Wietnam – kraj tysiąca twarzy. Część I – północ

 

Gdybym miała opisać Wietnam jednym zdaniem, to bardzo bym go skrzywdziła. To kraj olbrzymiej różnorodności, o której można powiedzieć naprawdę bardzo wiele.

Mozaika różnorodności i zmienności

Wietnam jest krajem tysiąca smaków (mieszanka wpływów azjatyckich, holenderskich i francuskich – nie jadłam lepszego pieczywa w samym Paryżu) i pór roku (na południu tropiki, na północy, w wysokich górach, śnieg). To jedyny azjatycki kraj produkujący wino gronowe, z jednymi z najpiękniejszych plaż na świecie (okolice Da Nangu), z ruchem prawostronnym (co zdecydowanie ułatwia podróżowanie np. skuterem), fantastycznym Morzem Południowochińskim, które jest istną kopalnią wszelkich dóbr do spożywania. Wreszcie – ze smutną historią w tle, z której Wietnamczycy wyciągnęli lekcje, dzięki którym są jednym z pięciu tygrysów gospodarczych świata.

Do Wietnamu rodzinę wyciągnęłam podstępem (zresztą nie pierwszy i nie ostatni raz). Zmobilizował mnie do tego mój przyjaciel, który powiedział : „Nie ma już Indochin, tego blichtru minionych wieków, ale Wietnam jeszcze nie jest tak turystyczny jak inne kraje, ciągle można znaleźć ślad tamtych czasów”. I miał rację. Z Wietnamu przywieźliśmy nie tylko zachwyt, milion wspomnień, przyjaciół na całe życie, ale też niesamowitą refleksję nad czasem, który jest, który minął i który nadejdzie. Zabiorę Was, drodzy Czytelnicy, w krótką podróż naszym śladem od Hanoi, poprzez Sa Pa, Bac Ha, Ha Long, Cat Ba, Hue, Da Nang, Hoi An, Mui Ne, Sajgon, Phu Coc i z powrotem do Hanoi. A zatem przemierzymy Wietnam z północy na południe.

Głośne i ruchliwe Hanoi

Hanoi to stolica Wietnamu. Głośna, szybka, niezbyt zachwycająca, ale mająca swoje małe miejsca godne podziwu. W tym mieście po raz pierwszy zetknęliśmy się z wietnamskim porządkiem drogowym: najpierw ciężarówki (nie ma ich zbyt wielu), potem samochody (też szału nie ma), skutery (milion na metr kwadratowy), rowery i na końcu… piesi. Przejście przez ruchliwą jezdnię wymaga nie lada odwagi. Najważniejsze to się nie wahać, iść po azymucie prosto na drugi brzeg – istnieje wtedy duża szansa, żeby przeżyć!

Dla nas Hanoi to przede wszystkim pierwsza w życiu zupa Pho. Po tym, jak przespaliśmy po podróży 12 godzin, była absolutnym imperatywem moralnym. Z zachwytem wpatrywaliśmy się, jak nasza gospodyni wprawną ręką siecze wszystko jak leci z kurczaka, zalewa to przepysznym rosołem, wrzuca kilogram makaronu na jedną porcję, zasypuje zieleniną, chili i zakrapia lemonką. To smak, który już na zawsze będzie nam się kojarzył z tym miejscem. Na szczęście, mamy go na co dzień w zasięgu ręki – w maleńkim barze na rynku we Wrzeszczu.

Uroki starej dzielnicy i azjatycka Wenecja

Stara dzielnica Hanoi (najbardziej fascynująca) to dziesiątki małych zakładów i sklepików poukładanych rewirami (buty, zabawki, torebki, garnki, żywność), warsztatów, złotników i salonów masażu. Można tu kupić wszystko: od Roleksa, który wygląda lepiej niż prawdziwy, poprzez Versace, do Louboutina. A ponad tym wszystkim kilometry kabli elektrycznych, wiszących bez ładu i składu, czasami w kałużach, na chodnikach… Z prądem czy bez, kto to wie…?

Co na pewno warto zobaczyć? Hoan Kiem Lake, czyli Jezioro Zwróconego Miecza, pośrodku którego znajduje się Wieża Żółwia, a dookoła prowadzi promenada. Cudownie się nią spaceruje wieczorem, gdy całe jezioro jest oświetlone. W 1968 roku wyłowiono z jeziora żółwia, który miał 2,2 m długości i ważył 250 kg. Obecnie, po spreparowaniu, żółw jest wystawiony w szklanej gablocie w Nefrytowej Świątyni. Sama zaś stolica Wietnamu jest jak Wenecja – wody w niej jest bardzo dużo, ponad 110 jezior, stawów i sadzawek. Odgrywają one rolę swoistej klimatyzacji – ogrzewają miasto w zimie, a chłodzą latem.

Wodny Teatr Lalek

Hanoi to też Wodny Teatr Lalek, który wywodzi się ze sztuki ludowej i jest mocno zakorzeniony w tradycji tego kraju. To atrakcja i dla dużych, i dla małych, więc będąc w Hanoi, koniecznie należy się udać do Thang Long (przedstawienia są grane cztery razy dziennie, a mimo to czasami nie ma opcji, aby kupić bilety) i przeżyć to wspaniałe przedstawienie. Nie ma tu typowej sceny – jest za to basen wypełniony po brzegi wodą, z boku którego stoją pięknie ubrani muzycy, nadając ton całemu przedstawieniu . Aktorzy są ukryci za bambusowymi parawanami, a lalki pojawiają się płynnie, wypływając zza parawanów lub nagle wyskakując z wody. W przeszłości przedstawienia były odgrywane w naturalnej scenerii – na jeziorach, bagnach i stawach – oraz przedstawiały sceny z życia codziennego (np. zbieranie ryżu), zwyczaje i zabawy ludowe.

Cenowy raj dla turystów

W stolicy Wietnamu można też zwiedzić Mauzolum Ho Chi Minha (jak kto lubi), Świątynie Literatury, Hoa Lo Prison (zbudowane przez Francuzów jedno z najsłynniejszych więzień świata) lub po prostu powłóczyć się po tym mieście, napić taniego, lanego piwa (50 groszy za kufel!) i zjeść zupę Pho. A potem, tak jak my, wsiąść w pociąg i udać się na północ do Sa Pa.

Podróż wietnamską kuszetką nas zachwyciła, a zwłaszcza Janka, dla którego była to pierwsza kuszetka w życiu. Bilety kupiliśmy jeszcze w Polsce, przewoźnik dostarczył nam je do hostelu. Wszystko było i tanie, i czyste, i niesamowicie komfortowe (zielona herbata na śniadanie, słodycze i owoce oraz zestaw podróżny w cenie). Nie należy się obawiać cen w Wietnamie – to nadal jeden z najtańszych krajów azjatyckich dla turystów.

Klimatyczne Sa Pa

Sa Pa to maleńka miejscowość w graniczących z Chinami wysokich górach Hoang Lien Son. Jest szczególnie doceniana przez turystów, ze względu na cudowne widoki, tarasy ryżowe, przyjazny klimat (jedyne miejsce w Azji, gdzie zmarzliśmy) i sielską, leniwą atmosferę. W okolicy Sa Pa mieszkają plemiona górskie, których przedstawicieli ubranych w tradycyjne, barwne stroje można spotkać na każdym kroku w mieście czy na targach górskich. Właściwie to oni (a tak w pełni prawdziwie – one) witają jako pierwsze turystów wysiadających z autobusów, od razu oferując im swoje wyroby i są w tym bardzo konsekwentne. Można też udać się lokalnym busem do miejscowości Bac Ha na niedzielny targ. Droga jest kręta, wąska, ale za to urokliwa. Na miejscu zaś spotka nas kolorowy zawrót głowy – spora ilość wyrobów ludowych, począwszy od koców, ubrań, zabawek, torebek, poprzez narzędzia i żywność, a na tanich pamiątkach skończywszy. Oczywiście nie mogło także zabraknąć zwierząt, takich jak kury, kaczki, konie oraz bawoły wodne. Przejść się po takim targu i doświadczyć niesamowitych emocji – bezcenne. Najważniejsze w tym wszystkim jest jednak targowanie; bez tego przyjemności nie ma wcale, i to dla dwóch stron.

Okolica Sa Pa to też idealne miejsca na trekkingowe przygody. Można je zorganizować na własna rękę (bez dobrej mapy nie polecam) lub skorzystać z usług doświadczonej agencji. A warto, bo widoki faktycznie odbierają mowę.

Ha Long – cud absolutny

Z Sa Pa wróciliśmy do Hanoi, skąd udaliśmy się na zorganizowaną czterodniową wycieczkę po absolutnym cudzie świata, czyli zatoce Ha Long (Zatoka Lądującego Smoka). To tam poczułam atmosferę starych Indochin. Zatoka to ponad 1500 km kw powierzchni, na której rozsianych jest ponad 1900 skalnych wysp i wysepek, często przypominających różne kształty (to dobra zabawa dla najmłodszych – nadawanie skałom nazw). Podróż po zatoce łodzią, z wielkim jak pióropusz czerwonym żaglem, sama w sobie jest przygodą. Można łowić ryby, delektować się widokami, jeść owoce zakupione od „wodnych” sprzedawców. My jeszcze odwiedziliśmy ogromną jaskinię Hang Dao Go z podświetlanymi stalagmitami i stalaktytami, leniwą wyspę Cat Ba, którą można zjeździć skuterem w kilka godzin, wioskę na wodzie, wyspę małp. Ale najważniejszy dla nas był dotyk przeszłości. Myślami wracałam do filmu z Catherine Deneuve i starałam się poczuć ten klimat Wietnamu sprzed 100 lat.

 

Tekst: Magdalena Zaremba

Podobne

O Autorze

Mat. Redakcyjne

Magazyn Together - Rodzinna strona Trójmiasta

Jedna odpowiedź

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany