Po dziedzińcu mojego blokowiska, po niewielkim placu zabaw, kręcąc kółka jak wściekły szczeniak za ogonem, jeździ na różowym rowerku dziewczynka. Nie różowa – blondynka. Skrzyżowanie Wednesday Addams i Jęczącej Marty, tylko blond. I nie byłoby w tym nic dziwnego. Pełno jest takich placów zabaw, mnóstwo różowych rowerków, a na nich dziewczynki. Ale ta „nasza” jest specyficzna. Jest chodzącym, a raczej jeżdżącym nieszczęściem. Kwintesencją focha w fochu. Rozwydrzeniem i rozdarciem zamkniętym w małej osóbce. Na głowie, prócz włosów, ma kask, różowy, na dłoniach – bicyklowe rękawiczki, na nogach – ochraniacze, na łokciach też, i może na zębach ma – nie wiem, bo się nie uśmiecha. Stopy ma przypięte do pedałów na rzep. Jeździ po chodnikach z takim skupieniem, jakby jedna z chodnikowych płytek nieoczekiwanie miała ożyć i trachnąć dziewczynkę w koło, centrując je – szelma. Nie widzi, a może raczej nie dostrzega niczego poza sobą i czubkiem swojego nosa.

Czasem dziewczynka ma towarzystwo, ale zawsze na krótko. Ktoś jej coś powie typu: „ej, przesuń się” albo – nie daj Bóg! – dotknie dziewczynkę, muśnie, przejdzie obok, mijając rowerem zostawi za sobą wiatr, co dziewczynce nawieje w okulary… Klękajcie, narody – świat się skończył! Podnosi się taki rwetes, ryk i wycie, jakby na tym placu zabaw wjechała rowerkiem na poniemiecki pancerfaust albo bombę i to wybuchło, urwawszy dziewczynce wszystko, co było do urwania.

Najszybciej potyka się o własne kończyny i choć są one proste, to jednak przy bieganiu tak układają się dziewczynce, jakby, wespół z chodnikową płytką, dybały nieustannie na życie swej właścicielki. Na dziewczynkę, na placyku dybią nieszczęścia różne, oprócz płytki i własnych nóg. A to ktoś umyślnie zajedzie jej drogę hulajnogą, a to dotknie ją, co – nie daj Bóg!, a to spojrzy na nią wyprowadzany przez inne dziecko żółw, a to etatowa dziewczynka do pomiatania, z którą dziewczynka-nieszczęście wychodzi na placyk, nie chce się bawić w to, co dziecięcy, nieszczęśliwy Fidelek podyktuje. Jeździ w kółko i w kółko, wciąż w tym samym kierunku, wręcz do nieskończoności. Nikt jej nie zaprasza do grania w piłę ani w czekoladę. Jeśli nie jeździ, to gra w gumę. Guma, jak wiadomo, towarzyska gra osiedlowa. Dziewczynce, oprócz gumy, towarzyszy zawsze płotek. Posłuszny jest, nie ma roszczeń, stoi cicho. Kompan idealny, a i tak zdarza mu się zarobić jakiegoś kopniaka – pewnie za dużo sobie pozwala.

Bywa, że się dziewczynka odezwie. Niekoniecznie jako ofiara ludzkiej krzywdy – czasem jakieś „nowe dziecko na placyku” o coś ją zapyta. Wtedy, jak majestat nieszczęścia, przemówi to hoooo… Wyłazi z niej zgorzkniała, śmierdząca pleśnią, stara, pomarszczona pomarańcza. Aż mnie dziw bierze, że w człowieku, na oko lat 10, może być tyle zgorzknienia, chamstwa i jedynactwa – no, w każdym razie poetycko rzecz ująwszy, szeroko rozumianej pogardy dla otaczającego świata. Skądinąd wiem, że dziewczynka jest jedynaczką. Jest zatem uosobieniem najgorszych cech jedynaka, jakie pokutują w społeczeństwie. Co mnie – rasową jedynaczkę z 30-letnim stażem – bardzo boli, bo od zawsze zaciekle wojuję ze stereotypem jedynaka. Równocześnie przechodzą mnie dreszcze, kiedy słyszę, jak można być nieprzyjemnym dla drugiego człowieka i z podziwu wyjść nie mogę, że to dopiero dziesięciolatka. I w trwogę popadam, wyobrażając sobie ją oraz jej stosunek do świata za kolejnych 10 lat. Skoro w pierwszej dekadzie osiągnęła tak wysoki poziom zgnuśnienia, to przed trzydziestką będzie level master w kategorii „chamstwo i obrzydzenie w stosunku do świata”.

Jak się na to patrzy z perspektywy balkonu na pierwszym piętrze, to wygląda na dramacik. Ale mam podejrzenie, że z perspektywy balkonu na IV piętrze, sprawa wygląda zgoła inaczej, lepiej jakoś może nieostro… Na IV mieszkają rodzice chodzącego nieszczęścia i jakoś niewiele z tym robią. A to osiedle jest zamknięte dość i placyk otaczają bloki, i to się niesie wszystko, i wierzyć mi się nie chce, że to nieszczęście na IV piętro nie dociera.

Niech mi jedno z drugim będzie takie rozlazłe, takie na świat obrażone, takie jakieś zblazowane… To wsadzę na karnego jeża. Do kąta. Siebie i Supertatę. Bo czyja to niby wina, że wszystkie nieszczęścia na dziecko lezą i ono takie rozlazłe? Kto uczy dziecko stosunku do ludzi i świata, jeśli nie rodzice. Kto daje przykład i wbija do głowy jakieś chore poczucie własnej wartości wyższej niż Giewont? No, mamci i tatci. Sama się taka nie uformowała.
Skąd tyle nieszczęścia w dziewczynce lat 10 – nie mam pojęcia, ale śmiem twierdzić, że z domu. Ciekawe, czy rodzice to widzą i czy jest im głupio/przykro/żal, czy raczej są dumni? Nie wiem, boję się i chyba nie miałabym ochoty poznawać ich bliżej.

Ale mieć 10 lat i być:
a) zgorzkniałym jak stara panna u schyłku wędrówki swej po tym łez padole;
b) rozlazłym jak asfalt pod walcem drogowym;
c) upierdliwie zeschizowanym na swoim punkcie;

to dramacik.

To jest właśnie ta ogromna odpowiedzialność, która spoczywa na rodzicach. Wychowanie mądrych ludzi, pewnych siebie i zaradnych, ale przede wszystkim – pełnych ogromnej pokory i szacunku wobec innych. Trudna to sprawa. Ale noworodek to zupełnie czysta kartka; to, jakim będzie człowiekiem, zależy od tego, czego my go nauczymy. Dopiero później on z tą nauką zrobi, co będzie chciał. Może się jej sprzeciwi, a może będzie hołdował. Tego nie wiadomo, ale warto się postarać, wysilić, by ta nauka życia była w najlepszym wykonaniu i najlepszego gatunku.

Choćby życie nas przytłaczało, czasem frustrowało i dobijało. Choćby na naszej drodze stawali nie do końca mądrzy ludzie (bo i tak bywa), musimy uczyć dzieci żyć mądrze i najpiękniej. Nie mamy prawa tak zniszczyć „nowego człowieka” na początku jego drogi, wpajając tylko negatywne emocje i frustracje własne.
Dziewczynki-nieszczęścia nie było jakiś czas – widać, że rozsiewała tragedię gdzieś na gościnnych występach. Pewnie dała niezły popis. Pewnie ją tam zapamiętają.

Biedna jest ta dziewczynka, słabo być taką wydrą. Pewnie nikt jej nie lubi, pewnie nawet rowerek jej nie lubi. Ona z pewnością nie lubi nikogo, poza blondynką w lustrze. Nie obrażając nikogo, broń Boże, ale czy takie dziewczynki po dorośnięciu nie kończą czasem w urzędach… użyteczności publicznej…?

Podobne

O Autorze

Iwona Kosińska

Dziennikarka, której prawdziwą radością jest pisanie. Od prawie trzech lat jest mamą dwójki dzieci. Od półtora roku zjawisko opisuje blaski i cienie macierzyństwa na swoim blogu (www.kosikosiniaczki.pl). Od sześciu lat mieszka w Trójmieście, od dwóch lat – w Gdyni. Uważa, że życie jest ciągłą podróżą, a jego różne epizody – przystankami.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany