Mistrz świata, biznesmen, ale też mąż i ojciec. Chociaż z urodzenia jest gdańszczaninem, przez większą część kariery reprezentował barwy Niemiec. Opowiedział nam między innymi o twardym wychowaniu, wizytach w więzieniu i rozpieszczaniu dzieci.

Rozmawia: Marek Nowak

Pierwsze osiemnaście lat życia spędziłeś w Gdańsku. Jak wspominasz dom rodzinny i czas zanim zająłeś się boksem?

Pierwsze przychodzi mi do głowy to, że mój ojciec był bardzo rygorystyczny i surowy. Mocno wpajał mi podstawowe reguły zachowania, respekt dla innych. Jak coś nabroiłem w szkole i dostałem tam burę, bałem się przyznać w domu, bo dostałbym kolejną. Oczywiście to były inne czasy, dziś to rodzice pewnie poszliby nagadać nauczycielowi. Poza tym, co tu dużo mówić – w domu się nie przelewało, a choroba i śmierć ojca były dla nas wszystkich trudnymi przeżyciami.

W jakim wieku zacząłeś ćwiczyć boks?

Jak miałem dwanaście lat, ale ten sport już wcześniej był obecny w naszej rodzinie, a ja po prostu podchwyciłem pasję dorosłych. To mnie ukierunkowało, a może nawet uratowało przed wejściem w gangsterkę.

To było realne zagrożenie?

Jeśli w latach osiemdziesiątych podjąłbym kilka złych decyzji, to po prostu zszedłbym na złą drogę. Kilku moich kumpli z tamtego okresu odsiedziało później niemałe wyroki.

Kto trafia do boksu?

Łobuzy z charakterem i poważnymi ambicjami.

Jak objawiała się twoja ambicja?

Na treningi w Stoczniowcu biegałem dziewięć kilometrów i tak samo wracałem. Boks stał się pasją mojego życia i świadomie wybraną ścieżką kariery.

Uważasz, że boks wychowuje?

Nie tyle boks, co sport. I dobry trener.

Dlaczego wyjechałeś z Gdańska?

Ze względu na kontrakt, Wartburga i pieniądze.

Wartburga?

Dokładnie. Na samym początku ćwiczyłem w gdańskim Stoczniowcu, a po tym jak zostałem mistrzem Polski juniorów i rok później wywalczyłem złoty medal młodzieżowych mistrzostw Polski, dostałem bardzo poważna ofertę od Czarnych Słupsk. Czarni zaoferowali na początek półtora miliona złotych, samochód marki Wartburg i mieszkanie. Stoczniowiec nie miał wówczas takich środków.

Wcześnie zostałeś milionerem. Nie uderzyła ci do głowy przysłowiowa woda sodowa?

Uderzyła. Tymi sumami i mieszkaniem zepsuli mnie praktycznie na starcie. Trzymałem się jednak ambicji i mocno parłem do przodu. Słupsk nie był szczytem moich marzeń.

I dlatego zdecydowałeś się wyjechać do RFN?

To był 1988 rok. Sprzedałem Wartburga, za którego dostałem cztery miliony złotych i zdecydowałem się podjąć ryzyko. Początek w Niemczech wcale nie był łatwy i trochę byłem zaskoczony, że polskie miliony przeliczają się tylko na parę tysięcy marek. Zacząłem normalnie pracować i dopiero po pewnym czasie chodzić na sparingi. Zauważył mnie trener Bayer Leverkusen i dzięki temu, po pewnym czasie, dostałem niemieckie obywatelstwo.

Przełomowy w twojej karierze był rok 1991, zgadza się?

Zdobyłem wtedy mistrzostwo Europy, ale ważniejsze były wcześniejsze decyzje; wyjazd i wejście do niemieckiego klubu.

O twoich sukcesach sportowych wiemy całkiem dużo, mniej zaś o działalności charytatywnej. Dlaczego się tym zająłeś?

To proste: kiedyś pomógł mi trener, dziś ja pomagam dzieciakom.

Kogo konkretnie wspiera fundacja Równe Szanse?

Młodych ludzi, którzy zaczynają zajmować się sportem, ale dochody ich rodzin są za małe, żeby cokolwiek sfinansować.

Brak pieniędzy to jedyny warunek?

Nie. Bardzo ważna jest opinia szkoły dotycząca zachowania ucznia, który stara się o stypendium. Wierzę, że szacunek i pokora, których uczył mnie trener są dziś tak samo ważne jak trzydzieści lat temu. Jeżdżę też po szkołach i więzieniach. Byłem już chyba we wszystkich kryminałach w Polsce, ponieważ jestem przekonany, że przestępcy też mogą wyjść jeszcze na ludzi.

Przez sport?

Tak. Ale można ich przekonać tylko przez spotkanie twarzą w twarz. Samo dawanie pieniędzy w ogóle jest mniej skuteczne.

Co najczęściej mówisz dzieciakom, z którymi się spotykasz?

Że najważniejsze jest znalezienie własnej pasji, niekoniecznie od razu związanej ze sportem. To może być nawet majsterkowanie, śpiew, taniec albo samochody. Każda z nich to może być pomysł na dobre życie.

Czy kluby fitness TigerGym, z których jeden został niedawno otwarty w gdyńskiej Rivierze, też niosą twoje sportowe przesłanie?

To przedsięwzięcie czysto komercyjne i wiąże się z zupełnie innymi przemyśleniami. Dość wcześnie zauważyłem, że bardzo wielu sportowców dwa, czasem trzy lata po zakończeniu kariery stopniowo traci swój majątek, bo nie wiedzą jak o niego dbać, ani gdzie można dobrze zainwestować pieniądze. Chciałem tego uniknąć, trafiłem na bardzo dobrych doradców i już w latach dziewięćdziesiątych zarejestrowałem markę Tiger. Kluby TigerGym to teraz jedna z moich najważniejszych inwestycji, chociaż bezpośrednio nimi nie zarządzam.

W co jeszcze inwestujesz? Poproszę o dwa przykłady.

W dostawy szybkiego internetu pod marką TigerSpeed i firmę jubilerską mojego syna. Mam też na oku kilka innych, ciekawych propozycji, między innymi z Trójmiasta.

Dobrze sobie radzisz w biznesie? Jesteś dobrym negocjatorem?

Tak. I to także łączy się z moim doświadczeniem bokserskim. Od początku kariery nastawiałem się w ten sposób, że każdy mój mecz to dwa tak samo ważne starcia. Pierwsze rozgrywa się sam na sam z menadżerem, gdzie toczy się walka o pieniądze, a drugie w ringu. Dzięki temu otrzymywałem po cztery miliony euro za walkę. Miałem jednak poważny argument – widownia na walkach o mistrzostwo była zawsze pełna, a ja byłem koniem pociągowym tych imprez.

Wróćmy jeszcze na chwilę do kwestii rodziny i wychowania dzieci. Swego czasu głośno było w mediach o twoim otwartym podejściu do wychowania dzieci przez pary homoseksualne. Wspierasz ten pomysł?

Po prostu powiedziałem, co myślę na ten temat i nie zmieniłem zdania. Życzę każdemu, żeby był wychowywany przez zamożnych, kulturalnych i wrażliwych rodziców, choćby nawet byli tej samej płci.

Twoim synom z pewnością niczego nie brakowało i nie brakuje. Rozpieszczałeś ich?

Z pierwszą żoną mieliśmy na ten temat różnicę zdań, a po rozwodzie przyjąłem zasadę, że nie jestem od wychowania tylko od rozpieszczania. Oczywiście głównie zabawkami. W wieku pięciu lat chłopaki jeździli na przykład na takich małych, elektrycznych motorach. Nigdy nie mogli natomiast wygrać ze mną w żadną grę.

Dlaczego?

Bo oszukiwałem. Chciałem, żeby nauczyli się przegrywać.

Stosowałeś chyba jednak jakieś kary?

Największą karą dla moich synów była groźba, że mogą dostać karę.

Czy w drugim małżeństwie zmieniłeś podejście do wychowania dzieci?

Nie musiałem. Rozpieszczamy je oboje.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że nie potrafisz być sam. Chodziło ci o związki i rodzinę?

Nie tylko. Kocham ludzi i nie lubię spędzać czasu sam. Nawet jak gdzieś podróżuję, to zamiast siedzieć wieczorem sam w hotelowym pokoju wolę zejść na dół i z kimś porozmawiać.

fot. Sylwester Ciszek

fot. Sylwester Ciszek

Dariusz ‚Tiger’ Michalczewski (rocznik 1968) – bokser występujący w barwach Polski i Niemiec, były mistrz świata zawodowców federacji WBO, WBA, IBF w kategorii półciężkiej oraz WBO w kategorii junior ciężkiej, mistrz Europy amatorów w kategorii półciężkiej. Niepokonany bokser przez 12 lat, 23 razy obronił tytuł mistrza. Urodził się w Gdańsku, gdzie spędził pierwsze 18 lat swojego życia. Jest ojcem trzech synów i córki.

Podobne

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany