Są nie tylko członkami zespołu Algorhythm, ale przede wszystkim grupą przyjaciół, których połączyła Akademia Muzyczna i miłość do jazzu. O pracy nad swoją drugą płytą, improwizacji, która nie jest (im)prowizorką, i planach na przyszłość rozmawiają z Dominiką Prais.

Z muzyką jest jak z matematyką?

Sławek Koryzno: Domyślam się, że nawiązujesz tym pytaniem do nazwy naszego zespołu? My nie traktujemy tego pojęcia stricte matematycznie, ono przejawia się w różnych dziedzinach życia, dla nas jest po prostu przepisem na muzykę.

Emil Miszk: Choć rzeczywiście, kiedy zastanawialiśmy się nad nazwą zespołu, zależało nam, aby była związana z matematyką.

S.K.: Bo muzyka, podobnie jak matematyka, jest w jakiś sposób uporządkowana, ma swoje zasady. Oczywiście w tej pierwszej pojawia się dodatkowo element improwizacji, często niemożliwy do zapisania, choć też zawierający pewne stałe schematy, po których się poruszamy.

A jednak to on najbardziej wymyka się matematycznym porządkom. Czym jest dla Was improwizacja?

S.K.: Przede wszystkim międzyludzką interakcją, magicznym połączeniem, które powstaje na scenie między naszą piątką.

E.M.: Jest to możliwe dzięki wieloletniej przyjaźni. Gramy ze sobą już bardzo długo, znamy swoje umiejętności.

S.K.: Co nie oznacza, że zawsze uzyskujemy zadowalające efekty [śmiech – red.].

Piotr Chęcki: Czasem wszyscy czujemy, że jest źle, ale brniemy w to tak długo, aż wreszcie uda nam się odkryć coś zupełnie nowego.

E.M.: I wtedy wiemy, że trzeba dać się temu porwać, bo nie ma już bezpiecznych obszarów.

Okazję wejścia w te niebezpieczne rejony muzyki dawał Wam AlgoJam, czyli czwartkowy Jam Session w klubie Lawendowa 8. Jak to się zaczęło?

E.M.: Łukasz, jeden ze współwłaścicieli tego lokalu, zadzwonił do mnie z propozycją zorganizowania Jam Session. To było tuż po tym, jak został zamknięty klub Ogród Rozkoszy Ziemskich, gdzie wcześniej odbywały się tego typu imprezy. Jako że cieszyły się dużą popularnością, Łukasz postanowił przenieść je do swojego miejsca. Szybko zaczęło się tam pojawiać sporo ludzi, co wskazuje, jak duże było w Gdańsku zapotrzebowanie na taką muzyczną przestrzeń.

S.K.: Nam samym tego brakowało. Wcześniej jeździliśmy do Gdyni lub Sopotu z poczuciem, że dobrze byłoby mieć stały lokal, gdzie można by dawać koncerty. Propozycja Łukasza pozytywnie nas zaskoczyła. Graliśmy w jego klubie aż do października zeszłego roku.

Szymon B.: Nie chodzi nawet o nas, ale o ludzi i energię, jaką przyciągały czwartkowe jamy. Przewinęły się tam setki ciekawych osób, lokalsów i turystów, wielu muzyków. Oni wszyscy przychodzili tam ze względu na muzykę. My też, choć często zmęczeni po całym dniu prób, pracy i zmagań z własnymi sprawami, chętnie pojawialiśmy się w Lawendowej, aby spotkać się ze znajomymi i stworzyć coś na scenie.

Kilka miesięcy temu z przyczyn niezależnych od Was musieliście zawiesić AlgoJam, co nie oznacza, że w tym czasie odpoczywaliście od grania. Na Facebooku informowaliście, że pracujecie nad drugą płytą.

S.K.: Jest już w zasadzie gotowa: nagrana i zmiksowana. Będziemy ją promować 18 marca na Festiwalu Jazz Jantar w Klubie Żak, a później – podczas tras koncertowych. W ostatnim czasie było ich mało, ze względu na prace nad materiałem.

Ile czasu zajęły Wam przygotowania?

Krzysztof Słomkowski: Parę miesięcy, samo nagranie – około tygodnia. Ostatni numer powstał już w studiu. To zdecydowanie krócej niż w przypadku „Segments”, do których materiał tworzyliśmy dwa lata.

S.K.: Choć każdy z nas miał okazję pracować w studio, nagranie pierwszej płyty z Algorhythmem było dla nas nowym i wyjątkowym przeżyciem. To doświadczenie pomogło nam przy drugiem albumie.

Czego się można spodziewać po Waszej drugiej płycie?

S.K.: Będzie lepiej przemyślana, bardziej spójna i odważniejsza, choć da się w niej odnaleźć odniesienia do „Segments”. Podobnie jak na pierwszej płycie, autorami kompozycji są Emil i Szymon.

Szymon Burnos: Na „Mandala” – bo taki tytuł będzie nosić nowa płyta Algo – mogliśmy trochę głębiej zanurzyć się w nasz styl, w brzmienie, które stworzyliśmy na pierwszej płycie i na przestrzeni ostatnich lat. Jest to naturalna konsekwencja tego, co razem gramy, a jednocześnie zarejestrowanie i wydanie nowego materiału jest początkiem odkrywania dalszych obszarów. Wydaje mi się, że już w tej chwili każdy z nas o tym myśli.

Żeby przygotować ten krążek, musieliście pojechać aż na koniec świata, jak pisaliście na swoim Facebookowym profilu. Gdzie to dokładnie było?

S.K.: W Sudetach, w małej wiosce Gniewoszów. Studio nagraniowe Monochrom, położone w samym sercu natury, prowadzą niesamowici ludzie – Natalia Wakuła i Ignacy Gruszecki. To dzięki nim panuje tam wspaniała atmosfera.

Szymon B.: Obserwując codzienność w okolicach Monochromu, bardzo łatwo zapomnieć o całej reszcie świata. Życie toczy się tam powoli, a gdy robi się ciemno, panuje absolutna cisza – to miejsce, w którym mogliśmy być „tu i teraz”.

Domyślam się, że otoczenie ma duży wpływ na pracę nad płytą.

P.CH.: Oczywiście, ale też odpowiedni moment i ludzie, jakich ma się wokół siebie. Połączenie tych trzech elementów jest kluczem do sukcesu.

Wam udało się go osiągnąć po wydaniu „Segmentów”. Życzę Wam, aby w przypadku najnowszej płyty było podobnie. Na koniec tradycyjnie jeszcze zapytam o plany na przyszłość. Czy są jeszcze jakieś poza koncertami i promocją płyty?

S.K.: Zamierzamy uruchomić własną wytwórnię muzyczną Alpaka Records. Trochę wymusił to na nas rynek – wydawcy niechętnie inwestują w mniej znane zespoły, grające niszowe gatunki. Poza tym wolimy mieć kontrolę nad całym procesem wydawniczym – zająć się produkcją, dystrybucją i promocją. Docelowo chcielibyśmy też zaprosić do współpracy zespoły z różnych stron Polski. Zdajemy sobie jednak sprawę, że przed nami dużo pracy, może być trudno znaleźć na to czas. Każdy z nas jest dodatkowo zaangażowany w różne projekty, a nie mamy osoby, która pomogłaby nam w kwestiach związanych z biurokracją.

K.S.: Formalności, umowy, maile, telefony – niekoniecznie nas to interesuje. My chcemy po prostu grać.

Tekst i wywiad: Dominika Prais

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany