudno wygospodarować im ten wolny czas…

To nie musi być dużo czasu, ważna jest jego jakość ‒ taka zogniskowana uwaga poświęcona dziecku. Są dzieci, którym tego brakuje, ponieważ rodzice są zapracowani i nawet jeśli są obok, to cały czas myślami bywają gdzie indziej. A przecież problemy dziecka są równie istotne. Często sobie myślimy, że nasze sprawy są poważne, a tu kilkulatek zawraca nam głowę, bo złamał mu się ulubiony ołówek albo koleżanka w przedszkolu na niego nakrzyczała. Postarajmy się spojrzeć z jego perspektywy – dla niego to jest taki sam problem jak dla nas, gdy nakrzyczał na nas szef. Trzeba z powagą traktować te kwestie. Poświęcać dzieciom uwagę, po prostu je wysłuchać, okazać zainteresowanie: „Wiem. Rozumiem. Masz problem. Ciekawi mnie, jak go rozwiążesz. No, pomyśl”. Tu nie chodzi o to, żeby podpowiadać gotowe rozwiązania, ale aby dziecko czuło, że jego sprawy mnie obchodzą.

Dlaczego to jest takie istotne?

Jest to ważne, ponieważ dobrze, gdy czujemy się dla kogoś potrzebni, ważni, kiedy wiemy, że jest ktoś, dla kogo moje problemy są niebagatelne. To jest istotne, że mogę liczyć na mamę czy tatę, że w razie czego mnie wesprze, obroni, stanie po mojej stronie. Bo jednak zawsze musimy stać po stronie dziecka, nawet jak coś zbroiło. Czy my też zawsze jesteśmy święci? Ale gdy mamy kogoś bliskiego, kto okaże nam wsparcie, kto jest po naszej stronie – kto nam dodaje sił w zmaganiu z problemem – jest łatwiej. A to nasze dziecko bywa czasem samotne, kiedy mu tej uwagi nie poświęcimy.

To może być nawet pół godziny, godzina dziennie. Gdy kładziemy dziecko spać, czytamy mu przed snem, posłuchamy, obdarzymy uwagą. Takie codziennie rytuały budują więź i zaufanie. To ten czas, gdy poświęcamy uwagę tylko naszemu dziecku. Nie naciskajmy, bo może dziecko nie chce się niczym dzielić ani o niczym opowiadać, ale wie, że ma ten nasz czas, który należy tylko do niego.

Trudniej jest gdy mamy nastolatka w domu…

Gdy dziecko wkracza w okres dorastania, to wtedy trochę mniej chętnie się dzieli swoimi sprawami i wtedy nam tego brakuje, ale jeśli zaniedbaliśmy ten kontakt wcześniej, to mamy teraz mniejsze szanse. Dlatego tak ważne jest poświęcanie dziecku czasu w sposób regularny, bycie przy nim w trakcie zwykłych czynności, jak wspólne nakrywanie do obiadu. Mogą to być codzienne działania, w których dziecko ma kawałek swojej roli. I gdy wspólnie coś robimy, to może podzielimy się tym, co mi się udało, a co sprawia mi trudność? Nawet jeśli ta sprawa wydaje nam się błaha, warto słuchać.

IMG_9661

Podczas tych letnich miesięcy powinniśmy też pozwolić naszym pociechom najzwyczajniej odpocząć?

To jest ważne, na ile sami umiemy odpoczywać. Bez względu na teoretyczne przekonania, wychowujemy przez dawanie przykładu. Gdy sami lubimy aktywny wypoczynek, zaczyna się to wydawać atrakcyjne również naszym dzieciom. A jeśli lubimy leżeć na plaży, to gdybyśmy nie wiem, do jakiej aktywności je zachęcali, dzieci popatrzą na nas i stwierdzą, że skoro my wybieramy taki sposób, to tak najlepiej odpoczywać. Jesteśmy – chcąc, nie chcąc – wzorem dla naszych dzieci. I nasze nawyki – zarówno te dobre, jak i złe – sposób mówienia, zachowania, czyli kopię naszego zachowania, zobaczymy prędzej czy później w naszych dzieciach. Dziecko jest najbardziej wnikliwym obserwatorem i pamiętajmy, że ono podczas wakacji przez 24 godziny na dobę nas obserwuje i ma szansę wszystkie nasze dobre i złe zachowania powtórzyć. Mając dzieci mimowolnie skazujemy się na życie w formie wzoru [śmiech – red.]. Warto myśleć o używaniu pięknej polszczyzny, o zdrowym stylu życia, o dobrych nawykach żywieniowych w rodzinie… Teoretyczne pogadanki nie zdadzą rezultatu.

No właśnie, w dorosłym życiu my też kopiujemy naszych rodziców.

Nawet mając wiedzę o wychowaniu dzieci, w trudnych chwilach wychowawczych, gdy ulegniemy emocjom lub się czymś zdenerwujemy, cała nasza wiedza idzie w łeb i wtedy odruchowo powtarzamy pierwszą reakcję własnego rodzica, często nerwową. I jeśli złapiemy się na tym, to trzeba nabrać głęboko powietrza i umieć powiedzieć własnemu dziecku: „Przepraszam, nie powinienem tak zareagować. Powinienem Cię dobrze zrozumieć i posłuchać”. Warto powiedzieć o własnych emocjach. Takie prawdziwe zachowanie pokaże, że nam zależy, a to jest chyba najcenniejsze. „Martwię się o Ciebie, przejmuję się Tobą, może przesadzam, ale pomyślmy o tym, jak mogę Ci pomóc, jestem bardzo zainteresowana co z tym zrobisz, bo to jest ważne!”.

Wiele się teraz mówi o dawaniu młodym ludziom wolnego wyboru, decydowania o sobie.

Jako matka pozwalałam dzieciom na decydowanie o wielu rzeczach, myśląc o wychowywaniu ich do odpowiedzialności i samodzielności. Natomiast organizując edukację, ważne jest to, w jakim zakresie dajemy ten wybór, żeby też nie przesadzić. Wychowanie młodego człowieka polega na poszerzaniu możliwości decydowania i wybierania, ale czym więcej dajemy wolności, tym więcej powinniśmy oczekiwać odpowiedzialności, czyli myślenia o ewentualnych konsekwencjach. Przekaz powinien być jasny: „Masz wybór – nie musisz chodzić na jakieś zajęcia, ale potem zdasz egzamin”. „Masz wybór, że nie będziesz tego teraz robić, ale odpowiadasz za coś”.

Im mniejsze dziecko, tym mniejsze te możliwości wyboru – muszą być one dostosowane do jego percepcji. Bo przecież gdy nie jest ono świadome, że się pokaleczy ostrym nożem, trudno dawać mu ten wybór. A więc zabieramy ostre noże, gorące przedmioty, żeby sobie nie wyrządziło krzywdy, ale w momencie, gdy już przenosimy je przez każdy próg – no, to przesadzamy w drugą stronę. Ono wręcz musi się nauczyć samo przez ten próg przechodzić, potknąć, przewrócić – w ten sposób uczy się określonej sprawności, wspinania, przechodzenia przez przeszkody. Pewne ograniczenia wprowadzamy dla bezpieczeństwa dziecka, ale też pozwalamy na swobodę, jednocześnie uważnie je obserwując. W przypadku takich małych brzdąców granicami są granice bezpieczeństwa. Ale potem też to jest istotne. Dorosłe dziecko ma prawo w pewnym momencie nie chcieć zdawać matury. Powie: „Jestem dorosły, już decyduję o sobie”. Ale wtedy, jeśli rezygnuje z nauki, rodzic nie ma obowiązku już utrzymywać dziecka: „Chcesz być dorosły?”. „Znajdź sobie pracę, mieszkanie, bądź samodzielny. Masz prawo”. Bo przecież obowiązek prawny uczenia się w Polsce jest do 18. roku życia. Chcemy, żeby wychowywany przez nas młody człowiek stał się w przyszłości samodzielny i odpowiedzialny. Czasami trzeba mu pomóc, tak po ludzku, bo jesteśmy rodziną – ale w momencie, gdy wynika to z choroby, niepełnosprawności, a nie z braku ochoty podjęcia zatrudnienia czy nauki.

Jak Pani spędza wolny wakacyjny czas?

Lubię spędzać czas w domu. Jak się mieszka w Sopocie, to miło też pobyć najzwyczajniej w domu, niekoniecznie trzeba dużo jeździć na wakacje. Z grupą przyjaciół jednak co dwa lata jeździmy wspólnie na kilkanaście dni do Francji i staramy się tam gruntownie zwiedzić jej nieduży fragment. Rok temu byliśmy, na przykład, w Bretanii. Jest to związane z zainteresowaniami mojego męża [Aleksandra Halla – red.], który jest specjalistą od polityki i historii francuskiej, jest więc naszym przewodnikiem i opowiada nam szczegółowo o różnych ciekawostkach, miejscach i faktach. Często odwiedzamy małe, prowincjonalne miasteczka, w których odnajdujemy niezwykłe zabytki. Taki mamy zwyczaj.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Urszula Abucewicz

Podobne

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany