Taką mam naturę, podejście i ogólny styl bycia, że ludzie niewiele mnie obchodzą. To znaczy, nie że jestem gburem, sobkiem i zadufańcem i wszystkich mam w głębokim poważaniu. Lekkim niebytem otaczam wszystkie te panie sąsiadki kreujące w swoich głowach rzeczywistość mojego (i każdego poza własnym) życia, przecudownych doradców w sprawach wszelkich, niezwykłą wiedzą obdarzonych wszelkich ludzi mniej lub bardziej mi obcych. No, tak mam. Nie interesują mnie metody wychowawcze mam z placu zabaw, to znaczy widzę, co się dzieje, ale nie oceniam, nie komentuję nawet w domu, jak mi się coś podoba – powielam, a jeśli nie – zapominam, bodaj szybciej niż widziałam. Nie bywam święcie oburzona i nie sypię z oczu piorunami na widok rozwrzeszczanych dzieciursów i ich lekko wytrąconych z równowagi mam. Też mam dzieci i potrafią mnie czasem wytrącić. Z największej równowagi. Tak już mam.

I konia z rzędem temu, kto robi tak jak ja. Odnoszę bowiem wrażenie, że jest nas niewielu. Coś takiego siedzi w ludziach – nie wiem, czy to ten klimat, czy ten konkretny naród – że najlepiej nam się żyje, myśli i komentuje życie cudze we wszystkich jego aspektach. A najbardziej przykre jest to, że najwięcej do powiedzenia mają (najczęściej bardziej za plecami niż w twarz) kobiety kobietom, ba, mało tego, mamy – mamom. Już nie mówię tu o mini talent show i licytacjach, czyje dziecko co umie i o ile wcześniej umiało to zrobić od Twojego. Chodzi mi raczej o metody wychowawcze, o styl bycia i funkcjonowania jako mama, o model Twojej rodziny. Najlepiej widać to w okresie maj–wrzesień, gdy stłoczone mamy dzieci w podobnym wieku mają przymusowe dyżury na placach zabaw. I niby niedola jednakowa – skwar, nuda, humory potomstwa, sprinty na łeb na szyję, by dziecko uszło z życiem przy spotkaniu z huśtawką, niby tyle nas łączy… a ile nas dzieli!

Co odważniejsza pani zada nurtujące ją pytanie odnośnie do Twoich dzieci, Twoich metod podejścia, jeśli niewygodne – uda, że pyta pół żartem, pół serio; mniej odważne tylko patrzą znacząco na nasze poczynania, a placowe babcie (kobiety najbardziej doświadczone, zdawałoby się najmądrzejsze, crème de la crème matek) obgadają jawnie do innej mamy bądź swojej babcinej „psiapsiółki”.

Nie jest to jednak reguła dotycząca tylko obcych sobie ludzi. Niestety, w naszych rodzinach też funkcjonuje model wyższości doświadczonej matki z 30-letnim stażem, nad młodą z dwuletnim stażem, po przemianie ustrojowej oraz rewolucji w wychowywaniu i szeroko pojętej opiece nad dziećmi. Nie chodzi o to, żeby tego doświadczenia i wiedzy komuś ujmować i umniejszać – absolutnie. Rzecz w formie, w jakiej doświadczone mamy chcą się tą wiedzą dzielić. A raczej – nie chcą się dzielić, tylko ją narzucać.

Wszystkim się wydaje, że wszystko wiedzą lepiej – mają lepsze rozwiązania Twoich problemów z dziećmi, lepsze metody wychowywania, lepsze podejście do dzieci. Lepsze, więc konieczne do wprowadzenia w Wasze życie od zaraz. To nic, że Twoje dziecko nie jest gotowe, by się „odpieluchować”.

Dyrdymały, banialuki! Jak dwulatka może nie być gotowa? Skąd ona wie, że nie jest gotowa i skąd Ty to wiesz? Ty nie jesteś gotowa, Tobie się, moja droga, nie chce. Leniwaś jest, Matko Polko XXI wieku! Bo Pampersa się zakłada, zdejmuje, prać nie trzeba, to wygoda i luksus i ci się teraz z tego dobrobytu w… głowie poprzewracało! Nie chcesz zmieniać i prać co chwilę obsikanych majtek treningowych oraz wszystkich w domu kanap. I rozżutnaś jest takowoż. Przecież ile to kosztuje taka paczka, Chryste Panie! Wchodzisz – kupujesz, kapitalizm, psia wasza mać! Jakby w sklepie był tylko ocet, to byś dwulatkę dawno posadziła na nocniku. Jakim prawem dajesz dziecku rządzić własnym życiem? Jak to Wy funkcjonujecie według reguł i rutyny życia noworodka?! No, nie do pomyślenia, żeby z wigilii wychodzić, bo noworodek musi iść spać i wyje już wniebogłosy. Jakieś gUpie to nowoczesne rodzicielstwo. Rozpuszczony jak dziadowski bicz, przez te dwa tygodnie swojego życia!

Przykre to. Być może nie mamy jeszcze kompleksowej wiedzy, bo nikt się wcześniej nie uczy o wychowywaniu dzieci, ale się staramy. Chcemy być najlepszymi mamami – świadomymi, rozsądnymi. Jeśli czegoś nie wiemy i przychodzimy po radę do doświadczonej mamy, to oczekujemy wyjaśnienia, rady, a nie jedynie słusznego wyjścia do powielenia. Nie można młodej mamy dyskryminować ze względu na jej niedoświadczenie, panikę, która rodzi się z troski, potknięcia w trudzie wychowywania dziecka. Być może sobie nie radzi, może nie jest Królową Matką, która zasiada na ławce w parku niczym na tronie, dzierżąc w dłoniach insygnia władzy matczynej: przekąskę i butelkę wody. I nie strofuje potomstwa z daleka, że odzież się zabrudzi, tylko grzebie łopatką w piasku, wespół z dziećmi śpiewa na cały głos, że „Ogórek ma zielony garniturek”, a w ataku dziecięcego szału nie zwraca uwagi na bliskie spotkanie potomka z chodnikiem. Takie ma metody. To są jej metody i choćby były kiepskie, to nic nam do tego.

Młode mamy nie funkcjonują w społeczności macierzyńskiej jako pełnoprawne członkinie, tylko jako młode siksy bez pojęcia o dzieciach. Nikt nie zapyta młodej mamy o radę, nawet o zdanie jej nie zapyta. W kwestii wychowania nie mamy nawet za bardzo prawa głosu.

Czym innym jest wymiana doświadczeń, czym innym – porady z góry uznane za najlepsze, a jeszcze czym innym jawna krytyka.

Niebawem każda z nas znajdzie się w sytuacji, w której się okaże, że to my mamy więcej wiedzy i doświadczenia od jakieś koleżanki. Zaklinam Was – obecne młode mamy – na wszystkie świętości: radźcie poproszone o to, wymieniajcie się doświadczeniem, ale nie wymądrzajcie się, nie oceniajcie innych! Nie sztuką jest żyć według zasady „oko za oko, ząb za ząb”. Sztuką jest żyć mądrze i w symbiozie, zwłaszcza z kimś, kto przechodzi to samo, co my mamy szczęśliwie za sobą. A pamiętajmy, że często są to nie najłatwiejsze doświadczenia.

Niezależnie od tego, czy się znamy dobrze, mniej, czy wcale, czy jesteśmy mamami z placu zabaw, czy rodziną. Każdy rodzic sam wychowuje swoje dzieci według własnych zasad. Mogą one się podobać lub nie podobać. Nikt nie ma prawa ich oceniać, a na pewno nie podważać. W ogóle uważam, że wtrącać się w wychowanie dzieci, będąc osobą postronną (nie rodzicem), można wyłącznie, jeśli dziecku dzieje się ewidentna krzywda.

Iwona Kosińska

Podobne

O Autorze

Mat. Redakcyjne

Magazyn Together - Rodzinna strona Trójmiasta

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany