Za moich czasów było inaczej…” – to zdanie jak mantrę powtarza tysiące rodziców. Po pierwsze, „inaczej” wcale nie znaczy lepiej, a po drugie – w zasadzie sam system szkolnictwa nie zmienił się aż tak diametralnie, jak by się nam mogło wydawać. Nadal są uczniowie, nauczyciele, klasy lekcyjne, lekcje, sprawdziany i zadania domowe. Taka różnica, że przy odrabianiu tych ostatnich my, rodzice, musieliśmy poradzić sobie bez internetu.

Dużo wam zdają?”

Na to częste pytanie, które słyszą dzieci, z reguły pada odpowiedź: „za dużo”. Jeśli nauka, to oczywiście zadania domowe. Co jakiś czas może wprawdzie usłyszeć o eksperymentach z odejściem od systemu prac domowych w niektórych szkołach, ale nadal nie jest to ogólny trend. I pewnie prędko nim nie zostanie. Jest to schemat, od którego nauczyciele niezbyt chętnie odchodzą. Już na studiach uczyli się przecież, że dzieci mają pracować we własnym zakresie, w domu. Ma być to najlepszy sposób utrwalania wiedzy. Z tego samego założenia wychodzi zresztą również większość autorów podręczników.

Przeciwnicy prac domowych, które de facto nie istnieją w różnych krajach, wskazują, że czas poza szkołą powinien być przez dziecko wykorzystany głównie na relaks, nie zaś na ślęczenie nad zeszytami i podręcznikami. Cytowane przez portal www.innpoland.pl doniesienia amerykańskich naukowców z Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego wskazują, że jeśli dziecko poświęca na naukę w domu więcej niż godzinę dziennie, zaczyna być przemęczone, mniej efektywne i szybciej ulega frustracji. Gdy polski uczeń już umie pisać i czytać, codziennie spędza nad zadaniami domowymi znacznie więcej niż rzeczone 60 minut. No, chyba że w porę odkryje uroki internetu…

Praca odtwórcza

Uczniowie na ogół nie do końca rozumieją, po co w zasadzie są prace domowe. Czy ma być to forma przymusu, a może specjalnej mobilizacji? Gdzieś w tym wszystkim umyka podstawowa rola tego sposobu nauczania – utrwalanie wiedzy. Wiktor z III klasy jednego z gdyńskich gimnazjów nie ma złudzeń:

Zadania domowe są bez sensu. W domu i tak prawie każdy myśli tylko o tym, żeby odpocząć, a nie powtarzać coś, o czym była mowa na lekcji. Jak wiemy, że będzie sprawdzian, to co innego. Ale prace domowe najczęściej i tak spisuje się z internetu. Czasami jest tak, że nauczycielowi nie chce się czegoś szczegółowo wyjaśniać. Wtedy mówi: „Resztę doczytacie sobie w domu”. Przecież po to chodzimy do szkoły, żeby się czegoś nauczyć, a nie tracić dodatkowo czas na naukę w domu

Fakt, że uczniowie masowo korzystają z mniej i bardziej wiarygodnych stron internetowych przy odrabianiu zadanych prac, stał się wśród nauczycieli współczesną wersją tajemnicy Poliszynela. Zresztą dość łatwo można odróżnić pracę samodzielną od niesamodzielnej, choćby po zbyt dojrzałej stylistyce albo sformułowaniach, które często się powtarzają w „gotowcach”.

Obecnie istnieją już całe serwisy internetowe poświęcone „odrabianiu” prac domowych z każdego przedmiotu. Nieprzypadkowo należy tutaj użyć cudzysłowu, gdyż tak naprawdę mamy przecież do czynienia z mechanicznym spisywaniem treści, bez cienia refleksji, a nie z formą utrwalania wiedzy. Liczy się czas – na zmęczonego ucznia czeka przecież konsola z najnowszą grą. Trzeba się zatem szybko uporać z zadaną pracą i jeszcze szybciej… o niej zapomnieć. W ten oto sposób zadania domowe – praca z założenia twórcza i rozwijająca – staje się czynnością kompletnie odtwórczą. I w zasadzie pozbawioną głębszego sensu.

Schować router pod szafę?

Jak to właściwie jest z korzystaniem z internetu przez dzieci w wieku szkolnym? Tak, wiemy, że spędzają zbyt wiele czasu online, czasami trudno oderwać je od smartfona, tabletu czy komputera. A jednocześnie autorzy podręczników sami zachęcają, by w odrabianiu zadań domowych wyszukiwać informacji w internecie. Sprzeczność? Chyba nie do końca. Nie da się ukryć – dziecko zinterpretuje taką zachętę jako propozycję spisania całego zadania wprost z internetu. Nie zmienia to jednak faktu, że chodzi wyłącznie o pomoc w samodzielnych myśleniu, a nie wyręczenie ucznia w tym procesie. A więc może lepiej schować router pod szafę, gdy dziecko wraca ze szkoły. Nie, to kolejna skrajność, która nikomu nie wyszłaby na zdrowie. Wszak cyfrowe wykluczenie dziecka to działanie na jego szkodę.

Co, my, rodzice, robiliśmy w przypadku trudniejszej pracy domowej? Konsultowaliśmy się z rodzicami lub starszym rodzeństwem albo wertowaliśmy zawartość podręcznika. Zdarzało się nam korzystać z dostępnych pomocy naukowych, takich jak słowniki, przewodniki czy encyklopedie. Współczesną encyklopedią stała się przeglądarka internetowa. Nie ma sensu pozbawiać dziecka dostępu do cennych źródeł, które można znaleźć w sieci, zwłaszcza że często nauczyciel wręcz żąda określonych informacji, które są dostępne tylko online. Trzeba natomiast pilnować, aby ulubionymi komendami nie stały się dla naszej pociechy „kopiuj” i „wklej”. Spisywanie zadań z internetu to droga na skróty, na którą nie wolno się godzić. Stanowi nie tylko działanie szkodliwe dydaktyczne, ale również i nieuczciwe – wobec nauczycieli innych uczniów, którzy wykonali samodzielnie pracę.

A może wystarczy książka…?

Czasami można odnieść wrażenie, że wyłączenie komputera staje się miarą współczesnego heroizmu. Nie dajmy się jednak zwariować – świat istnieje znacznie dłużej niż internet. Zdecydowaną większość informacji wymaganych do wykonania zdań domowych najczęściej można znaleźć po prostu w podręczniku. To prawda, nie zawsze jest łatwo. Z reguły nie ma tutaj gotowych rozwiązań, co oczywiście z punktu widzenia ucznia bywa katorgą, ale tak naprawdę – sporą zaletą. Podręczniki stymulują myślenie i samodzielność, zmuszają do refleksji, a czasami wręcz zapobiegają analfabetyzmowi funkcjonalnemu. Niektórzy rodzice z przerażeniem stwierdzają, że ich dzieci nie potrafią posługiwać się spisem treści w książce, mimo że czynią postępy w programowaniu. Na nim jednak rzeczywistość się nie kończy.

Tekst: Michał Mikołajczak

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany